poniedziałek, 26 lutego 2018
Zapijanie rutyny i... miłości?-Robert
Aparat, zrobiony z puszek po coli, postawiłem na ławce i zostawiłem na przerwie, żeby papier się w nim naświetlił. Gdy wróciłem, zabezpieczyłem aparat, a po lekcjach wywołałem zdjęcie... To było arcydzieło. Alex siedział na ławce i rysował. Przez całą przerwę nawet nie drgnął, widać tylko jak pracowała jego ręka, bo była nie ostra. Delikatne mazy, które zrobili przerzedzaczy ludzie, i on... Piękny jak anioł, skazany na tułaczkę po ziemi. Musnąłem jego policzek ustami, jak zawsze. Fakt że odkąd trafił do mnie na noc, robiłem to częściej, ale na szczęście, to była tylko jedna z odbitek. Oryginał miałem schowany w pracowni. Trudno było się powstrzymać od masturbacji do tego zdjęcia, ale nie mogłem mu tego zrobić. Takiemu delikatnemu i kruchemu. Mimo że chłopak pewnie nawet nie wiedział o istnieniu zdjęcia, miałem wrażenie że byłby to gwałt. Miałem obiekcje co do całowania go, a co dopiero jeśli chodziło o coś innego. Schowałem zdjęcia i wsadziłem do nich rysunek. Kopertę z powrotem do szafki i wstałem, zaczynając rutynę. Wskoczyłem w garniak i prościutko do sklepu. Tam, rutyna. Setki piszczących panienek, błagających o zainteresowanie, kilka na rozmowę kwalifikacyjna...
Czasem mam ochotę tworzyć obozy wojskowe dla modelek. Połowa z tych laluń ma oczy zielone od wyobrażenia pieniędzy, które mogły by dostać. O tak, przeciorał bym je cały dzień w błocie i po torach przeszkód, a na wieczór, gdy będą padały na twarz, na wybieg je... I tak cały czas... Po tygodniu miałbym co najmniej 50% mniej kandydatek, a te najlepsze znalazł bym po miesiącu. Takie kobiety są godne nazywania się modelkami. Mam ich kilka w mojej firmie. Nie proponowały seksu, broń Boże, nie musiały. Wiedziały czego chcą. Nie ważne z jakim doświadczeniem. Mam kilka takich, które zawracały mi głowę wielokrotnie, aż sam je uczyłem jak mają chodzić po wybiegu. Mimo wszystko, najbardziej cenie właśnie te modelki. A nie, przyszła na rozmowę w miniówce i z dekoltem i myśli że dostanie robotę od tak. Dopóki się do mnie nie dobierały, był luz, ale jeśli nie, to nawet nie miałem o czym z nią gadać.
Po spędzeniu kilku okropnych godzin z nimi, po prostu wyszedłem, ku niezadowoleniu wszystkich pań. Przed wejściem do sklepu czekała na mnie Rube... I Alex? Zdziwiło mnie to. Podszedłem do nich ostrożnie. Przywitałem się i słuchałem uważnie Alexa. Było mi smutno, ale... To jego wybór. Uśmiechnąłem się ciepło i skinąłem głową. Nie zamierzałem go dotykać, ani się do niego zbliżać. Wystarczyło mi ze był... I tak po chwili, jego obraz rozpłynął się w powietrzu.
-Idziemy?-zapytała Rube. Skinąłem głową i poszliśmy. Wsiadłem z nią do auta i bezsilne rozłożyłem się w fotelu. Miałem dość.- To co robimy?-zapytała Rube. Spojrzałem na nią zmęczony.
-Mieliśmy iść do clubu... daj mi chwilę. Pojedziemy do mnie, przebiorę się i możemy iść.-powiedziałem słabo. Miałem ciężki dzień, a jeszcze do kompletu Alex przed sklepem... Miałem dość. Przetarłem twarz.
- To jedziemy? Stęskniłam się za twoją wanną z masażem-powiedziała, rozciągając się i zapięła pasy. Westchnąłem i odpaliłem auto.
-A masz się w co przebrać?-zapytałem, szczerze zaciekawiony. Ona się zaśmiała.
-Oczywiście. Przecież byłam na zakupach.-powiedziała, jakby to było najoczywistsze na świecie. Pojechaliśmy do mnie, wziąłem prysznic, przebrałem się... Czekałem na Rube. To naprawdę niesamowite, ile ona jest w stanie spędzić czasu w wannie. Nie pośpieszałem jej, nie było sensu. Gdy się w końcu wygrzebała, pojechaliśmy do clubu. Zamówiłem drinka, odbyłem kłótnie z barmanem, że sobie zamawiam alkohol, a co z moja partnerka, po czym wypiła mi pół drinka i poszła na parkiet. Wziąłem jeszcze jednego i poszedłem do stolika... Czas mijał monotonnie, zalewany spora dawką alkoholu. Na tyle, że kiedy wróciła do mnie, od razu odsunęła ode mnie drinka.
-Tobie chyba wystarczy. Mieliśmy się bawić, a nie miałeś zezgonować pod stołem-powiedziała. Kiwnąłem głową.
-Dziś to mogę się upić do nieprzytomności. Dziś mi nie zależy.-stwierdziłem obojętnie. Rube położyła rękę na mojej i patrzyła na mnie wyczekująco.
-Nie wiem co mam robić... Cala ta sytuacja mnie przerasta. Ja... Naprawdę nie chce dla niego źle, a wychodzi, jakbym to ja byl winny
-O, kurwa
-Właśnie
-Ja nie o tym!-krzyknęła. Zdziwiło mnie to trochę, ale spojrzałem w te samą stronę co ona. Na parkiecie, w śród jakichś kilku gości bawiła się śliczna dziewczyna.
-Nie zła dupa. Twoja znajoma?-zapytałem, sięgając po drinka.
-To Alex, idioto!-nakrzyczała na mnie, a ja cofnąłem się od drinka. Analizowałem dłuższą chwile jej słowa. Fakt, dziewczyna na parkiecie była podobna do Alexa, ale...
-Jesteś pewna? Ja wiem że Alex mógłby wyglądać bajecznie w takich ciuchach, ale...
-To jest Alex, zaufaj mi-przerwała, a ja skinąłem głową.
-Ale... W sukience? I na obcasach?-drążyłem. Ona westchnęła tragicznie.
-Posłuchaj mnie. Wiem że twój pijany móżdżek nic nie czai, ale skup się. Ok? Tak, to jest Alex. W sukience, którą dziś ze mną kupił. I tak, chodzi w sukienkach. Odkąd pamiętam nie lubił swojego ciała, ani tego że jest facetem. Chcesz drążyć?-zaprzeczyłem. Bylem pijany, wiedziałem to, więc nie kłóciłem się z Rube. Obserwowałem go uważnie. Wyglądał zjawiskowo i poruszał się tak... kusząco. Obraz sam pojawił się przed moimi oczami... Alex wijący się w moich ramionach podczas seksu... To był tylko urywek... Niezbyt chciana myśl... Ale wystarczyła by wyprowadzić mnie z równowagi. W połączeniu z tym, że Alex właśnie klękał na środku clubu, przed napalonym i chętnym, pijanym gościem, to była już przesada. Wstałem.
-Idziemy-powiedziałem.
-Zwariowałeś?! A co z Alexem?
-Idę po niego. Mimo wszystko, nie pozwolę go tknąć nikomu... Ani jemu zrobić nic głupiego-powiedziałem i poszedłem do nich. Złapałem Alexa za rękę, żeby pomoc mu wstać i odsunąć go od mężczyzny, a Rube odsunęła mężczyznę.-Alex, choć ze mną. Pora wracać-mówiłem spokojne. Jego wzrok był rozbiegany... Naćpany. Nagle jego pieść pofrunęła prosto w moje oko, a w clubie nastała cisza. Skuliłem się. Alex stał wściekły i krzyczał... Wyzywał mnie, ale kiedy się wyprostowałem, przestraszył się nieco. Podszedłem do niego i zdołałem już zatrzymać kolejny cios. W następnej sekundzie, pociągnąłem go do siebie i przytuliłem od tyłu, łapiąc jego obie ręce. Chłopak chwile się szarpał, po czym się rozluźnił.-Choć skarbie do domu, to nie jest miejsce dla takiego aniołka jak ty-wyszeptałem mu czule do ucha i skierowaliśmy się do wyjścia. Obejmowałem go w pół, a on szedł grzecznie. Zarzuciłem mu na ramiona moja kurtkę i poszliśmy do auta.
-Chyba nie masz zamiaru prowadzić, jesteś pijany-oburzyła się Rube.
-Ale ty jesteś trzeźwa-powiedziałem, dając jej kluczyki. Widziałem płomienie w jej oczach, zawsze chciała pojechać moim autem. Wsiedliśmy do auta. -Gdzie jedziemy?
-Jak znów się obudzi u mnie, umrze ze strachu-stwierdziłem.-Jedzmy do ciebie-kiwnęła głową i odpaliła samochód, a Alex jęknął ze strachu. Wziąłem go na kolana i przytuliłem, zapinając nas pasami w jakiś... dziwny sposób. Szeptałem mu do ucha, żeby się nie bał, że jestem obok i że nie dam mu nic zrobić. O dziwo pomagało, bo już za chwile sam zaczął się do mnie tulić.
-Robert... -mruczał moje imię. To było piękne. Gdy doszły do tego wyznania miłości, czołem jak moje spodnie robią się ciasne. Gładziłem go po policzku kciukiem. Taki piękny... Gdy zaczął mnie całować, nie protestowałem. Odwzajemniałem je, dotykając jego tali, a potem jego gładziutkich nóżek. Nie wsunąłem rąk pod jego spódnicę, aż tak pijany nie byłem. On za to łasił się i mruczał moje imię. Zanim dojechaliśmy do domu Rube, Alex zdążył już zasnąć, wtulony we mnie. Zaniosłem go do sypialni, ściągnąłem mu buty i otuliłem w kołdrę.
-Dobranoc, mój piękny-wyszeptałem, głaszcząc jego policzek.
-Moja piękna-poprawiła mnie Rube. Spojrzałem na nią pytająco, ale zaraz do mnie dotarło. Pocałowałem go po raz ostatni.
-Śpij dobrze, moja piękna księżniczko.-wyszeptałem i poszedłem spać.
Dwight - James
Pierwszy raz z Dwightem rozmawiałem na angielskim, wyraźnie był rozkojarzony. Zerkał na mnie, co dawało mi w pewnym sensie satysfakcję. Przy spotkaniu naszych spojrzeń uśmiechnąłem się ponętnie na co się trochę speszył. Pomogłem mu znaleźć fragment do czytania. Podczas lunchu udałem się od razu do biblioteki biorąc parę książek, co lepsze była to moja ostatnia lekcja. Wziąłem jakiś kryminał, usiadłem w pierwszym lepszym miejscu i czytałem. Dopóki Dwight nie usiadł naprzeciwko, przy każdym przewróceniu strony zerkałem na niego, zupełnie jakbym wypominał mu wolne czytanie. W końcu postanowił wyjść, nawet się ze mną żegnając. "Dozobaczenia", jedyne co mi przeszło przez myśl i beznamiętnie przeszedłem do czytania. Wróciłem do domu jakoś wieczorem, było dość późno, bo aby czytać musiałem zapalić światło. Nawet nie wiem kiedy, ale zasnąłem nad jakąś psychologiczną książką. Obudziłem się dość wcześnie, za wcześnie, zdecydowanie. Czułem się tak jakbym był na kacu a pierwszą myślą po przebudzeniu był Dwight. Dlaczego on? Prawdopodobnie śnił mi się poprzedni dzień i jakoś tak wyszło. Mimo wszystko napisałem krótki wiersz skierowany tylko i wyłącznie do niego.
"Skoro nie umiesz czytać,
Czytaj jakbyś umiał.
Nie umiesz mówić?
Myśl jakbyś był na wakacjach.
Co jeżeli nie masz ochoty?
Wyrwij ją z piersi duchoty."
Szósta, wciąż zbyt wcześnie aby pomyśleć o śniadaniu, za późno by iść spać.
***
Przed szkołą kupiłem jeszcze jakąś kawę w pobliskiej kawiarni. Jej zapach przepełniał mnie jakąś dziwną radością. Fakt faktem ostatnią prawdziwą kawę piłem pół roku temu, któregoś razu z tego starego ekspresu do kawy który zginął gdzieś na strychu. Gdzieś koło szkoły ktoś się z kimś bił, akurat dostrzegłem Kate, idealnego posłańca.
-Hej! Dasz to Dwightowi? - Podałem jej małą kopertę - Tylko nie mów że to ode mnie. - upomniałem ją i posłałem przyjazne spojrzenie. Przytaknęła i udaliśmy się w przeciwne strony. Lekcje minęły dość szybko i przyszła pora na lunch. Nie spodziewałem się nawet ze Dwight do mnie przyjdzie, a jednak.
- Cześć James - jego głos wydawał się lekko drżący.
- Cześć - posłałem mu uśmieszek i wróciłem do jedzenia. Cisza była lekko przytłaczająca, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Co jakiś czas zerkałem na niego czując jego spojrzenie na mnie. Uśmiech nie schodził mi z ust. W końcu znowu nie wytrzymał tego napięcia.
- Siadaj - zdziwiony usiadł i patrzyliśmy sobie w oczy. - Czemu wczoraj tak szybko uciekłeś z biblioteki? - upiłem łyk herbaty.
- Musiałem już iść, tak po prostu. - uśmiechnąłem się ponętnie na co się zaczerwienił. Założyłem na siebie ręce i pochyliłem lekko do przodu.
- Co powiesz na jakąś dłuższą pogadanke? - spytałem jakby zamyslony.
- Muszę to przemyśleć - i jak na zawołanie zadzwonił dzwonek. Wstaliśmy i jakoś po cichu Dwight chciał się wymknąć, co nie powiem, udało mu się. Zobaczyłem jeszcze jak Kate wręcza mu kopertę z wierszykiem.
Po szkole zauważyłem jak nie zawadzając nikomu chce się udać w stronę sklepu. Oczywiście nie mogłem tak tego zostawić i zupełnie przypadkowo znalazłem się tuż za nim. Szedł do central parku, wyjątkowo było mało osób. Zatrzymał się, wyczułem jego niepewność więc schowałem się za drzewem. Rozejrzał się niepewnie i ruszył dalej. Udałem się za nim, a w odpowiednim miejscu dotknąłem w sposób trochę dwuznaczny. Przejechałem palcami od jego dłoni w górę, a gdy odwrócił się uśmiechnąłem się jak zwykle.
- Czy Ty mnie śledziłeś?- spytał niepewnie.
- Nie, przechodziłem w okolicy.
- A czemu mnie dotknąłeś? - wydawał się lekko hmm, zaniepokojony?
- Przypadkowo, chciałem Cię złapać za ramię byś się nie przestały i jakoś tak wyszło. - wzruszyłem ramionami - Przemyślałeś czy nadal myślisz nad dłuższą rozmową? - Patrzyłem się z zaciekawieniem na niego, mógłby być interesującą osobą do dłuższej rozmowy.
niedziela, 25 lutego 2018
When your dreams all fail...
-Nie... musisz go zabijać - powiedziałam, ze słabym uśmiechem, czując, że mimo wszystko ta rozmowa mnie przerasta... Robert... był jakiś inny. Nie miałam pojęcia, co z nim jest nie tak. Nie miałam pojęcia, dlaczego czuję się tak słabo, kiedy jest w pobliżu, czemu przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o nim... nie. Mówienie o uczuciach, to było ostatnie na co miałam ochotę, więc milczałam. Nie miałam siły nawet o tym myśleć, więc wyparłam obraz tych wielkich, niebieskich oczu z głowy. Najwyraźniej czułam COŚ do Roberta. Coś dość wyraźnego, by nie dać się stłumić przez środki uspokajające... i przerażająco prawdziwego. Nieuchronnego. Nieuchronność nie mogła być dobra. Nie przy obcym, potężnym i bogatym mężczyźnie. Nie przy kimś, kto poznał mnie w mojej najżałośniejszej wersji. Bałam się go. Chciałam się od tego odciąć, uciec... Nie było ucieczki. Kiedy Rube próbowała mnie wypytywać, znowu zaczęłam cicho płakać... zapewniała mnie, że nie mógł mnie zgwałcić... powoli zaczynałam w to wierzyć, ale i tak czułam się zbrukana. Spaliśmy razem. NAGO. To wystarczało, żeby uznać go za wroga. Zboczeńca.
Nie uspokoiłam się, póki rudzielec nie postanowiła wyciągnąć mnie na shopping. To był jedyny powód, dla którego zawsze umiałam otrzeć łzy... do Galerii jechało się tylko dwa przystanki metrem, nie rozmawiałyśmy dużo... a raczej ja niewiele mówiłam. Nie słuchałam też zbytnio paplaniny mojej psiapsi, ale sam fakt że do mnie mówiła i była.... to pomagało przetrwać. Przy niej mogłam być sobą, a jak razem przerzucałyśmy góry sukienek, nikt nie patrzył na mnie z tym okropnym wyrazem twarzy, przez który zawsze robiło mi się niedobrze. Nie bałam się obcych spojrzeń. To było wspaniałe, nie musieć pamiętać o całym świecie rozpaczy, tylko dotykać kolejnych, pięknych, kolorowych materiałów i za jedyny problem mieć, by znaleźć coś w czym nie będę nienawidzić mojego ciała. Przymierzałyśmy na zmianę, kolejne piękne rzeczy, suknie, sukienki, rurki, zwiewne bluzeczki... Przez cały ten czas znalazłam sobie jedną sukienkę, która dobrze na mnie leżała... na tyle dobrze, że mogłabym w niej śmiało wyjść do klubu, w szpilkach i pełnym makijażu... i czuć się dobrze. Sexownie. Kupiłam ją. I parę obcisłych jeansów. I bluzę z takiego milutkiego materiału, z misimi uszkami na kapturze, dostatecznie zasłaniającym twarz i luźną, tak że potrafiłabym się w niej czuć bezpiecznie.
Przechodziłyśmy od sklepu, do sklepu. Nie musiałyśmy dużo mówić, ale i tak coraz bardziej się otwierałam, aż w końcu docierały do mnie jakieś najnowsze ploteczki z paplaniny Rube... coś o Spidermanie, biegającym po ulicach i bijącym ludzi. I o paru interesujących nowych w naszej szkole. Było dobrze... cudownie. A potem weszłyśmy do kolejnego sklepu, nieco spoza mojej ligi. Rube pewnie nawet nie zauważyła, ale ona ma kasy jak lodu... Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w kilku sukienkach z wystawy, ale szybko spochmurniałam. Wróciłam na ziemię, do mojego szarego, okrutnego świata. Wtedy Rube zaczęła mówić o modelkach i chyba nie wyczuła że to najszybszy sposób, żeby doprowadzić mnie do łez. Modeling to było dla mnie jedno z największych marzeń, ale spójrzmy prawdzie w oczy, nie nadaję się. Nigdy nie będę występować w magazynach modowych dla kobiet, ani nawet dla mężczyzn. To bolało w sercu.... i owszem. Zazdrościłam tym dziewczynom nie tylko tego, że dostawały te zajebiste ciuchy na własności naprawdę mogły tak chodzić po ulicach. Zazdrościłam im wszystkiego, od urody, wykonywania mojej pracy marzeń, do tego że urodziły się we własnej skórze. Kiedy Rube wspomniała po raz kolejny imię Roberta, zadrżałam. JEGO sieć? Cała sieć sklepów... TYCH sklepów?!?
-Wyjdźmy stąd - poprosiłam cicho, obejmując się ramionami, znowu roztrzęsiona. Kiedy dziewczyna zaczęła mnie przekonywać.... żebym się u niego zatrudniła... Zagryzłam wargi. - Rube... możemy o nim nie rozmawiać? - zapytałam zmęczona. - On mnie przeraża. Potrzebuję trochę czasu... przestrzeni. - wyznałam i zamilkłam na dobre. Pozwoliłam się zaprowadzić do lodziarni, ale kiedy dziewczyna poszła do łazienki, miałam wielką ochotę stamtąd uciec. Większym problemem było, że nie bardzo miałam dokąd. Nie pracowałam tego dnia, a samotności się bałam, równie mocno co rozmowy. Kiedy Rube wróciła, wciąż siedziałam w głębokim fotelu. - Nie poszłam sobie - powiedziałam cicho z delikatnym uśmiechem - To chyba znaczy, że powinnam z tobą pogadać... - zamilkłam na dłuższą chwilę, zanim kontynuowałam, zbierając się na odwagę.... - Wiesz, że od miesiąca jestem już dorosła? - zapytałam smutno, ale szybko, żeby nie stchórzyć w następnej chwili skupiłam się na moim jedynym sukcesie ostatnich tygodni. - Zmieniłam imię. Już nigdzie w papierach nie mam "Alexandra", tylko "Alex".... Żeby zmienić na "Alexandrę" musiałabym przynajmniej zacząć zmianę płci... Ale do tego potrzebuję badań psychicznych... wiesz? Zawsze myślałam, że moje problemy rozwiąże operacja, a teraz wciąż nie mogę podjąć tej głupiej terapii hormonalnej, bo każdy psychiatra stwierdzi że jestem niepoczytalna... - zadrżałam. - Nie mogę iść do lekarza... Nie wiem co robić... Nie pocieszaj mnie! - krzyknęłam nagle, zanim ona zdążyła się odezwać, po czym skuliłam się w sobie - Przepraszam, Rube... - szepnęłam - Naprawdę się cieszę, że tu jesteś. Potrzebowałam cię, bardzo... Ale teraz mam już dosyć rozmów. - wyjęłam z torby paczkę leków, zażyłam... siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Żeby odwrócić moją uwagę, Rube zaczęła opowiadać o jakimś nowym zespole, którego słucha, z sexownym wokalistą. Trzydziestu Marsjan, czy jakoś tak podobnie... Uspokoiłam się, zanim się zebrałyśmy do wyjścia. Kiedy zeszłyśmy na dół, zobaczyłyśmy że przed "sklepem Roberta" zbiera się niezły tłum, a potem Rube dostrzegła jego samego gdzieś tam w środku.
-Obiecałam mu, że pójdziemy razem do klubu... Jak uda mi się go teraz złapać, nie będę musiała iść pieszo - powiedziała szybko, patrząc uważnie na moją reakcję. Potaknęłam, informując ją spojrzeniem, że nie mam nic przeciwko i sobie poradzę. - Zgaduję że nie masz ochoty iść z nami? - zapytała, a ja szybko zaprzeczyłam
-Raczej nie w tym życiu. - westchnęłam, a potem spojrzałam w kierunku mężczyzny - Chyba... jestem mu winna rozmowę. - powiedziałam zrezygnowana. - Będziesz przy tym, dobrze? - poprosiłam. Nie czułam się na siłach by być z nim gdziekolwiek sam, na sam.
Po dłuższej chwili oczekiwania mężczyzna wyszedł ze sklepu i dostrzegł nas. Podszedł bliżej z niejakim zaskoczeniem. Wyszłam dwa kroki w jego stronę, a on wyczuł, że nie powinien się zbytnio zbliżać.
-Dzień dobry, panie Parker. - przywitałam się oficjalnie. - Chciałam prosić o wybaczenie mojego poprzedniego zachowania. - mówiłam sztywno, ale bez wrogości. - Doceniam pańską hojną ofertę i z żalem muszę poinformować, że w zaistniałych okolicznościach nie widzę możliwości na przyjęcie jej. Mam nadzieję, że nie czuje się pan urażony - zakończyłam i cofnęłam się z przepraszającym uśmiechem.... ale jego twarz... wyraz jego oczu, kiedy ten jeden raz na niego spojrzałam.... zawahałam się i mimo przerażenia zaciskającego się na gardle dodałam bardzo cicho - Nie nienawidzę cię, Robercie.... Proszę, nie zbliżaj się do mnie... przez jakiś czas.... pa. - odwróciłam się na pięcie i uciekłam, niemal biegiem...
****
Kiedy wróciłam do domu, jedyne o czym chciałam myśleć, było ukrycie się w łóżku.... Coś jednak było nie tak, na tyle że zamiast przemknąć szybko korytarzem, uważając by nikogo nie spotkać zatrzymałam się, nie wiedząc co się dzieje. Walizki? Porozkładane meble... Nagły strach mnie sparaliżował, a potem wepchnął do saloniku, gdzie nie byłam od ponad dwóch lat... Na kominku wciąż stały te same zdjęcia... Ale nic poza tym nie znajdowało się na właściwym miejscu. Naczynia porozstawiane w stosy i pochowane w skrzyniach. Stół z powykręcanymi nogami, oparty o ścianę. Kanapa rozłożona na części stała w przedpokoju. Zamknęłam oczy, czując że z każdą chwilą zapadam się głębiej w moim koszmarze. Przeprowadzka. To... Było ostateczne. Od dawna nie rozmawiałam z rodzicami, nie widziałam się z nimi, nie przebywaliśmy w jednym pomieszczeniu dłużej niż pół minuty.... Na początku całkiem nieźle wychodziło mi nienawidzenie ich za to, ale ostatnio chciało mi się tylko płakać. Tęskniłam za nimi... Mimo wszystko, tata codziennie, bez słowa, zostawiał mi śniadanie w kuchni... Bywały miesiące kiedy to było jedyne co jadłam. Zanim się zatrudniłam w drogerii bywały tygodnie kiedy podsłuchiwanie ich rozmów zza ściany były moja jedyną formą kontaktu ze światem.
Podeszłam niepewnie do kominka i zdjęłam ramkę ze zdjęciem, przedstawiającym mnie w objęciach rodziców... Miałam sześć lat i tuliłam dużego szarego misia z różową kokardką na uchu.... Zawsze czułam się dziewczynką, odkąd tylko zaczęłam zauważać różnice... Ale nigdy nie czułam się źle z tego powodu. Nie miałam ochoty nikomu się z tego zwierzać, ale nie wstydziłam się. Aż oni się nie dowiedzieli. Nie rozmawialiśmy długo, potem się kłóciliśmy... Padło parę słów, których nie mogliśmy sobie wybaczyć... Ojciec trzymał stronę matki, chociaż próbował załagodzić sytuację...
"Odpuść synku, nie musimy się kłócić. To chwilowe... Przejdzie ci. Przeczekamy to razem, Alex, tylko odpuść..." Zamknęłam oczy. Wtedy byłam wściekła. Potem, było coraz gorzej, coraz trudniej się trzymać nad oceanem rozpaczy, aż stoczyłam się do dna na którym byłam. Patrzyłam na zdjęcie i łzy płynęły mi po policzkach. To już koniec. Wyprowadzą się, a ja zostanę sama.... pewnie już nigdy ich nie zobaczę... Zastanawiałam się... czy gdybym się poddała... zrezygnowała z tego kim jestem... czy byłoby lepiej? Czułabym się lepiej.... Czy... miałabym jeszcze rodzinę? Zadrżałam. Nie. Pierwszym co matka chciała zrobić, było zabranie mnie do psychiatry.... albo egzorcysty. Nie umiałabym jej tego wybaczyć wtedy.
-Bardzo lubiłaś tego misia. - poczułam ostrożny dotyk na ramieniu. Odwróciłam i tata uśmiechnął się smutno. - Do twarzy ci w długich włosach, Alex. - powiedział cicho. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Rozpłakałam się i wtuliłam się w niego.
-Tato... - wyłkałam cicho. Objął mnie ostrożnie i trwaliśmy przy sobie chwilę... część mnie wiedziała że to pożegnanie. Ale moje ciało tego nie akceptowało. Liczyło się to, że jest tu ze mną i nie brzydzi się do mnie mówić...
-Nie jest za późno, byś znów był naszym synkiem, Alex... - poprosił cicho. Odsunęłam się, pochmurniejąc.
-Minęły trzy lata, tato - powiedziałam dobitnie - Ja nie mam już z wami nic wspólnego. Nie ufam wam. Za mocno to bolało... Kocham was, ale nigdy już nie będziemy rodziną. - powiedziałam cicho. Potaknął, jakby już to wiedział.
-Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - wyszeptał. - Przepraszam, maleńka... Kocham cię. Zawsze będę.
-Wiem... dokąd jedziecie? - zapytałam, po chwili
-Twoja matka dostała ofertę pracy w najlepszym szpitalu na Florydzie. - uśmiechnął się ponuro. Dopiero po chwili zauważyłem, że kręci się niespokojnie, jakby miał mi coś powiedzieć... nieprzyjemnego.
-O co chodzi, tato? - zapytałam, zaniepokojona.
-Kupiliśmy willę z basenem... twoja matka zakochała się w tym domu... My... musieliśmy sprzedać to mieszkanie. - zamarłam, ale... spodziewałam się tego... bo niby czemu, po trzech latach milczenia, mieliby mi zostawiać mieszkanie... może jeszcze z opłaconymi rachunkami?
-Ile.... ile mam czasu, żeby zebrać pieniądze? - zapytałam cicho, słabnąc. Suma o której musiała być mowa... nie miałam pojęcia skąd mogłabym ją wziąć. Ale tata pokręcił ponuro głową.
-Nie zrozumiałaś, Alex... Mieszkanie zostało sprzedane. Jutro rano mamy zdać klucze. Za pół godziny ekipa od mebli tu wróci.... musisz się spakować.... Ja... każę zapakować ci rzeczy... wynajmę magazyn, na tak długo, jak będzie trzeba. Zatrzymasz swoje meble... Przelałem ci trochę pieniędzy na konto.... Twoja matka nie życzy sobie żebym ci pomagał, ale... wciąż masz mój numer, prawda? - zamknęłam oczy i potaknęłam. Miał wyrzuty, że wybrał mamę, zamiast mnie, ale to ją kochał najbardziej na świecie... Było mi trochę lżej na sercu, na myśl, że gdybym pokazała mu moje pocięte nogi.... leki.... narkotyki... gdyby wiedział, jak źle ze mną jest... próbowałby mnie ratować. Ale nie było czego ratować. Nie żyję. Nie mam żadnego powodu, by dalej żyć. Jego troska, tego nie zmieni.
-Czemu... nie powiedzieliście mi wcześniej? - zapytałam cicho. "nie daliście mi szansy" patrzyłam na niego z wyrzutem...
-Nie wiedziałem - powiedział zakłopotany. - Nie przypuszczałem że to się stanie tak szybko... twoja matka... - pokręcił głową - Dowiedziałem się trzy dni temu, Alex. Przepraszam.
-Nie gniewam się na ciebie, tato... - powiedziałam cicho. Tak bardzo nie chciałam rozstawać się w gniewie... jemu też chyba ulżyło. - Mogę zatrzymać zdjęcie? - poprosiłam. Potaknął. Podziękowałam. - Powinnam już iść, spakować rzeczy...
-Jesteś dorosłą kobietą, Alex. Silną i piekną... jak twoja matka. Dasz sobie radę. - łzy zebrały mi się w oczach, ale pokręciłam głową.
-Dziękuję... że to powiedziałeś. Kocham cię, tato. Żegnaj. - pocałowałam go lekko w policzek, odwróciłam się na pięcie i uciekłam do mojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz, po czym zaczęłam pakować najważniejsze dla mnie rzeczy.... Ufałam że całą resztą on się zaopiekuje.... Nie byłam pewna nawet, kiedy zamiast leków, sięgnęłam po szluga i zapaliłam. Ani kiedy pakowanie zmieniło się w malowanie i mierzenie sukienek. Wszystkie problemy zdawały się zniknąć.... a ja nagle pamiętałam tylko, że Rube chciała, żebym poszła z nią do klubu.... z nią i najsexowniejszym chłopakiem w szkole... och, Robert... Najprawdopodobniej zamówiłam taksówkę, ale niczego nie mogłam być pewna.
****
Muzyka, muzyka, muzyka...
Tańczyłam, tańczyłam, tańczyłam.....
ciepłe ręce.... czułe usta.... ktoś trzyma mnie w ramionach....
Śmiech, śmiech, śmiech....
Wiruję, wiruję, wiruję....
Całuję, całuję, całuję...
Nie zachowałam wspomnień z tamtej nocy. Tylko migawki. Namiętność, silne ramiona, oczy Roberta i gniew.... Okrutny gniew, nagle płonący na cały świat... Nie chcę, nie chcę się opamiętać!
****
Obudziłam się, w nie całkiem nieznajomym łóżku, w nie tak bardzo obcym pokoju. U Rube... było... bezpiecznie. Bardzo źle się czułam, więc tylko z powrotem zakopałam się pod kołdrę.
sobota, 24 lutego 2018
Free seat- Dwight
- No co, Kate.. Chodź z nami, urwijmy się z lekcji.
- Choodź! Będzie fajnie! Nie pożałujesz, już my o to zadbamy...- powiedział jeden z kapitanów szkolej drużyny.
- I co będziecie robić? Biegać na boisku za piłką jak psy? Bo tylko to potraficie- wtrąciłem się.
- Co żeż powiedział?
- ARF ARF!- zaszczekałem.- Teraz rozumiecie? Wracajcie na swoje podwórko.
- Chodź tu laleczko, a nie będziesz już taki gadatliwy- wyszczekał Andrew, czy jak ten debil ma tam na imię. Kiedy już miałem dostać pięścią w twarz, przede mną stanął Tylor.
- Odpuść, Andrew. Nie chcesz mieć przez to kłopotów. Chodźmy stąd- powiedział i cała drużyna ruszyła w stronę boiska, jakie to było oczywiste.
- Jak wspaniale wytresowani! A, i jak nie możecie powstrzymać się od ruchania wszystkiego co popadnie, to podotykajcie się pod prysznicem, upośledzie jebane- jeden z nich pokazał mi środkowy palec, ale kto by się przejmował człowiekiem, który zdaje tylko dzięki swoim zdolnościom fizycznych po sterydach. Podszedłem do Kate, aby pomóc jej wstać. Najwidoczniej jakaś małpa nie umie chodzić prosto i musi taranować wszystko na swojej drodze.
- Wszystko okej? Zrobili Ci coś?
- N-nie. Dzięki tobie nie. Dziękuję...- powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
- Następnym razem idź do jakiegoś nauczyciela, okej? Pani Jefferson na pewno Ci pomoże.
- O-okej... dzięki, Dwight- podziękowała ponownie. Po incydencie poszedłem na lekcję angielskiego. Wszyscy usiedli na swoich miejscach, ja zająłem to samo miejsce co zwykle. W ostatnim rzędzie, przy drzwiach. Kiedy pani Jefferson miała już zamykać drzwi, do klasy wpadł chłopak, którego wcześniej nie widziałem. Wszystkie miejsca były zajęte, oprócz tego obok mnie.
- Wolne?- zapytał nieznajomy.
- No raczej nie szybkie- odparłem. "dla takiego przystojniachy zawsze wolne."- pomyślałem.- Wybacz. Siadaj, śmiało. Dwight jestem.
- A ja Ja...
- James! Widzę, że wybrałeś już sobie miejsce koło Dwighta. Dobrze, tylko nie gadajcie zbyt głośno- przerwała mu pani Jefferson.
- James? Ładne imię- nie wiedziałem co powiedzieć.
- Dzięki... Dwight też, takie niecodzienne.- odparł
- Haha, wiem właśnie...- po tym rozmowa się urwała. Pani Jefferson kazała nam otworzyć lektury i czytaliśmy fragmentami. W tym czasie ja obserwowałem kątem oka Jamesa. Na głowie miał okulary a na uchu papierosa. Że też pani Jefferson nie zwróciła na to uwagi. Kurtka wyglądała jakby miała na sobie logo jakiegoś zespolu. Kiedy odwróciłem się w jego stronę, żeby zobaczyć, co jest na niej napisane, James odwrócił się w moją stronę i nasze spojrzenia się spotkały. Trwało to przez kilka sekund i w tym czasie James uśmiechnął się ponętnie. Po tym zaczerwieniłem się jak nigdy i odwróciłem gwałtownie wzrok.
- Dwight, kontynuuj czytanie- powiedziała pani Jefferson
- Eeem. jaaa. um..- nie zwracałem w ogóle uwagi na lekcję.
nie wiedziałem co robimy, co czytamy i gdzie powinienem zacząć. Wtedy James sztruchnął mnie i pokazał palcem na fragment w książce. Zacząłem czytać. Kiedy skończyłem, zostały dwie minuty do końca lekcji. Nauczycielka ogłosiła, że będzie kartkówka z życia autora. Zadzwonił dzwonek. Jak James już wychodził rzuciłem:
- James, dzięki
- Nie ma sprawy- uśmiechnął się i wyszedł. Nie wiedziałem co jest nie tak z Jamesem, że tak zacząłem się zachowywać. Inne lekcje przebiegły normalnie. Notowanie z tablicy, odpowiadanie przy tablicy, ścieranie tablicy. Typowe lekcje. Kiedy była pora lunchowa udałem się na stołówkę. Wziąłem jakąś babeczkę, zabrałem tej szmaciurze Gin. Coś tam skrzeczała, groziła mi swoim chłopakiem, ale miałem wyjebane. Odwróciłem się i patrzyłem do kogo mogę się przysiąść, mając cichą nadzieję, że spotkam Jamesa. Niestety, nigdzie go nie było. Ruszyłem zatem w stronę pustego stolika i zjadłem swoją babeczkę w spokoju słuchając BLACKPINK. Kiedy zjadłem, stwierdziłem, że nie mam ochoty siedzieć w tej szkole i opuściłem mury szkoły. Nie wiedziałem gdzie mam iść, po czym przypomniałem sobie lekcję angielskiego i ogłoszenie pani Jefferson o kartkówce. Udałem się do najbliższej biblioteki. Kiedy wszedłem ujrzałem wielkie regały książek. "O kurwa." pomyślałem. Rzadko chodziłem do biblioteki i już pamiętam dlaczego. Dłużej czasu zabierało mi szukanie odpowiedniej książki, niż czas spędzony nad nią. Ale stwierdziłem, że jakieś basic regały mnie nie pokonają i zabrałem się do szukania odpowiedniego utworu. Po 15 minutach poszukiwań znalazłem odpowiedni materiał do nauki. Ruszyłem do stolików, gdzie mógłbym w spokoju przeczytać lekturę. Kiedy wyszedłem zza regałów, zobaczyłem ślęczącego nad książką Jamesa. Nie była to ksiązka o autorze utworu z lekcji, tylko jakaś powieść. Bez słowa usiadłem naprzeciwko niego i zacząłem czytać. Kiedy byłem na 1/3 strony, on już jedną przerzucił. Spojrzałem się na niego, a on na mnie i znów się uśmiechnął, jak wtedy na lekcji. Zareagowałem dosłownie identycznie. Potem natychmiast wróciłem do czytania. Gdy przerzuciłem się na kolejną stronę, on znów przewrócił kartkę. Tym razem tylko zerknąłem. Ta cisza nie dawała mi spokoju. Nieważne jak bardzo bym się skupił na czytaniu, potrafiłem wyczuć jego częste zerknięcia w moją stronę. Robił to zawsze przy przewracaniu stron, a ja nie potrafiłem dokończyć kilku zdań. Kto tak szybko czyta! Czułem się wysmiewany i poniżany. To prawda, nie czytam szybko. Czułem jakby mi to wypominał, ale nie denerwowałem się. Jednak postanowilem przerwać czytanie i chciałem opuścić bibliotekę. Nie mogłem znieść jego wzroku na mnie i tej ciszy. Z tego co pamiętam to zawsze znalazła się osoba, którą trzeba było uciszać. Teraz, jak na złość nie było nikogo, kto by zagłuszał tę grobową ciszę. Nie odnisłem nawet książki na miejsce, tylko udałem się do wyjścia. Otwierając drzwi pożegnałem się z Jamesem
- Do jutra, James- nie miałem pewności, czy mnie usłyszał, czy odpowiedział, bo po pożegnaniu się zamknąłem drzwi biblioteki.
,,Oceans"- Simon
Odłożyłem książki do szafki, przy okazji delikatnie przejeżdżając dłonią po ich grzbietach. Uwielbiam to robić. Tak niepozorny gest, a potrafi natychmiast uspokoić moje rozszalałe myśli...
Delektowałem się tym magicznym momentem, trwając w bezruchu i wsłuchując się w melodię płynącą z słuchawek.
,,Coś w tym jest…” w zamyśleniu powoli przymknąłem drzwiczki, chcąc je zamknąć.
- Hej piękny!- odezwał się chłopak oparty o sąsiednią szafkę.
Przestraszyłem się i odskakując lekko w tył, upuściłem trzymane w rękach notatki z literatury. W końcu byłem pewien, że jeszcze przed chwilą w ogóle nikogo tutaj nie było.
Oczywiście fobia społeczna natychmiast dała o sobie znać i poza ogólnym przerażeniem, z całych sił starałem się nie zacząć panikować. „Spokojnie Simon. Nic się nie stało. Uspokój się.” Nie patrząc na chłopaka, bez słowa przykucnąłem i drżącymi rękami zacząłem zbierać porozrzucane kartki. Przyspieszając z każdą kolejną sekundą, po chwili trzymałem już wszystko co znalazło się na podłodze i niedbale układając kartki w stosik, pospiesznie przystąpiłem do ewakuacji z korytarza.
- Ej!- chłopak złapał mnie za ramię.
„Boże, Boże, Boże, czego on chce, dlaczego nie może mnie zostawić i pozwolić mi jak najszybciej odejść i zaszyć gdzieś w jakimś kącie… Simon spokój! Weź głęboki wdech i odwróć się do niego.”
Odetchnąłem i bardzo powoli odwróciłem się w stronę chłopaka, który ku mojemu zdziwieniu zaczął śpiewać piosenkę, którą słuchałem jeszcze przed chwilą:
- I feel worthless. Maybe I should open the drawer… Burn the pages. Write poems with the ash on the floor. Pour the ink, into the sink… And watch it drain from the shore…
- Wypadł ci z kieszeni gdy ode mnie odskoczyłeś- chłopak skinął na coś co trzymał w ręce, spojrzałem w dół i niepewnie złapałem krawędź swojego telefonu, szybkim ruchem zabierając go z jego ręki.
- Dzi… dzięki- mruknąłem i odsunąłem się od nieznajomego na odpowiednią odległość. Nastała cisza, przygryzłem wargę nie bardzo wiedząc co mam teraz zrobić. Przecież nie mogę teraz tak po prostu sobie odejść, a odezwać też się nie odezwę…
- Jestem Will- powiedział brunet wyciągając rękę.
- S-simon…- dlaczego ja muszę się jąkać! Jak mam przezwyciężyć lęk skoro nie potrafię nawet się przedstawić..
- Wybacz, że cię wystraszyłem, zupełnie nie to chciałem osiągnąć- zaśmiał się.- Chciałem dowiedzieć się jak dojść do klasy z matematyki…
Niepewnie podniosłem lewą rękę wskazując na odpowiedni korytarz.
- Do końca… drzwi z numerem 34.
- Dziękuję!- ruszył we wskazanym kierunku.- A przy okazji... dobrej muzyki słuchasz- puścił mi oczko i zniknął za rogiem. Przez chwilę stałem nieruchomo, przemieniając tlen w dwutlenek węgla. Właśnie porozmawiałem z kimś obcym… i… chyba nawet nie było aż tak tragicznie…
piątek, 23 lutego 2018
Enough of this bullshit- Dwight
Nie poszedłem do szkoły. Stwierdziłem, że jeżeli mam znów oglądać ten blady ryj tej dziewczyny, której nikt nigdy przenigdy nie zechce, która śmiała się z tego biednego chłopaka, który upadł na schodach, to podziękowałem. Każdemu mogło się to zdarzyć, ale nie. Lepiej śmiać się z cudzego nieszczęścia. Karma is a bitch, kochana. Ale ja będę się śmiał kiedy tobie przytrafi się coś złego. Przez tego szmatexa odechciało mi się słuchać obecnej piosenki. Zmieniłem piosenkę i spojrzałem w górę. Niebo było czyste, oprócz jednej, bladej chmury. Bladej jak ta zaginiona siostra Roberta Pattinsona. Ciekawe czy też się błyszczy w słońcu. Dobra, Dwight, dosyć monologu o tej żałosnej istocie która zabiera mój cenny tlen. Niestety, jak tylko spojrzałem przed siebie zobaczyłem drugiego uczestnika dramy sprzed wczoraj. Scooby Doo i jego kudłaty. W sumie ciężko stwierdzić kto jest psem, a kto ćpunem, bo i on, i pies wyglądają podobnie.
- Enough of this bullshit- powiedziałem pod nosem. Wstałem od fontanny I zacząłem iść w rytm muzyki, która leciała z moich słuchawek w stronę tego szczura i psa, ruszając przy tym biodrami z nadzieją, że wpadnę komuś w oko. Moim planem było zwykłe minięcie tego żałosnego delikwenta, ale pod nogami przebiegł mi jak czarny kot, jakiś bękart. Wtedy mój plan uległ zmianie. Przyspieszyłem kroku. Podczas wymijania drugiego oprawcy chłopaka szturchnąłem go z bara i ruszyłem dalej. Z tego co słyszałem zaczął coś do mnie mówić, ale kiedy usłyszałem pierwszą sylabę z jego brudnej mordy, podgłośniłem muzykę. Wraz z właścicielem jego kundel przyłączył się do tego żałosnego psiego lamentu. Najwidoczniej nawet mnie nie poznał. Inteligencję to chyba dzieli razem z psem. Nie odwracając się strzepałem możliwe wirusy wścieklizny z ramienia i ruszyłem w stronę domu. Po drodze widziałem to, co zawsze. Poczynając od ćpunów skrytych w ciasnych uliczkach kończąc na bezdomnych weteranach wojennych. Wolny kraj mówią. Tyle chętnych do jego obrony, ale jak to tej ochronie trzeba coś zapewnić to nie ma nikogo. Dla państwa oni nie istnieją. Kiedy już doczłapałem do domu, miałem wielką ochotę na ugotowanie czegoś. Usiadłem z laptopem przy barku i zacząłem research. Nie wiedziałem tylko na potrawę z której kuchni miałem ochotę. Ramen, Sushi, a może jakieś ciasto? Postawiłem na deser, a ściślej mówiąc- suflet. Przyrządziłem danie po czym wróciłem do laptopa i zacząłem przeglądać Facebooka, wcinając dzieło moich wyrafinowanych rąk. O mało nie wyplułem kawałka sufletu, gdy w proponowanych znajomych wyskoczył mi ten szczur z parku. Spojrzałem na imię. William Whitaker. Wow. Bardziej basic imienia rodzice nie mogli Ci dać? Ponownie wkurzony, już trzeci raz jednego dnia, stwierdziłem, iż czas na kąpiel. Zasługiwałem na nią, po tak stresującym dniu, dodatkowo wirusy Eboli, Dżumy czy innej Malarii mogły nie zejść za jednym razem. Wlewając wodę o temperaturze piekła zacząłem wybierać jaki kolor bomby do kąpieli użyję tym razem. Wypadło na różowy. Po odprężającej kąpieli położyłem się spać z myślą, czy następnego dnia udać się do szkoły.
Moje wrześniowe wakacje - Billy
Byłem tam jakieś trzy tygodnie i zebrałem przez ten czas mnóstwo sińców i otarć, za parę co poważniejszych ugrałem sobie trochę fantów. Fajki, okulary przeciwsłoneczne za 50$, parę genialnych T-shirtów, z popkulturowymi motywami, glany. Sporo książek i gier na konsolę. Miałem niezłe doświadczenie w naciąganiu bogaczy i skłanianiu ich, paroma miłymi słówkami do rozpieszczania mnie. Tylko raz zdarzyło się, żeby któryś z nich przegiął na tyle, żebym naprawdę się tym przejął. Nie mogę pozwolić, żeby któryś z tych zboków męczył mnie do utraty przytomności.
*****
Kiedy się ocknąłem, jeszcze półprzytomny i prawie sparaliżowany bólem i zobaczyłem wlepione w siebie zadowolone... dumne z siebie spojrzenie bestii, moim pierwszym odruchem było sięgnięcie po telefon. Gdyby to nie był pan Oiseaubleu, przystojny i miły francuz, z którym całkiem przyjemnie się rozmawiało i który wcześniej, nawet bez powodu kupował mi prezenty... zabierał na ciekawe wycieczki... a raz, jak poinformowałem że nie wyjadę z nim nigdzie, bo mam ważny egzamin, przesiedział ze mną pół dnia i naprawdę pomógł mi się nauczyć, nie próbując sobie w żaden sposób tego wynagrodzić... Lubiłem go, w przeciwieństwie do całej reszty i gdyby to był ktokolwiek inny, chociażby kumpel taty, nawet bym na niego nie spojrzał przed telefonem... ale pan Oiseaubleu, nigdy wcześniej nie przekraczał granicy. Czasem był blisko, ale... Teraz już nie wyglądał na zadowolonego z siebie, raczej na zawstydzonego i zaniepokojonego. Sam podał mi komórkę, a ja zaskoczony, zawahałem się i ostatecznie, zamiast wybierać numer do Taty, wtuliłem twarz w poduszkę.
-Boli - jęknąłem płaczliwie. Mężczyzna dostrzegł szansę, jaką mu zostawiałem i opiekuńczo mnie przytulił, otulając uprzednio kocem.
-Hej, Cupid... przepraszam. - zaczął się cicho tłumaczyć, odgarniając mi włosy z czoła, zatroskany. - Nie chciałem cię skrzywdzić... poniosło mnie - mówił cicho i troskliwie, różne bzdety, bez znaczenia, które nowicjusz pewnie rzeczywiście, mógłby chcieć usłyszeć...
-Powinienem zadzwonić do Taty - jęknąłem, podnosząc na niego pełen wyrzutu wzrok... a on potaknął i jak ostatni głupi powiedział:
-Tak, skarbie, masz rację. Dzwoń do taty... lepiej już pójdę... - był... spokojny.... smutny. I nie naciskał. Patrzyłem na niego zaskoczony. Dawno nikt mnie tak nie traktował.... niemal z szacunkiem. Sympatią. Poruszyłem się, żeby spojrzeć na niego i skrzywiłem się z bólu.
-Zamierzasz mnie tak zostawić? - zapytałem z wyrzutem i zamarł w drzwiach, zaskoczony.
-Nie zamierzasz kazać tacie wpisać mnie na czarną listę? - zapytał, odwracając się do mnie. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem do niego rękę. Podszedł szybko i mnie przytulił.
-Jeszcze.... nie wiem... - szepnąłem uwodzicielsko. - Nie wiem, czy mam ochotę rezygnować z mojego ulubionego klienta.... - Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie.
-Mówisz to każdemu, Cupid. - uśmiechnął się.
-Jeśli płacą wystarczająco dużo. - potaknąłem słabo. - Ale nie, kiedy wszystko tak mnie boli. - spojrzałem na niego nieco gniewnie. - Jeszcze nie zakończyliśmy współpracy, mój panie...
Mężczyzna wydawał się zaskoczony... ale uśmiechał się.
-Cieszy mnie to. Lubię cię. Zwłaszcza, kiedy nie jesteś pustą skorupą. - pocałował mnie lekko. Zmrużyłem oczy, wyczekująco. - Co powiesz na 200$ rekompensaty? - zasugerował, bardzo czule... spodobał mi się ten głos, ale odepchnąłem go zirytowany, odblokowywując telefon.
-Żebyś mi się więcej na oczy nie pokazywał, zboku. - syknąłem, mocno rozczarowany. Oiseaubleu próbował jeszcze za mną nadążyć, tym razem naprawdę próbując mnie zatrzymać, ale nie na tyle żeby wyjąć mi telefon z ręki.
-Zaczekaj. Cupid... w takim razie 400? Na rękę.... Daj spokój... potarguj się ze mną, skoro mam szansę... wiem, że nigdy nie miałeś takich pieniędzy... żeby samemu sobie coś kupić, nie dostajesz tego co zarobisz... i.... - trzasnąłem go lekko w twarz.
-Franz.. Możesz już sobie iść? Obrażasz mnie. - upomniałem go sucho. Zdążyłem już wybrać numer i trzymałem palec nad słuchawką, wpatrując się jeszcze w niego... zajęło mu parę sekund żeby się zerflektować.
-Green Day. - rzucił szybko i uśmiechnąłem się lekko i dałem mu znać że może kontynuować. - Co powiesz, jeśli poznam cię z zespołem? - zasugerował. Opuściłem telefon i spojrzałem na niego.
-Zaciekawiłeś mnie - poinformowałem go z uśmiechem.
-W październiku grają w Nowym Yorku. Dostaniesz najlepsze miejsce, spotkasz się z nimi za sceną, załatwię nam wspólną kolację... płyty, zdjęcia, autografy, cokolwiek sobie wymyślisz. - uśmiechnął się. Zablokowałem telefon.
-Wiedziałem że coś wymyślisz, mój panie - pocałowałem go. - Ale nie będzie żadnych nas. - zacząłem stawiać własne warunki. - Dostanę dwie wejściówki i pójdę z kim zechcę.... Nie twierdzę że to nie będziesz ty, ale z całą pewnością nie zamierzam wtedy pracować. - mówiłem kategorycznie. - Gdybyś się nie kompromitował oferowaniem mi kasy.... to by wystarczyło, ale obawiam, że teraz czuję się obrażony i zmuszony przyjąć, 400 $ na rękę. Oraz, musisz wyjaśnić teraz panu Oswaldowi, dlaczego przez następne trzy dni będę niedysponowany. - zakończyłem. Franz zgodził się na wszystko.... chyba faktycznie mnie lubi. Zaczął mnie całować, na zgodę, ale kiedy chciał dotknąć moje nogi, syknąłem. - Nie wyobrażaj sobie. Nie dzwonię do Taty, co nie znaczy że możesz mnie dotykać do koncertu. Do tego czasu może moja duma się zagoi... - poinformowałem.
****
Ostatecznie do Nowego Yorku dotarłem w drugim tygodniu września. Tata pozwolił mi wybrać szkołę. Liberty High School, było jedną z tych lepszych, gdzie połowę uczniów stanowili geniusze, a drugą bogacze. Pasowało mi to. W tłumie indywiduów łatwo było się rozpłynąć.... oczywiście dostałem przykaz, że jeśli któreś z bogatych dzieciaków będzie chciało mnie wynająć, mam nie odmawiać... Wkurzyło mnie to, ale się nie kłóciłem. Kasa zawsze mi się przyda, jeśli chcę wyjechać samodzielnie do collaegu i nie robić więcej za dziwkę.
Po szkole chodziłem z dumnie podniesioną głową, wiedząc dobrze że wbrew wszystkiemu jestem lepszy od nich wszystkich. Akuma zawsze to wiedział.
Jedyną rzeczą jakiej nienawidziliśmy bardziej od siebie, była cała reszta świata.
Szkolne problemy-Rube
-Ciii... Już, już spokojnie. Wszystko jest dobrze-uspakajałam go spokojnie. Pozwoliłam mu się wypłakać. Odsunęłam się dopiero, gdy się uspokoił, i to i tak tylko na tyle, żeby zobaczyć tylko jego twarz.-No już, już skarbie. Co się stało?-zapytałam go, przecierając mu policzki ręką.-Kto ci co zrobił? Powiedz, a zabije go. I chyba nie tylko...-urwałam przerażona. Przecież Robert miał z nim rozmawiać... Ale... Przytuliłam go mocniej.-Płaczesz przez Roberta, prawda?-zapytałam cichutko i spokojnie. On tylko kiwnął głową.-Zrobił ci coś w sali?-zapytałam, chodź słowa zatrzymywały się w moim gardle. On pokiwał przecząco, a zaraz znów się rozpłakał. Tuliłam go czułe i delikatnie głaskałam.-Wiem że się boisz... Też pewnie bym się bała Na twoim miejscu... Ale znam Roberta... Nic ci nie zrobił, skoro tak mówi, zaręczam. W wbrew pozorom, to dobry chłopak. Z resztą, nie ważne... Choć. Pójdziemy do galerii. I ogarnij się, dziewczyno-zaśmiałam się i wyciągnęłam go do galerii. Nie pozwoliłam mu myśleć o głupotach, obrzucając go toną ciuchów do przymierzenia, albo pokazując mu tę na mnie. Na koniec, sam zaciągał mnie do sklepów. Gdy nagle znaleźliśmy się w jednym ze sklepów, które należały do Roberta, zadrżałam. Nie psułam mu zabawy, ale nie mogłam być pewna że zaraz nie pojawi się tu Robert. Alex był jednak zakopany w ciuchach po uszy. Dopiero gdy zobaczył cenę, wrócił do swojego poprzedniego stanu. Podeszłam do niego.-I pomyśleć, że za to że laska da sobie zrobić zdjęcie w takim ciuszku, dostaje go.-Mina Alexa mówiła wszystko. Spojrzałam na niego i nie mogłam już dalej milczeć.- To sieć sklepów Roberta, stąd wiem. Mało osób u nas w szkole wie o tym że to jego firma. Większość skupia się na tym że jest dziany.-położyłam mu rękę na ramieniu.-Zaufaj mi. Robert cię lubi, a to dużo znaczy. Nie zrobił by ci krzywdy. Wręcz przeciwnie. Sam fakt że ma pod sobą najlepsze, importowane stylistki prosto z Francji, a proponuję prace tobie, to już coś znaczy. Nie każe ci go lubić, ale po waszej rozmowie... Był przybity. Po za tym, to może być dla ciebie prawdziwa szansa. I zarobki są... No, nie małe. Posiedzisz z modelkami 6h... Nawet to nie tak, bo robisz makijaż modelce, urywasz się na kawę, albo na zakupy... A jak cię potrzebują, przydupas Roberta przybiegnie cię błagać żebyś poprawił modelce makijaż, bo się rozpłynął, albo się rozmazała. Po tych 6h dostajesz... No sporo, zależy co i jak zrobisz. Modelki to tak od 200 do 3000, a makijażystki... z 1000 na pewno. Więc to przemyśl. Ja ci mówię jak jest, bo raz mu pomogłam.-zaśmiałam się.-Potrzebował modelki z miskami większymi niż B. W każdym razie, na górze otworzyli nową lodziarnie, ja stawiam.-nachyliłam się nad nim.-Chłopak który tam sprzedaje zarywa do mnie, to może uda mi się załatwić zniżkę-szepnęłam, śmiejąc się. Złapałam go za rękę i zaprowadziłam do lodziarni. Zamówiłam lody, zajęliśmy stolik i przeprosiłam go na chwile, żeby skorzystać z toalety.
Are all made of gold
Czekałam na Setha po lekcjach... Trudno było mi to wytrzymać... Gdyby przyszedł parę minut później, uciekłabym.... Ale przyszedł. Poddałam mu się, mimo strachu i łez... Miałam nadzieję, że zrobi to szybko i da mi stracić świadomość...
Dłuższą chwilę nie rozumiałam jego słów.... Chciał mnie? Nie chciał mnie? Kiedy powoli docierało do mnie, że chyba mnie nie zgwałci, zaczęliśmy rozmawiać... kupił mi leki i kazał obiecać, że się jeszcze spotkamy, a potem odwiózł mnie do drogerii.. Obiecałam.... Może nawet chciałam dotrzymać obietnicy.
Chodziłam do szkoły , żeby mieć jakąś rutynę... Żeby pamiętać, że jeszcze żyję. Leki działały i wszystko działo się z daleka, uczucia były przytłumione... Żyłam jak we śnie, a czas mijał. Szkicowałam. To było chyba jedyne, co umiałam jeszcze robić. Automatycznie tworzyłam kolejne obrazki, oczy z krwawymi łzami, linę zwisającą z sufitu... Nóż w piersi. Na lekcjach, przerwach, lunchu... Seth kupił mi jakieś nowe leki nasenne i teraz byłam w stanie spać... Właściwie cały czas poza szkołą i pracą spędzałam w łóżku, wypłakując się za tę noc spędzoną z jakimś bogatym zbokiem.
To było straszne... Czułam, że umieram, że nic już nie ma, świat się kończy... A ja chciałam żyć. Chciałam tańczyć i się bawić. Kochać... Strasznie jest umierać, kiedy się nikogo nie kochało. Smutno jest umierać w samotności.
Siedziałam na ławce, w klasie i rysowałam. Na początku myślałam, że to kolejny anioł, ale potem skrzydła zmieniły się w poły płaszcza , a twarz skryła się pod kapturem. Kostucha patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Drżącą dłonią wypisałam nad nią "Umierasz".
Przez chwilę przeglądałam szkicownik, oglądając kolejne scenariusze samobójstwa.... coraz dokładniejsze. Już nie tylko stopy, albo dłonie, ale całe ciała... Twarze miały coraz wyraźniejsze rysy, dłonie miały piegi w odpowiednich miejscach... Umarli coraz bardziej przypominali mnie.....
Skoczę. Dotarło do mnie w końcu. Tak będzie najprościej. Wszystkie upadające anioły... ludzie na krawędzi... Wszędzie byłam ja. Nie widać tego było na pierwszy rzut oka.... Nie planowałam tego... Nie widziałam tego wcześniej... ale nagle czułam że każdy z tych rysunków przedstawia mnie.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś za mną stoi... ON. Zacisnęłam zęby i odwróciłam wzrok. Zadrżałam, kiedy się odezwał... Wyciągnął do mnie rękę. Zignorowałam go ostentacyjnie, odwracając kartkę i rysując coś szybko, coraz gwałtowniejszymi ruchami. Jego wizytówkę również zignorowałam. Nie chciałam go słuchać, nie chciałam żeby tu był, drażniła mnie sama jego obecność, te wielkie, błękitne oczy, idealne ułożenie włosów, sexowny uśmiech...
Nawet ten głos był miły i głęboki.
Czułam narastającą wściekłość. Co ten cały Robert sobie wyobraża?!? Zaliczył mnie w klubie, wykorzystał, a teraz co! Żebrze o pomoc??? Prychnęłam gniewnie, kiedy wciąż nie odchodził, ośmielił się skomentować moje rysunki.... Pracować dla niego?!? Może jeszcze oficjalnie zostać jego dziwką?!?
-Nie wierzę ci - poinformowałam. On wstał, chyba zawiedziony... - Robert... - sama nie wiem czemu go zawołałam. Chciałam... Nie chciałam... Po chwili wyszeptałam cicho - Nie zbliżaj się do mnie, proszę. - on potaknął uprzejmie i odszedł... Był... Miły. Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Nie byłam pewna, czy mu wierzę... Chyba... Chciałam uwierzyć. Może nie czułabym się wtedy aż tak źle... Ale z drugiej strony łatwiej było go nienawidzić, niż przyjąć czyjąś litość... Znowu. Zaakceptować jakieś nowe uczucia... To było chyba ponad moje siły.
Skrzywiłam się i chciałam wrócić do szkicu.... I wtedy zobaczyłam piękną twarz Roberta, obserwującą mnie z kartki.... To nie był idealny rysunek, ledwie zarys, wymagał sporo do dopracowania, ale z całą pewnością przedstawiał pięknego mężczyznę... o JEGO oczach, JEGO ustach... Wyglądał jak on. Nigdy nie rysowałam takich rzeczy. Patrzyłam na to przez chwilę zdumiona, po czym w przypływie złości wyrwałam kartkę, zmiąłam ją w kulkę i rzuciłam w kierunku kosza. Nie trafiłam i zebrało mi się na płacz. Pozbierałam swoje rzeczy i nie odzywając się do nikogo wyszłam, niemal wybiegłam ze szkoły. Nie wiem, jak znalazłam się w parku, ale w pewnym momencie siedziałam na ławce, pod drzewem, skulona i przerażona. Łkałam cicho, nie mogąc się ruszyć, przytłoczona własną słabością... bezsilnością... Miewałam już takie ataki. Kiedy byłam w stanie spędzić cały dzień w jednym miejscu, bez ruchu, mimo chłodu, głodu, albo strachu. Pewnie siedziałabym tam aż do późnej nocy, gdyby Rube do mnie nie przyszła. Kiedy usiadła obok mnie na ławce... Tak dawno nie rozmawiałyśmy... Chyba ona jedyna pamiętała mnie jeszcze z mojego dawnego życia. Sama ją odepchnęłam, a jednak przyszła... Potrzebowałam kogoś, więc pozwoliłam się tulić.
W poszukiwaniu wizażystki.... - Robert
-Black? - powiedziałem nieco zbyt tubalnie, na co chłopak się ewidentnie przestraszył.-Przepraszam... - powiedziałem już normalnie i się zakłopotałem. Wyciągnąłem do niego dłoń. -Nazywam się Robert Parker - przedstawiłem się, jednak gdy chłopak nadal siedział bez ruchu, cofnąłem dłoń. - Słuchaj... Wiem, że nie zaczęliśmy najlepiej, ale... Nie chciałbyś pomalować kilku modelek do katalogu modowego? Rube mi powiedziała, że jesteś świetnym wizażystą, a ja jestem w wielkiej potrzebie. Oczywiście nie za darmo.... Co ty na to? - odpowiedziała mi cisza. - Nic nie szkodzi... - powiedziałem i dałem mu moją wizytówkę. - Jakbyś się zdecydował, zadzwoń, albo przyjdź i powiedz, że jesteś do mnie - powiedziałem i miałem już sobie iść.... Prawdopodobnie powinienem, ale chciałem z nim jeszcze pogadać... - Swoją drogą... bardzo ładnie rysujesz. Gdy byłem w Paryżu, widziałem dużo ładnych rysunków, ale twoje są zdecydowanie jednymi z lepszych.-powiedziałem i uśmiechnąłem się ciepło do niego.-Przemyśl moją propozycję. Choćby pod kątem tego, że podniesiesz renomę drogerii, w której pracujesz. - mówiłem i chciałem odejść, ale... nie mogłem. Usiadłem obok, w bezpiecznej odległości. - Skoro i tak milczysz, to pozwól mi przynajmniej się wyjaśnić, błagam. Nie jestem żadnym zboczeńcem, ani nikim w tym stylu. Wiem jak to wygląda, ale to wcale nie tak. - odetchnąłem głęboko i spojrzałem na niego, milcząc chwilę. - Byłem z Rube w klubie. Ona poszła się bawić, a ja zostałem. Zobaczyłem jak dobierało się do ciebie trzech typów... Nie mogłem cię zostawić. Zwłaszcza, że byłeś naćpany i.... nie zaprzeczaj, wiem co widziałem. Nie wiedziałem gdzie mieszkasz, więc stwierdziłem, że najbezpieczniej będzie zabrać cię do mnie. Naprawdę chciałem cię położyć spać, ale nie chciałeś mnie puścić... a jak krzyczałeś i płakałeś ze strachu... nie mogłem odejść. - Zrobiłem chwilę pauzy, po czym wstałem. - No nic, przemyśl moją propozycje... I jeszcze raz przepraszam, że tak wyszło.
Wyszedłem z klasy spokojnie, by pójść szybko do Rube. Stała właśnie pod oknem, jęcząc jakiemuś chłopakowi o korki z matmy... Mi... Mo... Ma... Nie ważne, Morales. Przeprosiłem go i pociągnąłem ją na bok.
-Ruby, błagam, chodź dziś ze mną do klubu - poprosilem żałośnie. Dziewczyna była zdziwiona, ale nie pytała. Kiwnęła szybko głową, a po chwili zajrzała mi przez ramię. Zawołała Alexa i puściła się za nim pędem. Westchnąłem głęboko i wróciłem do klasy. Wchodząc, kopnąłem w jakąś papierową kulkę... Normalnie bym ją wyrzucił, ale nie było nikogo w klasie. Rozwinąłem kartkę i poczułem jak serce mi się ściska....
Paradoks dnia nastepnego-Rube
-Rube?-wyrwał mnie z zamyślenia delikatny, dziewczęcy głosik, który rozbrzmiał obok. Spojrzałam na roznegliżowana dziewczynę, pożerająca mnie wzrokiem. Czułam jej gorącą rękę na moim udzie, pod kołdrą.-Kładź się. Możesz jeszcze pospać ze mną-wymruczała. Przetarłam oczy i jeszcze raz spojrzałam na nią.
-Wiesz co... Nie mam dziś ochoty na seks z dziewczyna, Dakira- powiedziałam, szczerze. Ona jednak nie dała za wygrana. Zawisła nade mną.
-Nie poczujesz różnicy, zapewniam-powiedziała, z lubieżnym uśmiechem, po czym wsunęła się pod kołdrę. Faktycznie... Było lepiej niż z nie jednym chłopakiem.
***
Myślałam że szlag mnie trafi, gdy Robert przyznał mi się co odwalił w clubie. Zacisnęłam zęby.
-I że niby mam ci uwierzyć że go nie zaliczyłeś?-zapytałam wściekła.
-Rube, przecież mnie znasz
-No i właśnie...
-I jeszcze masz wątpliwości?-przerwał mi z żalem w głosie. Fakt... Roberta nie interesują kłody. Nie przespał by się z nikim, bez jego choćby przytomnej zgody. Spojrzałam na niego jeszcze raz wściekle.
-Czego ode mnie oczekujesz?-syknęłam.
-Że się za mną wstawisz, jak by co. Ty mnie znasz, a on... On się bał-Robert zwiesił głowę... Zależało mu... Skinęłam głową.
-Dobra, ale ostrzegam, jeżeli coś mu zrobisz, wbrew jemu, to cie zasztyletuje-ostrzegłam.
czwartek, 22 lutego 2018
Fallen Angel- Hyun
Nigdy nie jest tak prosto jak się wydaje - Seth
Wyciągnąłem małą buteleczkę z mocnym lekiem przeciwbólowym. Alex zaczął wlepiać w nie wzrok, jak wygłodniały piesek, taki biedny zostawiony na pastwę losu. Schowałem je do kieszeni kurtki, na co lekko się odsunął. To już pewne, był lekomanem.
- Seth? - spytał niepewnie jakbym miał mu uciec. Najwidoczniej bardzo chciał mieć te leki, nawet za cenę swoistej rozmowy z kimś obcym.
- Przygotuj listę leków, zaopiekuje się Tobą. - powiedziałem bardzo łagodnie odwracając wzrok. Denerwował się, chciał te leki ale tak jakby się mnie bał, nie potrafił zrozumieć, dlaczego mu pomagam?
- Seth, ja naprawdę nie... - Przyłożyłem palec do swoich ust aby nic już nie mówił, wydawał się słodki, ale na pierwszy rzut oka kwalifikował się jako uke.
- Zaraz po lekcjach czekaj na mnie przed szkołą, zabiorę Cię samochodem na krótką przejażdżkę, potem zdecyduje jak bardzo potrzebujesz tych leków - opadł na krzesło i westchnął. Patrzył na mnie z przerażeniem, chcąc jakby uciec. Chciał już coś powiedzieć, ale znowu przyłożyłem palec do ust. - Przyjdź, inaczej jest mała szansa aby ktoś inny załatwił Ci te leki. Widzę, że ich potrzebujesz. - uśmiechnąłem się ciepło do niego, akurat gdy zadzwonił dzwonek.
***
Po szkole stał dokładnie tam gdzie mu przykazałem, kiwnąłem głową aby ruszył za mną. Niepewnie wsiadł do samochodu, a na dźwięk zamykanych drzwi popatrzył na mnie oczami pełnymi łez.
- Jeśli chcesz... To możesz... Ja.. - Mówił praktycznie przez łzy, na odgłos silnika aż podskoczył. - Zrób to teraz, proszę - ledwo dało się rozumieć co mówi. Zbliżyłem się do niego i otarłem łzy, podałem husteczke i lekko potargałem włosy.
- Nic ci nie robię Alex - powiedziałem spokojnym, miękkim głosem i ruszyłem w stronę obrzeży, aby mieć czas z nim chociaż trochę pogadać.
- Przecież to tak się skończy - wyszlochał smarkając w husteczke.
- Nie musi. - odparłem cicho i skupiłem się chwilowo na drodze.
- Seth... - zawiesił się, wpatrywał się we mnie z otwartymi oczyma, jakby słowa nie mogły mu przejść przez gardło. - Dziękuję? - spytał niepewnie.
- Jeszcze nie masz za co - zahichotałem, na co wydawało mi się, że pojawił się uśmiech na jego twarzy. Pewnie tylko złudzenie. Po dłuższej ciszy zatrzymałem się koło apteki i spojrzałem na niego z oczekiwaniem. - Masz tę listę?
- A tak. - wyjął z kieszeni karteczke i mi podał - znaczy, to nie jest taka profesjonalna lista tylko, no wiesz, ja... - Zaczął się coraz bardziej denerwować. Pokiwałem przecząco głową i szybkim krokiem udałem się do apteki. Ekspedientka była dość miła i bez problemu uzyskałem to, czego on potrzebował. Gdy Alex zobaczył siatkę pełną leków jego oczy zaświeciły się niczym pochodnie. Podałem mu je, a on je złapał jakby, był dzieckiem i ktoś mu dał jakąś czekoladę, a teraz boi się że ktoś ją zabierze. Szybko się opamiętał, chyba i zaczerwienił a ja ruszyłem w stronę jego drogerii
- Skąd Ty? - poty wstąpiły mu na czoło i zaczął trząść rękami.
- Spokojnie, na karteczce był adres, stąd wiem. - lekko się rozluźnił, ale resztę podróży przewidział w ciszy. Zatrzymaliśmy się pod drogerią, Alex zjadł chyba po 3 tabletki ze wszystkich opakowań.
- Teraz gdzieś ze mną to musisz wyskoczyć, nie sądzisz? - Uśmiechnąłem się lekko, aby go nie spłoszyć. - Myślę że jeszcze kiedyś będziesz mnie potrzebował - wsunąłem mu karteczke z wizytówką do kieszeni i znów się uśmiechnąłem - Przychodź kiedy chcesz, ale tego spotkania ci nie odpuszczę.
- Dobrze.. Dziękuję.. - Spojrzałem na niego dość przyjaźnie i obserwowałem jak idzie do pracy. Gdy tylko zniknął za drzwiami dla personelu, odjechałem z piskiem opon, aby jeszcze zabrać siostrę z lekcji.
***
Wieczór nastał szybciej niż myślałem, Spenci piła jakiegoś drinka oglądając jakiś serial.
- Nadal nad tym siedzisz? - spytała nie odwracając wzroku od telewizora.
- Tak, uzupełniam wszystko z tego tygodnia.
- Zachciało się być męską prostytką. - przygryzłem wargę i spojrzałem na nią lekko wkurzony. - No co? Tylko żartuje.
- No nic, wybrałaś tylko zły temat.
- No ale tak naprawdę to co ty robisz?
- Jestem ala psychologiem, a co? - Zaśmiała się głośno.
- Nie żartuj, a ja uczę angielskiego. - zaczęła hihotać.
- Do ciebie coś mówić, chcesz posłuchać, czy będziesz tak się śmiać z byle czego? - przewróciłem oczami.
- Dawaj! Chętnie posłucham co tam znowu wymyśliłeś.
- Nic nie wymyśliłem. - Powiedziałem surowym tonem, uspokoiłem się na szybko i zacząłem tłumaczyć. - Mój brat Terner, miał testament, w którym zapisał mi w sumie wszystko, co miał w tym swoją pracę dyplomową z psychologii. Zawsze chciał zostać znanym psychologiem, nawet później psychiatrą. Jednak zawsze czytał te książki na głos gdy byłem obok i jakoś mnie zaciekawiły. No i tak się zaczęło, potem sam je czytałem aż mnie też, ostatecznie to wciągnęło. Terner zaćpał się na mojej imprezie, planował to czy nie, zostawił mi pracę dyplomową, wraz z jej obroną i tym wszystkim. Poza tym po jego śmierci nagle zaczęły dzwonić telefony od jego kolegów ze starzu, że mnie polecał jako następcę, dobrego myśliciela. No i jakoś się wkręciłem i tak naprawdę dokonczyłem za niego studia, przynajmniej pojawiłem się na zakończeniu. Byliśmy podobni, więc nikt nie zwrócił na to uwagi, a imię było prawie nie ważne tam. Poza tym przyjąłem specjalnie Terner na drugie, aby też nie było to zbytnio podejrzane. Wtedy chcieli mi od razu pracę dać, ale odmówiłem, założyłem ala prywatny gabinet, mam dostęp do leków, strzykawek. Co lepsze, znają mnie chyba wszystkie aptekarki w tym mieście. No wracając, to tyle.
- Dużo.
- Mogłabyś się wysilić trochę bardziej. - przewróciłem oczami
- No dobrze, jak z tym chłopakiem?
- Alexem? Nawet, postanowiłem się nim zaopiekować, wydaje się miły. - prychnęła.
- Nie chcesz go zaciągnąć do łóżka? Czy też wziąć na coś ekstra? - jej głos był wypełniony swego rodzaju jadem.
- Klienci sami o to proszą, nie ja od nich. Poza tym Alex jest inny, a jak skończą mu się leki no to zadzwoni, ale przyjdzie tutaj.
- Albo będzie czekać przy samochodzie - wypiła ostatni łyk drinka. - Dobra, koniec tych opowieści. Idź wcześniej spać, wychodzę. - Oznajmiła i już jej nie było. Cóż, szybko. Powoli przeglądając listę uczniów zauważyłem parę nowych osób. Moją szczególną uwagę przykuł jednak Bill...
Billy Third
Imię: BillyNazwisko: Third
Ksywka: Cupid
Wiek: 16 lat;
Data urodzenia: dokładna nie znana, obchodzi 03 października;
Orientacja: aseksualny, kompletny wstręt do miłości fizycznej, nie potrafi się z nikim związać emocjonalnie;
Związek: skomplikowane
Aparycja: ładny i zadbany, farbuje włosy na różne kolory, ma dużo kolczyków na całym ciele, czasem się maluje, kiedy ktoś tego od niego oczekuje, ale nie lubi tego. Ma blizny na rękach, po trzech próbach samobójczych, nie ukrywa ich. Bardzo chciałby zrobić sobie pare tatuaży, ale nikt mu na to nie pozwoli. Chudy i słaby, ma wporo blizn, często jest posiniaczony, zwłaszcza na nagarstkach.
Charakter: Uczy się bardzo pilnie, bo wie że to jego jedyna szansa na ucieczkę ze swojego środowiska. Każda ocena niższa niż B+ doprowadza go do histerii i ataków paniki, ale udaje mu się je ukrywać, aż nie zostanie sam. Miewa nieuzasadnione ataki agresji. Jest bardzo słaby psychicznie, ulega silniejszym od siebie, nie potrafi się postawić. Żyje w ciągłym strachu, marzy o ucieczce, gdzieś na koniec świata. Boi się samego siebie.
Religia/Filozofia życiowa: Nienawidzi Boga. Nienawidzi siebie. Nienawidzi ludzi.
Umiejętności: umie się wyłączyć, kiedy sytuacja go przerasta, nic nie czuć, bólu, ani wstydu. Jest inteligentny i dobry właściwie z każdego przedmiotu,
Zainteresowania i hobby: Nie istnieje nic oprócz książek. To jego jedyny azyl, gdzie nikt go nie może skrzywdzić.Inne informacje: sierota?, boi się uczuć, obcych ludzi i hałasu. Jest anorektykiem i palaczem. Bierze środki uspokajające, ale nie uważa tego za nałóg, ma zmyślonego przyjaciela Akumę,
Historia: nie ma żadnych danych o swojej rodzinie. Nazwisko i datę urodzenia ma po tym że do sierocińca podrzucono go właśnie 3 października. Jako 3-latek, a potem 5-latem został adoptowany, ale w obu przypadkach, z powodu Akumy rodzina zaczęła się go bać i odrzuciła go po pół roku. Ledwie ich pamięta, ale i tak nie ufa żadnym ludziom. Po raz pierwszy został zgwałcony w wieku 6-lat, przez starszych kolegów. Powtarzało się to regularnie, przychodzili do niego w kilku, po nocach. Wtedy Akuma przybrał postać, którą Billy widzi zawsze przy sobie, kiedy jest sam. To daje mu poczucie bezpieczeństwa. Po raz trzeci został adoptowany już jako 14-latek, przez starszego mężczyznę - Bruno - który twierdził, że jest jego ojcem. Szybko okazało się, że gość jest alfonsem i od tamtej pory Billy pracuje dla niego, jako Cupid, ale i tak zostaje mu oddany. Bruno daje mu iluzję wolności i bezpieczeństwa, czasem pozwala mu zdecydować czy przyjmie klienta i nie pozwala mu się zabić. Dobrze wie co chłopak chce usłyszeć i karmi go kłamstwami o miłości i rodzinie, żeby nie uciekł.
Hyun Jefferson
Imię: HyunNazwisko: Jefferson
Wiek: 30
Orientacja: Hetero
Związek: Wino
Zawód: Nauczycielka angielskiego
Charakter: Hyun jest nauczycielką z powołania. Kiedy sama chodziła do High School udzielała korepetycji niemal połowie szkoły. Ma dar do przekazywania wiedzy w ciekawy sposób. Jej tłumaczenie przedmiotu jest zwięzłe i zrozumiałe. Wszyscy jej podopieczni otrzymują dobre oceny.
Jest pracoholiczką, przez co nie może znaleźć partnera. Dużo opowiada o swojej pracy, stawia ją ponad życie uczuciowe, przez co jej partnerzy czuli się niekochani. Bardzo troszczy się o swoich uczniów i potrafi wyczuć, kiedy ktoś ma jakieś problemy. Nie spocznie, póki nie pomoże osobie potrzebującej pomagając jej w subtelny sposób, żeby uczeń nie czuł się przesłuchiwany.
Sama jednak cierpi na stany depresyjne. Przez jej wielką empatię do uczniów odczuwa dogłębnie ich problemy, które sprawiają jakby były jej. Zarabia najwięcej ze wszystkich nauczycieli, przez co reszta pedagogów jest zazdrosna.
Czuje się aniołem stróżem swoich podopiecznych i często chroni ich przed dyrektorem (często ślepo im wierząc w ich niewinność)
Zainteresowania i hobby: Praca, książki motywacyjne, seriale
Inne informacje: Codziennie w piątek idzie do klubów w poszukiwaniu miłości. Jest uzależniona od wina. Oprawia w ramki prace pisemne ze 100% ilością punktów swoich uczniów.
And the saints we see...
Blondyn poszedł się ubrać... był... przystojny. Nienawidziłam się za tę myśl. Wydawał się też... dobry. Naprawdę byłam wdzięczna za to że odwiózł mnie do domu, mimo że nie byłam w stanie odezwać się do niego ani słowem. Dochodziła szósta rano, kiedy dotarłam do domu. Wyszeptałam ciche podziękowanie w stronę wciąż bezimiennego mężczyzny i pobiegłam na górę do mojego pokoiku. Równo dwie godziny spędziłam w łazience, zaczynając od wzięcia dwóch z trzech pozostałych tabletek.... ostatnia jeszcze się przyda później, byłam tego pewna.
****
Kolejny dzień w szkole, nawet nie byłam pewna jak tu dotarłam. Byłam zmęczona.... Ale chyba samotność zbytnio mnie dobijała, żebym mogła zostać w domu. Rano nie byłam w stanie zjeść śniadania. Myśl o jedzeniu w ostatnim czasie coraz bardziej napawała mnie odrazą. Czułam się ogólnie coraz gorzej. Chwilowo byłam zbyt przerażona ostatnimi wydarzeniami, żeby znowu się naćpać... ale tęsknota za tym szczęściem.... choćby za zwykłym spokojem, kiedy nie przytłacza mnie jedno obce spojrzenie... Myśl o narkotyku zdawała się jedynym co trzymało mnie na nogach. Cały dzień starałam się jak najmniej rzucać w oczy. Na przerwach chowałam się przy mojej szafce, nie bardzo wiedząc czego szukam w torbie, aż między czwartą a piątą lekcją moje palce trafiły na żyletkę. Zadzwonił dzwonek więc wróciłam się do klasy, ale wyczekałam tylko do połowy lekcji, zanim zapytałam czy mogę iść do łazienki. Powstrzymałam się przez cięciem po rękach. Za łatwo to zauważyć. Schowałam się w kabinie i zdjęłam spodnie. Cięłam szybko. Trzy płytkie kreski... nie byłam z tego dumna. Raczej przerażona. W myślach powtarzałam sobie że nie chcę... nie chcę umierać.... ale coraz mniej byłam tego pewna. Coraz mniej było na świecie rzeczy, które kochałam.... które chociaż umiałam czasem lubić. W większości moje życie składało się z łez i nienawiści. Obojętności... gniewu. Czasem zdawało mi się że jedynym co mi pozostało to zakończyć to raz na zawsze. Jak miałabym kiedyś być z kimś szczęśliwa, skoro dwoje ludzi, którym ufałam najbardziej na świecie, odepchnęło mnie z powodu tego kim jestem. Kochałam ich... i oni kiedyś też mnie kochali, czułam się bezpiecznie w ich domu... Teraz bałam się tam wracać. Odcięli się ode mnie, chociaż wciąż mieszkaliśmy pod jednym dachem, nie rozmawiałam z nimi od lat. Wargi mi zadrżały i bezmyślnie cięłam się jeszcze raz... głęboko. Tym razem ból przeraził mnie na dobre i szybko zaczęłam tamować krew... Opatrzyłam sobie udo, pozbierałam się i wyrzuciłam żyletkę do kosza. Przed powrotem do klasy musiałam jeszcze poprawić rozmazany makijaż. Wróciłam na sam koniec lekcji, właściwie tylko po to żeby się spakować, ale kiedy zadzwonił dzwonek i chciałam wyjść z klasy, nauczycielka mnie zatrzymała.-Alexander, zostań. - poprosiła i automatycznie się zatrzymałam. Zaraz potem zaczęłam myśleć nad szybką drogą ucieczki, ale było już za późno. Drzwi sali zamknęły się za ostatnim uczniem. Zadrżałam i odwróciłam wzrok.
-Mam na imię Alex - poprawiłam dobitnie, mimo drżącego głosu. Nauczycielka uśmiechnęła się i potaknęła. Miałam pustkę w głowie. Nie byłam pewna jakiego ona w ogóle przedmiotu uczy, a co dopiero, jak się może nazywać.
-Oczywiście, przepraszam.... Posłuchaj... Alex. Widziałam twoje rysunki, wiesz? - zamarłam, przestraszona. Rzeczywiście... możliwe że nie schowałam szkicownika, wychodząc z klasy... ale.... nie mogłam sobie przypomnieć co właśnie rysowałam.... - Ten anioł był naprawdę piękny - powiedziała z uśmiechem. Odprężyłam się lekko. Anioł... spadający z nieba. To zawsze lepsze niż pocięte nadgarstki i uśmiechnięte trupy.-Dziękuję. - uśmiechnęłam się lekko, ale nauczycielka jeszcze nie skończyła
-Ja wiem, że macie teraz taką modę i w ogóle... Ale to było trochę niepokojące. Chciałam tylko żebyś wiedział.... Jeśli potrzebowałbyś z kimś porozmawiać, zawsze możesz przyjść do mnie - szybko zaprzeczyłam
-Wszystko jest w porządku. To tylko moda. Wszyscy teraz tak rysują. - uśmiechnęłam się uspokajająco.
****
Na lunchu siedziałam samotnie i było mi z tym dobrze. Nikogo nie obchodziło czy coś jem, czy płaczę, czy szkicuję jeden wielki napis "Help me!", ociekający krwią. Aż do czasu gdy ten facet się do mnie przysiadł. Pewny siebie i zawadiacki. Przyjazny.... troskliwy. Jedyne czego chciałem to uciec przed natrętnym spojrzeniem. Nienawidziłam takich ludzi. I co? Myśli że jak jest sexowny, to wystarczy że się do mnie uśmiechnie i pójdę z nim do łóżka?
Strach... mnie paraliżował, jak zwykle kiedy ktoś mnie próbował wypytywać. Przywitałam się z nim, przedstawiłam... Obserwował mnie... pożerał wzrokiem... Uznałam że lepiej będzie jeśli się skupię na jedzeniu. Smakowało jakbym próbowała przeżuwać papier ścierny.... Trochę żałowałam że chłopak wybrał sobie akurat ten dzień. Dawno nie czułam się tak źle. Puściłam się.... z kumplem Rube? Chodzi ze mną do klasy..... A jeśli rozpowie innym? A może ten tutaj do mnie zarywa, bo tamten mu powiedział? Cisza się przeciągała, przytłaczała mnie, a głos tego tutaj.... Setha... był coraz łagodniejszy. Mówił jakbym była jakimś upośledzonym dzieckiem..... albo jakby sugerował, że pokaże mi kotki w piwnicy. Zagryzłam wargi i powoli pokręciłam głową, wbijając w niego udręczony wzrok. Coś w głębi mojej duszy chciało krzyczeć o pomoc...
-To miłe z twojej strony, Seth. - powiedziałam sucho, próbując opanować drżenie głosu. - Pracuję po lekcjach. Nie mogę nigdzie iść. - ucięłam szybko rozmowę... "Muszę iść wypłakać się w poduszkę, bo to jedyne co jeszcze umiem robić". Przymknęłam oczy. Bałam się pić. Bałam się ćpać. Bałam się nawet iść i tańczyć. Nie chciałam za nic wylądować w czyimś łóżku. Znowu... bezbronna.... Odwróciłam wzrok od chłopaka i uznając rozmowę za zakończoną sięgnęłam po tabletki... ostatnia. Połknęłam i popiłam wodą... To jedyna moja pociecha... Zastanowiłam się - Seth... - odezwałam się cicho po chwili. - Przepraszam... Nie chciałem być niemiły. - uśmiechnęłam się słabo. - Źle się czuję... lekarstwa mi się skończyły i zgubiłem receptę... - zaczęłam się cicho tłumaczyć. - Jeszcze przez tydzień nie dam rady się umówić do mojego lekarza, a aptekarka chyba myśli że jestem ćpunem... To nie moja wina, że ręce mi się trzęsą! - westchnęłam bezradnie. - Naprawdę, nie mam teraz siły na rozmowy... Ale wydajesz się miłym gościem. - spojrzałam na niego łagodniej, sugerując, że owszem, byłabym skłonna wyjść gdzieś, gdybym tylko miała leki.
Świat w obiektywie-Robert
-To, Wielki Panie Właścicielu, przeleciałeś ostatnio jakąś modelkę?-zapytała perfidnie, jak to ona. Przestałem już zwracać uwagę na jej wredne docinki.
-Wyjątkowo nie. Ale jedna z moich wizażystek poszła na macierzyńskie. I cię zadziwię, to nie moje dziecko.
-WOW! Robisz postępy. Co będzie kolejne? Palenie ciuchów czy zdjęć? Albo wiem... Sam się dasz komuś tobą zabawić-zaśmiała się na pół klubu... I w tym momencie męska część gości skierowała na mnie swój nienawistny wzrok. Ale jedno trzeba jej przyznać, miała słodki śmiech.
-Taaa... Ale nie mam wizażystki, a na następny tydzień potrzebuję pełnej ekipy na sesje.
-To czemu po prostu nie pójdziesz do Alexa? - zapytała, upijając mojego drinka. Patrzyłem na nią zdziwiony. - No co? Tobie nikt, nic nie wrzuci do drinka.-nadal na nią patrzyłem oszołomiony.-Wiesz w ogóle o kim mówie? Alex... Alex Black... Chodzi z nami do klasy...
-Wiem kto to Alex-przerwałem jej. To właśnie on, Alex Black, moja cicha miłość.-Tylko nie wiem, dlaczego on.
-Kretyn... Przecież Alex ma najzwinniejsze łapki make-up'owe, jakie można sobie wymarzyć. A jeszcze do kompletu pracuje w drogerii, wiec jest na bieżąco z nowinkami i wie jak co działa.-tłumaczyła mi, jak największemu kretynowi świata. Naszą rozmowę przerwał jakiś facet, zapraszający Rube do tańca. Oczywiście poszła i zniknęła w tłumie na dobre. Dopijałem pomału swojego drinka, gdy zobaczyłem kilku typków, kompletnie schlanych, dobierających się do... Alexa. Wstałem i dyskretnie podszedłem. Byłem zdziwiony całą tą sytuacją. Po chwili dopiero do mnie dotarło że chłopak, mimo wszystko, się im wyrywa.
-Hej! On chyba nie chce się z wami bawić - powiedziałem. Wtedy mężczyźni zainteresowali się mną i zostawili go w spokoju. Pacyfikacja ich nie była zbyt trudna, także po chwili, nachylałem się nad Alexem. Był słodki... Wtedy zmieniła się muzyka, a on zaczął się śmiać. Po chwili wtulił się we mnie i pociągnął na parkiet... Wiedziałem, że jest naćpany, widziałem jego źrenice, więc nie mogłem nic więcej zrobić, niż zatańczyć z nim. Chłopak kleił się do mnie, a ja nie protestowałem. Zatańczyliśmy jeszcze wolnego i nachyliłem się nad jego uchem.-Chodź księżniczko, jedziemy do domu.-szepnąłem mu czule do ucha, okryłem swoją kurtką i zabrałem do auta. Gdy tylko odpaliłem samochód, Alex zaczął spanikowany płakać. Przytuliłem go delikatnie, głaskałem i starałem się uspokoić. Gdy w końcu mi się udało, zapiąłem jego pasy, na wszelki wypadek zablokowałem drzwi z jego strony i pojechałem. Chłopak znów zaczął się do mnie kleić. Gdy w końcu dojechaliśmy do mnie, pomogłem mu wyjść z auta i zaprowadziłem do sypialni. Naprawdę chciałem go położyć spać, ale panikował, na zmianę z klejeniem się do mnie. Pozwoliłem mu mnie całować, rozbierać i dobierać się do mnie, ale nie pozwoliłem mu zagalopować się ze swoją garderobą. Otuliłem go w kołdrę i tuliłem go do siebie przez pół nocy. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziło mnie jak coś spadło. Od razu wstałem sprawdzić co to było. Gdy zobaczyłem Alexa, zapłakanego na podłodze, od razu do niego ruszyłem.-Alex? Hej, jak się czujesz? Wszystko w porządku? Nie zrobię ci krzywdy.... -zapewniłem i pochyliłem się nad nim, lecz on nadal się bał. Cofnąłem się.
-Nie podchodź - szepnął. Wyciągnąłem do niego rękę. - Nie dotykaj mnie!- krzyknął, nagle wstając i obejmując się ramionami. Zabrałem rękę- Chcę iść do domu. -zażądał- Gdzie są drzwi? Gdzie... jesteśmy?-nagle był znów przerażonym i słodkim Alexem. Cofnąłem się jeszcze trochę, unosząc ręce w geście kapitulacji.
-Spokojnie... Daj mi się tylko ubrać, a zawiozę cię do domu. Nie bój się. Jestem znajomym Rube.-dodałem i chłopak trochę zluzował. Ubrałem się szybko i powiedziałem żeby szedł za mną. Zaprowadziłem go do auta i zawiozłem do jego domu. Wyszedł szybko, nawet się ze mną nie żegnając.
