niedziela, 19 maja 2024
poniedziałek, 9 lipca 2018
Laleczki voodoo w Central Parku- William
Tak oto zakwitła nasza wspaniała, wieloletnia, przyjaźń na odległość niczym w bajce Disney'a~.
Z cudownego flashbacku o małym Noahu, wyrwało mnie radosne szczekanie. Spojrzałem w dół i ujrzałem małego pieska rasy border collie, wyglądającego prawie jak mój Stich, gdy był jeszcze mały i wszędobylski. Chwała Bogu, że z wiekiem trochę się uspokoił i przestał rzucać wszystkim pod nogi błagając o chwilę atencji. Przykucnąłem i potarmosiłem malucha po głowie.
- Bardzo pana przepraszam, Lilu nie chce mnie w ogóle słuchać- usłyszałem dziewczęcy głos nad sobą.
- Ależ nic się nie stało- zacząłem, starając się brzmieć poważnie.- Poza tym- wstałem, ku niezadowoleniu Lilu- jaki pan? Jestem William, a nie "pan William"- rzuciłem puszczając oczko do blondwłosej niewiasty, która od razu oblała się rumieńcem. Urocze...
W międzyczasie mały szatanek zauważył chyba jakąś wiewiórkę, bo pobiegł jak strzała w najbliższe krzaki. Dziewczyna westchnęła cierpiętniczo i rzucając mi przepraszające spojrzenie pobiegła za maluchem.
W takich momentach człowiek docenia, że jego pupil na szczęście ma już wiek szczenięcy za sobą. Może i jest to to wtedy przeurocze, i działa niczym magnes na dziewczyny, ale to co się człowiek przy tak małym stworzeniu nalata to jego. Kondycja w trybie "na wczoraj" gwarantowana.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni ruszając dalej w głąb parku. Snapchat ma bardzo fajną opcję stalkowania znajomych i jedynym minusem jest to, że inni ciebie także mogą dzięki temu stalkować... kiedyś, gdy mieszkałem jeszcze na Sycylii, miałem jedną taką "psychofankę"... od tamtego czasu odpalam tę opcję jedynie gdy naprawdę bardzo mi się nudzi. Nikogo w promieniu najbliższych kilku kilometrów... a przynajmniej nikogo kto ma snapchata z włączoną "opcją stalkowania", bo jestem prawie pewien, że ten koleś który przed momentem mnie szturchnął to nie kto inny jak Dwight z mojej cudownie wielkiej, nowej placówki więziennej. No cóż... chyba mnie nie polubił, ale nie do końca gościa ogarniam, więc może to i lepiej.
Co by tutaj porobić? Czasem dobija mnie, że nie potrafię sobie wymyślić jakiegoś pożytecznego zaj... chwila czy to nie jest przypadkiem Simon?
Przyspieszyłem kroku by przyjrzeć się brunetowi z bliska. Nie myliłem się, to definitywnie Simon.
- Hej!- zawołałem doganiając go.
Chłopak aż podskoczył, upuszczając przy okazji wszystkie książki, które trzymał w rękach. Drugi raz się widzimy i drugi raz coś ląduje na ziemi...
- Rany, przepraszam. Nie miałem zamiaru cię przestraszyć- schyliłem się by mu pomóc. Podniosłem kilka książek i moją uwagę przykuł tytuł jednej z nich ,,Sztuka Voodoo" napisane koślawymi krwistoczerwonymi literami, jeśli mam być szczery, wątpię by było to wydrukowane.
- Voodoo? Interesujesz się tym?- szybko zabrał mi książkę, zanim nawet zdążyłem ją przekartkować.
- T-trochę tak...- ruszył dalej chyba nie licząc na to, że pójdę za nim. No cóż, nie mam co robić, więc mu tak łatwo nie odpuszczę.
- Rozumiem, że idziemy wbijać szpilki w szmaciane laleczki?- zagaiłem rozmowę bez problemu dorównując Simonowi kroku.- To kogo będziemy nękać?
Brunet wpatrywał się w chodnik i sprawiał wrażenie jakby toczył właśnie walkę z samym sobą... nie dawałem jednak za wygraną i kontynuowałem.
- To prawda, że można w ten sposób sprowadzić na kogoś chorobę?
- N-nie. To mit... z-znaczy... po części. To zależy od regionu, a r-raczej... najczęściej laleczki voodoo mają reprezentować loa. Jedynie w nowoorleańskim voodoo...
- Loa?- przerwałem mu, może niesłusznie bo zamilkł na dłuższą chwilę...
- Ech... loa to bóstwa lub duchy, na dzień dzisiejszy często czczone pod postacią świętych katolickich. Są niezwykle istotne w rytuałach i mają nieograniczoną moc. Każdy posiada własne atrybuty i zakres w którym działa... przykładowo Baron Samedi zajmuje się światem zmarłych, a jego atrybutami są cygara, rum, placki i gałązki akacji- znów nastała cisza. Chyba naprawdę utrzymanie jakiejkolwiek rozmowy spoczywa na moich barkach.
- Okej, a co z tym nowoorleańskim voodoo?
- A... w nowoorleańskim voodoo wyróżnia się czarną i białą magię. Tam właśnie można się spotkać z wbijaniem szpilek w celu sprowadzenia chorób czy sprawienia bólu...
- I to jest wtedy czarne voodoo tak?
- Mhm...
- A białe to w takim razie co?
- Błogosławieństwa, uzdrowienie, duchowe przewodnictwo, pomoc w medytacji, czy znalezienie prawdziwej miłości...
- Masz taką swoją laleczkę voodoo?- wydał z siebie ciche parsknięcie, po czym pierwszy raz, sam z siebie, podniósł na mnie swój wzrok.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę z iskierką rozbawienia w swoim cudownym, głębokim spojrzeniu, zupełnie jak gdyby chciał sprawdzić na ile poważne było moje pytanie.
- Nie, nie mam- spoważniał.- Nie powinno się otwierać dla sił o których nie ma się pojęcia.
Poczułem się jak dziecko, które ktoś właśnie skarcił za niewłaściwe postępowanie.
- T-tak właściwie to dlaczego ze mną idziesz?- zapytał, ponownie spuszczając wzrok.
- Nie mam zupełnie nic czym mógłbym się zająć...
- A no tak...- spochmurniał.
- Hej! Ale może dasz mi dokończyć co?- spojrzał na mnie ukradkiem, więc kontynuowałem.- Nie znam tutaj jeszcze zbyt wielu osób, ale zobaczyłem ciebie. Nie mieliśmy wcześniej okazji dłużej porozmawiać, więc uznałem, że mogę ci się ponaprzykrzać. Wolałbyś zostać sam?- znowu nastała niezręczna cisza.
-... nie. Ale wiesz... nie jestem zbyt dobrym materiałem na przyjaciela...
- No będzie ciężko...- spojrzał na mnie zaskoczony faktem, że przyznałem mu rację.- Przykładowo gdy będziesz trzymał coś szklanego, a ja, uchroń Boże, przyjdę się przywitać- uśmiechnął się.
Mam przeczucie, że to będzie całkiem ciekawa znajomość...
poniedziałek, 2 kwietnia 2018
Właściciel mojego psa.
poniedziałek, 26 lutego 2018
Zapijanie rutyny i... miłości?-Robert
Aparat, zrobiony z puszek po coli, postawiłem na ławce i zostawiłem na przerwie, żeby papier się w nim naświetlił. Gdy wróciłem, zabezpieczyłem aparat, a po lekcjach wywołałem zdjęcie... To było arcydzieło. Alex siedział na ławce i rysował. Przez całą przerwę nawet nie drgnął, widać tylko jak pracowała jego ręka, bo była nie ostra. Delikatne mazy, które zrobili przerzedzaczy ludzie, i on... Piękny jak anioł, skazany na tułaczkę po ziemi. Musnąłem jego policzek ustami, jak zawsze. Fakt że odkąd trafił do mnie na noc, robiłem to częściej, ale na szczęście, to była tylko jedna z odbitek. Oryginał miałem schowany w pracowni. Trudno było się powstrzymać od masturbacji do tego zdjęcia, ale nie mogłem mu tego zrobić. Takiemu delikatnemu i kruchemu. Mimo że chłopak pewnie nawet nie wiedział o istnieniu zdjęcia, miałem wrażenie że byłby to gwałt. Miałem obiekcje co do całowania go, a co dopiero jeśli chodziło o coś innego. Schowałem zdjęcia i wsadziłem do nich rysunek. Kopertę z powrotem do szafki i wstałem, zaczynając rutynę. Wskoczyłem w garniak i prościutko do sklepu. Tam, rutyna. Setki piszczących panienek, błagających o zainteresowanie, kilka na rozmowę kwalifikacyjna...
Czasem mam ochotę tworzyć obozy wojskowe dla modelek. Połowa z tych laluń ma oczy zielone od wyobrażenia pieniędzy, które mogły by dostać. O tak, przeciorał bym je cały dzień w błocie i po torach przeszkód, a na wieczór, gdy będą padały na twarz, na wybieg je... I tak cały czas... Po tygodniu miałbym co najmniej 50% mniej kandydatek, a te najlepsze znalazł bym po miesiącu. Takie kobiety są godne nazywania się modelkami. Mam ich kilka w mojej firmie. Nie proponowały seksu, broń Boże, nie musiały. Wiedziały czego chcą. Nie ważne z jakim doświadczeniem. Mam kilka takich, które zawracały mi głowę wielokrotnie, aż sam je uczyłem jak mają chodzić po wybiegu. Mimo wszystko, najbardziej cenie właśnie te modelki. A nie, przyszła na rozmowę w miniówce i z dekoltem i myśli że dostanie robotę od tak. Dopóki się do mnie nie dobierały, był luz, ale jeśli nie, to nawet nie miałem o czym z nią gadać.
Po spędzeniu kilku okropnych godzin z nimi, po prostu wyszedłem, ku niezadowoleniu wszystkich pań. Przed wejściem do sklepu czekała na mnie Rube... I Alex? Zdziwiło mnie to. Podszedłem do nich ostrożnie. Przywitałem się i słuchałem uważnie Alexa. Było mi smutno, ale... To jego wybór. Uśmiechnąłem się ciepło i skinąłem głową. Nie zamierzałem go dotykać, ani się do niego zbliżać. Wystarczyło mi ze był... I tak po chwili, jego obraz rozpłynął się w powietrzu.
-Idziemy?-zapytała Rube. Skinąłem głową i poszliśmy. Wsiadłem z nią do auta i bezsilne rozłożyłem się w fotelu. Miałem dość.- To co robimy?-zapytała Rube. Spojrzałem na nią zmęczony.
-Mieliśmy iść do clubu... daj mi chwilę. Pojedziemy do mnie, przebiorę się i możemy iść.-powiedziałem słabo. Miałem ciężki dzień, a jeszcze do kompletu Alex przed sklepem... Miałem dość. Przetarłem twarz.
- To jedziemy? Stęskniłam się za twoją wanną z masażem-powiedziała, rozciągając się i zapięła pasy. Westchnąłem i odpaliłem auto.
-A masz się w co przebrać?-zapytałem, szczerze zaciekawiony. Ona się zaśmiała.
-Oczywiście. Przecież byłam na zakupach.-powiedziała, jakby to było najoczywistsze na świecie. Pojechaliśmy do mnie, wziąłem prysznic, przebrałem się... Czekałem na Rube. To naprawdę niesamowite, ile ona jest w stanie spędzić czasu w wannie. Nie pośpieszałem jej, nie było sensu. Gdy się w końcu wygrzebała, pojechaliśmy do clubu. Zamówiłem drinka, odbyłem kłótnie z barmanem, że sobie zamawiam alkohol, a co z moja partnerka, po czym wypiła mi pół drinka i poszła na parkiet. Wziąłem jeszcze jednego i poszedłem do stolika... Czas mijał monotonnie, zalewany spora dawką alkoholu. Na tyle, że kiedy wróciła do mnie, od razu odsunęła ode mnie drinka.
-Tobie chyba wystarczy. Mieliśmy się bawić, a nie miałeś zezgonować pod stołem-powiedziała. Kiwnąłem głową.
-Dziś to mogę się upić do nieprzytomności. Dziś mi nie zależy.-stwierdziłem obojętnie. Rube położyła rękę na mojej i patrzyła na mnie wyczekująco.
-Nie wiem co mam robić... Cala ta sytuacja mnie przerasta. Ja... Naprawdę nie chce dla niego źle, a wychodzi, jakbym to ja byl winny
-O, kurwa
-Właśnie
-Ja nie o tym!-krzyknęła. Zdziwiło mnie to trochę, ale spojrzałem w te samą stronę co ona. Na parkiecie, w śród jakichś kilku gości bawiła się śliczna dziewczyna.
-Nie zła dupa. Twoja znajoma?-zapytałem, sięgając po drinka.
-To Alex, idioto!-nakrzyczała na mnie, a ja cofnąłem się od drinka. Analizowałem dłuższą chwile jej słowa. Fakt, dziewczyna na parkiecie była podobna do Alexa, ale...
-Jesteś pewna? Ja wiem że Alex mógłby wyglądać bajecznie w takich ciuchach, ale...
-To jest Alex, zaufaj mi-przerwała, a ja skinąłem głową.
-Ale... W sukience? I na obcasach?-drążyłem. Ona westchnęła tragicznie.
-Posłuchaj mnie. Wiem że twój pijany móżdżek nic nie czai, ale skup się. Ok? Tak, to jest Alex. W sukience, którą dziś ze mną kupił. I tak, chodzi w sukienkach. Odkąd pamiętam nie lubił swojego ciała, ani tego że jest facetem. Chcesz drążyć?-zaprzeczyłem. Bylem pijany, wiedziałem to, więc nie kłóciłem się z Rube. Obserwowałem go uważnie. Wyglądał zjawiskowo i poruszał się tak... kusząco. Obraz sam pojawił się przed moimi oczami... Alex wijący się w moich ramionach podczas seksu... To był tylko urywek... Niezbyt chciana myśl... Ale wystarczyła by wyprowadzić mnie z równowagi. W połączeniu z tym, że Alex właśnie klękał na środku clubu, przed napalonym i chętnym, pijanym gościem, to była już przesada. Wstałem.
-Idziemy-powiedziałem.
-Zwariowałeś?! A co z Alexem?
-Idę po niego. Mimo wszystko, nie pozwolę go tknąć nikomu... Ani jemu zrobić nic głupiego-powiedziałem i poszedłem do nich. Złapałem Alexa za rękę, żeby pomoc mu wstać i odsunąć go od mężczyzny, a Rube odsunęła mężczyznę.-Alex, choć ze mną. Pora wracać-mówiłem spokojne. Jego wzrok był rozbiegany... Naćpany. Nagle jego pieść pofrunęła prosto w moje oko, a w clubie nastała cisza. Skuliłem się. Alex stał wściekły i krzyczał... Wyzywał mnie, ale kiedy się wyprostowałem, przestraszył się nieco. Podszedłem do niego i zdołałem już zatrzymać kolejny cios. W następnej sekundzie, pociągnąłem go do siebie i przytuliłem od tyłu, łapiąc jego obie ręce. Chłopak chwile się szarpał, po czym się rozluźnił.-Choć skarbie do domu, to nie jest miejsce dla takiego aniołka jak ty-wyszeptałem mu czule do ucha i skierowaliśmy się do wyjścia. Obejmowałem go w pół, a on szedł grzecznie. Zarzuciłem mu na ramiona moja kurtkę i poszliśmy do auta.
-Chyba nie masz zamiaru prowadzić, jesteś pijany-oburzyła się Rube.
-Ale ty jesteś trzeźwa-powiedziałem, dając jej kluczyki. Widziałem płomienie w jej oczach, zawsze chciała pojechać moim autem. Wsiedliśmy do auta. -Gdzie jedziemy?
-Jak znów się obudzi u mnie, umrze ze strachu-stwierdziłem.-Jedzmy do ciebie-kiwnęła głową i odpaliła samochód, a Alex jęknął ze strachu. Wziąłem go na kolana i przytuliłem, zapinając nas pasami w jakiś... dziwny sposób. Szeptałem mu do ucha, żeby się nie bał, że jestem obok i że nie dam mu nic zrobić. O dziwo pomagało, bo już za chwile sam zaczął się do mnie tulić.
-Robert... -mruczał moje imię. To było piękne. Gdy doszły do tego wyznania miłości, czołem jak moje spodnie robią się ciasne. Gładziłem go po policzku kciukiem. Taki piękny... Gdy zaczął mnie całować, nie protestowałem. Odwzajemniałem je, dotykając jego tali, a potem jego gładziutkich nóżek. Nie wsunąłem rąk pod jego spódnicę, aż tak pijany nie byłem. On za to łasił się i mruczał moje imię. Zanim dojechaliśmy do domu Rube, Alex zdążył już zasnąć, wtulony we mnie. Zaniosłem go do sypialni, ściągnąłem mu buty i otuliłem w kołdrę.
-Dobranoc, mój piękny-wyszeptałem, głaszcząc jego policzek.
-Moja piękna-poprawiła mnie Rube. Spojrzałem na nią pytająco, ale zaraz do mnie dotarło. Pocałowałem go po raz ostatni.
-Śpij dobrze, moja piękna księżniczko.-wyszeptałem i poszedłem spać.
Dwight - James
Pierwszy raz z Dwightem rozmawiałem na angielskim, wyraźnie był rozkojarzony. Zerkał na mnie, co dawało mi w pewnym sensie satysfakcję. Przy spotkaniu naszych spojrzeń uśmiechnąłem się ponętnie na co się trochę speszył. Pomogłem mu znaleźć fragment do czytania. Podczas lunchu udałem się od razu do biblioteki biorąc parę książek, co lepsze była to moja ostatnia lekcja. Wziąłem jakiś kryminał, usiadłem w pierwszym lepszym miejscu i czytałem. Dopóki Dwight nie usiadł naprzeciwko, przy każdym przewróceniu strony zerkałem na niego, zupełnie jakbym wypominał mu wolne czytanie. W końcu postanowił wyjść, nawet się ze mną żegnając. "Dozobaczenia", jedyne co mi przeszło przez myśl i beznamiętnie przeszedłem do czytania. Wróciłem do domu jakoś wieczorem, było dość późno, bo aby czytać musiałem zapalić światło. Nawet nie wiem kiedy, ale zasnąłem nad jakąś psychologiczną książką. Obudziłem się dość wcześnie, za wcześnie, zdecydowanie. Czułem się tak jakbym był na kacu a pierwszą myślą po przebudzeniu był Dwight. Dlaczego on? Prawdopodobnie śnił mi się poprzedni dzień i jakoś tak wyszło. Mimo wszystko napisałem krótki wiersz skierowany tylko i wyłącznie do niego.
"Skoro nie umiesz czytać,
Czytaj jakbyś umiał.
Nie umiesz mówić?
Myśl jakbyś był na wakacjach.
Co jeżeli nie masz ochoty?
Wyrwij ją z piersi duchoty."
Szósta, wciąż zbyt wcześnie aby pomyśleć o śniadaniu, za późno by iść spać.
***
Przed szkołą kupiłem jeszcze jakąś kawę w pobliskiej kawiarni. Jej zapach przepełniał mnie jakąś dziwną radością. Fakt faktem ostatnią prawdziwą kawę piłem pół roku temu, któregoś razu z tego starego ekspresu do kawy który zginął gdzieś na strychu. Gdzieś koło szkoły ktoś się z kimś bił, akurat dostrzegłem Kate, idealnego posłańca.
-Hej! Dasz to Dwightowi? - Podałem jej małą kopertę - Tylko nie mów że to ode mnie. - upomniałem ją i posłałem przyjazne spojrzenie. Przytaknęła i udaliśmy się w przeciwne strony. Lekcje minęły dość szybko i przyszła pora na lunch. Nie spodziewałem się nawet ze Dwight do mnie przyjdzie, a jednak.
- Cześć James - jego głos wydawał się lekko drżący.
- Cześć - posłałem mu uśmieszek i wróciłem do jedzenia. Cisza była lekko przytłaczająca, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Co jakiś czas zerkałem na niego czując jego spojrzenie na mnie. Uśmiech nie schodził mi z ust. W końcu znowu nie wytrzymał tego napięcia.
- Siadaj - zdziwiony usiadł i patrzyliśmy sobie w oczy. - Czemu wczoraj tak szybko uciekłeś z biblioteki? - upiłem łyk herbaty.
- Musiałem już iść, tak po prostu. - uśmiechnąłem się ponętnie na co się zaczerwienił. Założyłem na siebie ręce i pochyliłem lekko do przodu.
- Co powiesz na jakąś dłuższą pogadanke? - spytałem jakby zamyslony.
- Muszę to przemyśleć - i jak na zawołanie zadzwonił dzwonek. Wstaliśmy i jakoś po cichu Dwight chciał się wymknąć, co nie powiem, udało mu się. Zobaczyłem jeszcze jak Kate wręcza mu kopertę z wierszykiem.
Po szkole zauważyłem jak nie zawadzając nikomu chce się udać w stronę sklepu. Oczywiście nie mogłem tak tego zostawić i zupełnie przypadkowo znalazłem się tuż za nim. Szedł do central parku, wyjątkowo było mało osób. Zatrzymał się, wyczułem jego niepewność więc schowałem się za drzewem. Rozejrzał się niepewnie i ruszył dalej. Udałem się za nim, a w odpowiednim miejscu dotknąłem w sposób trochę dwuznaczny. Przejechałem palcami od jego dłoni w górę, a gdy odwrócił się uśmiechnąłem się jak zwykle.
- Czy Ty mnie śledziłeś?- spytał niepewnie.
- Nie, przechodziłem w okolicy.
- A czemu mnie dotknąłeś? - wydawał się lekko hmm, zaniepokojony?
- Przypadkowo, chciałem Cię złapać za ramię byś się nie przestały i jakoś tak wyszło. - wzruszyłem ramionami - Przemyślałeś czy nadal myślisz nad dłuższą rozmową? - Patrzyłem się z zaciekawieniem na niego, mógłby być interesującą osobą do dłuższej rozmowy.
niedziela, 25 lutego 2018
When your dreams all fail...
-Nie... musisz go zabijać - powiedziałam, ze słabym uśmiechem, czując, że mimo wszystko ta rozmowa mnie przerasta... Robert... był jakiś inny. Nie miałam pojęcia, co z nim jest nie tak. Nie miałam pojęcia, dlaczego czuję się tak słabo, kiedy jest w pobliżu, czemu przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o nim... nie. Mówienie o uczuciach, to było ostatnie na co miałam ochotę, więc milczałam. Nie miałam siły nawet o tym myśleć, więc wyparłam obraz tych wielkich, niebieskich oczu z głowy. Najwyraźniej czułam COŚ do Roberta. Coś dość wyraźnego, by nie dać się stłumić przez środki uspokajające... i przerażająco prawdziwego. Nieuchronnego. Nieuchronność nie mogła być dobra. Nie przy obcym, potężnym i bogatym mężczyźnie. Nie przy kimś, kto poznał mnie w mojej najżałośniejszej wersji. Bałam się go. Chciałam się od tego odciąć, uciec... Nie było ucieczki. Kiedy Rube próbowała mnie wypytywać, znowu zaczęłam cicho płakać... zapewniała mnie, że nie mógł mnie zgwałcić... powoli zaczynałam w to wierzyć, ale i tak czułam się zbrukana. Spaliśmy razem. NAGO. To wystarczało, żeby uznać go za wroga. Zboczeńca.
Nie uspokoiłam się, póki rudzielec nie postanowiła wyciągnąć mnie na shopping. To był jedyny powód, dla którego zawsze umiałam otrzeć łzy... do Galerii jechało się tylko dwa przystanki metrem, nie rozmawiałyśmy dużo... a raczej ja niewiele mówiłam. Nie słuchałam też zbytnio paplaniny mojej psiapsi, ale sam fakt że do mnie mówiła i była.... to pomagało przetrwać. Przy niej mogłam być sobą, a jak razem przerzucałyśmy góry sukienek, nikt nie patrzył na mnie z tym okropnym wyrazem twarzy, przez który zawsze robiło mi się niedobrze. Nie bałam się obcych spojrzeń. To było wspaniałe, nie musieć pamiętać o całym świecie rozpaczy, tylko dotykać kolejnych, pięknych, kolorowych materiałów i za jedyny problem mieć, by znaleźć coś w czym nie będę nienawidzić mojego ciała. Przymierzałyśmy na zmianę, kolejne piękne rzeczy, suknie, sukienki, rurki, zwiewne bluzeczki... Przez cały ten czas znalazłam sobie jedną sukienkę, która dobrze na mnie leżała... na tyle dobrze, że mogłabym w niej śmiało wyjść do klubu, w szpilkach i pełnym makijażu... i czuć się dobrze. Sexownie. Kupiłam ją. I parę obcisłych jeansów. I bluzę z takiego milutkiego materiału, z misimi uszkami na kapturze, dostatecznie zasłaniającym twarz i luźną, tak że potrafiłabym się w niej czuć bezpiecznie.
Przechodziłyśmy od sklepu, do sklepu. Nie musiałyśmy dużo mówić, ale i tak coraz bardziej się otwierałam, aż w końcu docierały do mnie jakieś najnowsze ploteczki z paplaniny Rube... coś o Spidermanie, biegającym po ulicach i bijącym ludzi. I o paru interesujących nowych w naszej szkole. Było dobrze... cudownie. A potem weszłyśmy do kolejnego sklepu, nieco spoza mojej ligi. Rube pewnie nawet nie zauważyła, ale ona ma kasy jak lodu... Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w kilku sukienkach z wystawy, ale szybko spochmurniałam. Wróciłam na ziemię, do mojego szarego, okrutnego świata. Wtedy Rube zaczęła mówić o modelkach i chyba nie wyczuła że to najszybszy sposób, żeby doprowadzić mnie do łez. Modeling to było dla mnie jedno z największych marzeń, ale spójrzmy prawdzie w oczy, nie nadaję się. Nigdy nie będę występować w magazynach modowych dla kobiet, ani nawet dla mężczyzn. To bolało w sercu.... i owszem. Zazdrościłam tym dziewczynom nie tylko tego, że dostawały te zajebiste ciuchy na własności naprawdę mogły tak chodzić po ulicach. Zazdrościłam im wszystkiego, od urody, wykonywania mojej pracy marzeń, do tego że urodziły się we własnej skórze. Kiedy Rube wspomniała po raz kolejny imię Roberta, zadrżałam. JEGO sieć? Cała sieć sklepów... TYCH sklepów?!?
-Wyjdźmy stąd - poprosiłam cicho, obejmując się ramionami, znowu roztrzęsiona. Kiedy dziewczyna zaczęła mnie przekonywać.... żebym się u niego zatrudniła... Zagryzłam wargi. - Rube... możemy o nim nie rozmawiać? - zapytałam zmęczona. - On mnie przeraża. Potrzebuję trochę czasu... przestrzeni. - wyznałam i zamilkłam na dobre. Pozwoliłam się zaprowadzić do lodziarni, ale kiedy dziewczyna poszła do łazienki, miałam wielką ochotę stamtąd uciec. Większym problemem było, że nie bardzo miałam dokąd. Nie pracowałam tego dnia, a samotności się bałam, równie mocno co rozmowy. Kiedy Rube wróciła, wciąż siedziałam w głębokim fotelu. - Nie poszłam sobie - powiedziałam cicho z delikatnym uśmiechem - To chyba znaczy, że powinnam z tobą pogadać... - zamilkłam na dłuższą chwilę, zanim kontynuowałam, zbierając się na odwagę.... - Wiesz, że od miesiąca jestem już dorosła? - zapytałam smutno, ale szybko, żeby nie stchórzyć w następnej chwili skupiłam się na moim jedynym sukcesie ostatnich tygodni. - Zmieniłam imię. Już nigdzie w papierach nie mam "Alexandra", tylko "Alex".... Żeby zmienić na "Alexandrę" musiałabym przynajmniej zacząć zmianę płci... Ale do tego potrzebuję badań psychicznych... wiesz? Zawsze myślałam, że moje problemy rozwiąże operacja, a teraz wciąż nie mogę podjąć tej głupiej terapii hormonalnej, bo każdy psychiatra stwierdzi że jestem niepoczytalna... - zadrżałam. - Nie mogę iść do lekarza... Nie wiem co robić... Nie pocieszaj mnie! - krzyknęłam nagle, zanim ona zdążyła się odezwać, po czym skuliłam się w sobie - Przepraszam, Rube... - szepnęłam - Naprawdę się cieszę, że tu jesteś. Potrzebowałam cię, bardzo... Ale teraz mam już dosyć rozmów. - wyjęłam z torby paczkę leków, zażyłam... siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Żeby odwrócić moją uwagę, Rube zaczęła opowiadać o jakimś nowym zespole, którego słucha, z sexownym wokalistą. Trzydziestu Marsjan, czy jakoś tak podobnie... Uspokoiłam się, zanim się zebrałyśmy do wyjścia. Kiedy zeszłyśmy na dół, zobaczyłyśmy że przed "sklepem Roberta" zbiera się niezły tłum, a potem Rube dostrzegła jego samego gdzieś tam w środku.
-Obiecałam mu, że pójdziemy razem do klubu... Jak uda mi się go teraz złapać, nie będę musiała iść pieszo - powiedziała szybko, patrząc uważnie na moją reakcję. Potaknęłam, informując ją spojrzeniem, że nie mam nic przeciwko i sobie poradzę. - Zgaduję że nie masz ochoty iść z nami? - zapytała, a ja szybko zaprzeczyłam
-Raczej nie w tym życiu. - westchnęłam, a potem spojrzałam w kierunku mężczyzny - Chyba... jestem mu winna rozmowę. - powiedziałam zrezygnowana. - Będziesz przy tym, dobrze? - poprosiłam. Nie czułam się na siłach by być z nim gdziekolwiek sam, na sam.
Po dłuższej chwili oczekiwania mężczyzna wyszedł ze sklepu i dostrzegł nas. Podszedł bliżej z niejakim zaskoczeniem. Wyszłam dwa kroki w jego stronę, a on wyczuł, że nie powinien się zbytnio zbliżać.
-Dzień dobry, panie Parker. - przywitałam się oficjalnie. - Chciałam prosić o wybaczenie mojego poprzedniego zachowania. - mówiłam sztywno, ale bez wrogości. - Doceniam pańską hojną ofertę i z żalem muszę poinformować, że w zaistniałych okolicznościach nie widzę możliwości na przyjęcie jej. Mam nadzieję, że nie czuje się pan urażony - zakończyłam i cofnęłam się z przepraszającym uśmiechem.... ale jego twarz... wyraz jego oczu, kiedy ten jeden raz na niego spojrzałam.... zawahałam się i mimo przerażenia zaciskającego się na gardle dodałam bardzo cicho - Nie nienawidzę cię, Robercie.... Proszę, nie zbliżaj się do mnie... przez jakiś czas.... pa. - odwróciłam się na pięcie i uciekłam, niemal biegiem...
****
Kiedy wróciłam do domu, jedyne o czym chciałam myśleć, było ukrycie się w łóżku.... Coś jednak było nie tak, na tyle że zamiast przemknąć szybko korytarzem, uważając by nikogo nie spotkać zatrzymałam się, nie wiedząc co się dzieje. Walizki? Porozkładane meble... Nagły strach mnie sparaliżował, a potem wepchnął do saloniku, gdzie nie byłam od ponad dwóch lat... Na kominku wciąż stały te same zdjęcia... Ale nic poza tym nie znajdowało się na właściwym miejscu. Naczynia porozstawiane w stosy i pochowane w skrzyniach. Stół z powykręcanymi nogami, oparty o ścianę. Kanapa rozłożona na części stała w przedpokoju. Zamknęłam oczy, czując że z każdą chwilą zapadam się głębiej w moim koszmarze. Przeprowadzka. To... Było ostateczne. Od dawna nie rozmawiałam z rodzicami, nie widziałam się z nimi, nie przebywaliśmy w jednym pomieszczeniu dłużej niż pół minuty.... Na początku całkiem nieźle wychodziło mi nienawidzenie ich za to, ale ostatnio chciało mi się tylko płakać. Tęskniłam za nimi... Mimo wszystko, tata codziennie, bez słowa, zostawiał mi śniadanie w kuchni... Bywały miesiące kiedy to było jedyne co jadłam. Zanim się zatrudniłam w drogerii bywały tygodnie kiedy podsłuchiwanie ich rozmów zza ściany były moja jedyną formą kontaktu ze światem.
Podeszłam niepewnie do kominka i zdjęłam ramkę ze zdjęciem, przedstawiającym mnie w objęciach rodziców... Miałam sześć lat i tuliłam dużego szarego misia z różową kokardką na uchu.... Zawsze czułam się dziewczynką, odkąd tylko zaczęłam zauważać różnice... Ale nigdy nie czułam się źle z tego powodu. Nie miałam ochoty nikomu się z tego zwierzać, ale nie wstydziłam się. Aż oni się nie dowiedzieli. Nie rozmawialiśmy długo, potem się kłóciliśmy... Padło parę słów, których nie mogliśmy sobie wybaczyć... Ojciec trzymał stronę matki, chociaż próbował załagodzić sytuację...
"Odpuść synku, nie musimy się kłócić. To chwilowe... Przejdzie ci. Przeczekamy to razem, Alex, tylko odpuść..." Zamknęłam oczy. Wtedy byłam wściekła. Potem, było coraz gorzej, coraz trudniej się trzymać nad oceanem rozpaczy, aż stoczyłam się do dna na którym byłam. Patrzyłam na zdjęcie i łzy płynęły mi po policzkach. To już koniec. Wyprowadzą się, a ja zostanę sama.... pewnie już nigdy ich nie zobaczę... Zastanawiałam się... czy gdybym się poddała... zrezygnowała z tego kim jestem... czy byłoby lepiej? Czułabym się lepiej.... Czy... miałabym jeszcze rodzinę? Zadrżałam. Nie. Pierwszym co matka chciała zrobić, było zabranie mnie do psychiatry.... albo egzorcysty. Nie umiałabym jej tego wybaczyć wtedy.
-Bardzo lubiłaś tego misia. - poczułam ostrożny dotyk na ramieniu. Odwróciłam i tata uśmiechnął się smutno. - Do twarzy ci w długich włosach, Alex. - powiedział cicho. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Rozpłakałam się i wtuliłam się w niego.
-Tato... - wyłkałam cicho. Objął mnie ostrożnie i trwaliśmy przy sobie chwilę... część mnie wiedziała że to pożegnanie. Ale moje ciało tego nie akceptowało. Liczyło się to, że jest tu ze mną i nie brzydzi się do mnie mówić...
-Nie jest za późno, byś znów był naszym synkiem, Alex... - poprosił cicho. Odsunęłam się, pochmurniejąc.
-Minęły trzy lata, tato - powiedziałam dobitnie - Ja nie mam już z wami nic wspólnego. Nie ufam wam. Za mocno to bolało... Kocham was, ale nigdy już nie będziemy rodziną. - powiedziałam cicho. Potaknął, jakby już to wiedział.
-Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - wyszeptał. - Przepraszam, maleńka... Kocham cię. Zawsze będę.
-Wiem... dokąd jedziecie? - zapytałam, po chwili
-Twoja matka dostała ofertę pracy w najlepszym szpitalu na Florydzie. - uśmiechnął się ponuro. Dopiero po chwili zauważyłem, że kręci się niespokojnie, jakby miał mi coś powiedzieć... nieprzyjemnego.
-O co chodzi, tato? - zapytałam, zaniepokojona.
-Kupiliśmy willę z basenem... twoja matka zakochała się w tym domu... My... musieliśmy sprzedać to mieszkanie. - zamarłam, ale... spodziewałam się tego... bo niby czemu, po trzech latach milczenia, mieliby mi zostawiać mieszkanie... może jeszcze z opłaconymi rachunkami?
-Ile.... ile mam czasu, żeby zebrać pieniądze? - zapytałam cicho, słabnąc. Suma o której musiała być mowa... nie miałam pojęcia skąd mogłabym ją wziąć. Ale tata pokręcił ponuro głową.
-Nie zrozumiałaś, Alex... Mieszkanie zostało sprzedane. Jutro rano mamy zdać klucze. Za pół godziny ekipa od mebli tu wróci.... musisz się spakować.... Ja... każę zapakować ci rzeczy... wynajmę magazyn, na tak długo, jak będzie trzeba. Zatrzymasz swoje meble... Przelałem ci trochę pieniędzy na konto.... Twoja matka nie życzy sobie żebym ci pomagał, ale... wciąż masz mój numer, prawda? - zamknęłam oczy i potaknęłam. Miał wyrzuty, że wybrał mamę, zamiast mnie, ale to ją kochał najbardziej na świecie... Było mi trochę lżej na sercu, na myśl, że gdybym pokazała mu moje pocięte nogi.... leki.... narkotyki... gdyby wiedział, jak źle ze mną jest... próbowałby mnie ratować. Ale nie było czego ratować. Nie żyję. Nie mam żadnego powodu, by dalej żyć. Jego troska, tego nie zmieni.
-Czemu... nie powiedzieliście mi wcześniej? - zapytałam cicho. "nie daliście mi szansy" patrzyłam na niego z wyrzutem...
-Nie wiedziałem - powiedział zakłopotany. - Nie przypuszczałem że to się stanie tak szybko... twoja matka... - pokręcił głową - Dowiedziałem się trzy dni temu, Alex. Przepraszam.
-Nie gniewam się na ciebie, tato... - powiedziałam cicho. Tak bardzo nie chciałam rozstawać się w gniewie... jemu też chyba ulżyło. - Mogę zatrzymać zdjęcie? - poprosiłam. Potaknął. Podziękowałam. - Powinnam już iść, spakować rzeczy...
-Jesteś dorosłą kobietą, Alex. Silną i piekną... jak twoja matka. Dasz sobie radę. - łzy zebrały mi się w oczach, ale pokręciłam głową.
-Dziękuję... że to powiedziałeś. Kocham cię, tato. Żegnaj. - pocałowałam go lekko w policzek, odwróciłam się na pięcie i uciekłam do mojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz, po czym zaczęłam pakować najważniejsze dla mnie rzeczy.... Ufałam że całą resztą on się zaopiekuje.... Nie byłam pewna nawet, kiedy zamiast leków, sięgnęłam po szluga i zapaliłam. Ani kiedy pakowanie zmieniło się w malowanie i mierzenie sukienek. Wszystkie problemy zdawały się zniknąć.... a ja nagle pamiętałam tylko, że Rube chciała, żebym poszła z nią do klubu.... z nią i najsexowniejszym chłopakiem w szkole... och, Robert... Najprawdopodobniej zamówiłam taksówkę, ale niczego nie mogłam być pewna.
****
Muzyka, muzyka, muzyka...
Tańczyłam, tańczyłam, tańczyłam.....
ciepłe ręce.... czułe usta.... ktoś trzyma mnie w ramionach....
Śmiech, śmiech, śmiech....
Wiruję, wiruję, wiruję....
Całuję, całuję, całuję...
Nie zachowałam wspomnień z tamtej nocy. Tylko migawki. Namiętność, silne ramiona, oczy Roberta i gniew.... Okrutny gniew, nagle płonący na cały świat... Nie chcę, nie chcę się opamiętać!
****
Obudziłam się, w nie całkiem nieznajomym łóżku, w nie tak bardzo obcym pokoju. U Rube... było... bezpiecznie. Bardzo źle się czułam, więc tylko z powrotem zakopałam się pod kołdrę.
sobota, 24 lutego 2018
Free seat- Dwight
- No co, Kate.. Chodź z nami, urwijmy się z lekcji.
- Choodź! Będzie fajnie! Nie pożałujesz, już my o to zadbamy...- powiedział jeden z kapitanów szkolej drużyny.
- I co będziecie robić? Biegać na boisku za piłką jak psy? Bo tylko to potraficie- wtrąciłem się.
- Co żeż powiedział?
- ARF ARF!- zaszczekałem.- Teraz rozumiecie? Wracajcie na swoje podwórko.
- Chodź tu laleczko, a nie będziesz już taki gadatliwy- wyszczekał Andrew, czy jak ten debil ma tam na imię. Kiedy już miałem dostać pięścią w twarz, przede mną stanął Tylor.
- Odpuść, Andrew. Nie chcesz mieć przez to kłopotów. Chodźmy stąd- powiedział i cała drużyna ruszyła w stronę boiska, jakie to było oczywiste.
- Jak wspaniale wytresowani! A, i jak nie możecie powstrzymać się od ruchania wszystkiego co popadnie, to podotykajcie się pod prysznicem, upośledzie jebane- jeden z nich pokazał mi środkowy palec, ale kto by się przejmował człowiekiem, który zdaje tylko dzięki swoim zdolnościom fizycznych po sterydach. Podszedłem do Kate, aby pomóc jej wstać. Najwidoczniej jakaś małpa nie umie chodzić prosto i musi taranować wszystko na swojej drodze.
- Wszystko okej? Zrobili Ci coś?
- N-nie. Dzięki tobie nie. Dziękuję...- powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
- Następnym razem idź do jakiegoś nauczyciela, okej? Pani Jefferson na pewno Ci pomoże.
- O-okej... dzięki, Dwight- podziękowała ponownie. Po incydencie poszedłem na lekcję angielskiego. Wszyscy usiedli na swoich miejscach, ja zająłem to samo miejsce co zwykle. W ostatnim rzędzie, przy drzwiach. Kiedy pani Jefferson miała już zamykać drzwi, do klasy wpadł chłopak, którego wcześniej nie widziałem. Wszystkie miejsca były zajęte, oprócz tego obok mnie.
- Wolne?- zapytał nieznajomy.
- No raczej nie szybkie- odparłem. "dla takiego przystojniachy zawsze wolne."- pomyślałem.- Wybacz. Siadaj, śmiało. Dwight jestem.
- A ja Ja...
- James! Widzę, że wybrałeś już sobie miejsce koło Dwighta. Dobrze, tylko nie gadajcie zbyt głośno- przerwała mu pani Jefferson.
- James? Ładne imię- nie wiedziałem co powiedzieć.
- Dzięki... Dwight też, takie niecodzienne.- odparł
- Haha, wiem właśnie...- po tym rozmowa się urwała. Pani Jefferson kazała nam otworzyć lektury i czytaliśmy fragmentami. W tym czasie ja obserwowałem kątem oka Jamesa. Na głowie miał okulary a na uchu papierosa. Że też pani Jefferson nie zwróciła na to uwagi. Kurtka wyglądała jakby miała na sobie logo jakiegoś zespolu. Kiedy odwróciłem się w jego stronę, żeby zobaczyć, co jest na niej napisane, James odwrócił się w moją stronę i nasze spojrzenia się spotkały. Trwało to przez kilka sekund i w tym czasie James uśmiechnął się ponętnie. Po tym zaczerwieniłem się jak nigdy i odwróciłem gwałtownie wzrok.
- Dwight, kontynuuj czytanie- powiedziała pani Jefferson
- Eeem. jaaa. um..- nie zwracałem w ogóle uwagi na lekcję.
nie wiedziałem co robimy, co czytamy i gdzie powinienem zacząć. Wtedy James sztruchnął mnie i pokazał palcem na fragment w książce. Zacząłem czytać. Kiedy skończyłem, zostały dwie minuty do końca lekcji. Nauczycielka ogłosiła, że będzie kartkówka z życia autora. Zadzwonił dzwonek. Jak James już wychodził rzuciłem:
- James, dzięki
- Nie ma sprawy- uśmiechnął się i wyszedł. Nie wiedziałem co jest nie tak z Jamesem, że tak zacząłem się zachowywać. Inne lekcje przebiegły normalnie. Notowanie z tablicy, odpowiadanie przy tablicy, ścieranie tablicy. Typowe lekcje. Kiedy była pora lunchowa udałem się na stołówkę. Wziąłem jakąś babeczkę, zabrałem tej szmaciurze Gin. Coś tam skrzeczała, groziła mi swoim chłopakiem, ale miałem wyjebane. Odwróciłem się i patrzyłem do kogo mogę się przysiąść, mając cichą nadzieję, że spotkam Jamesa. Niestety, nigdzie go nie było. Ruszyłem zatem w stronę pustego stolika i zjadłem swoją babeczkę w spokoju słuchając BLACKPINK. Kiedy zjadłem, stwierdziłem, że nie mam ochoty siedzieć w tej szkole i opuściłem mury szkoły. Nie wiedziałem gdzie mam iść, po czym przypomniałem sobie lekcję angielskiego i ogłoszenie pani Jefferson o kartkówce. Udałem się do najbliższej biblioteki. Kiedy wszedłem ujrzałem wielkie regały książek. "O kurwa." pomyślałem. Rzadko chodziłem do biblioteki i już pamiętam dlaczego. Dłużej czasu zabierało mi szukanie odpowiedniej książki, niż czas spędzony nad nią. Ale stwierdziłem, że jakieś basic regały mnie nie pokonają i zabrałem się do szukania odpowiedniego utworu. Po 15 minutach poszukiwań znalazłem odpowiedni materiał do nauki. Ruszyłem do stolików, gdzie mógłbym w spokoju przeczytać lekturę. Kiedy wyszedłem zza regałów, zobaczyłem ślęczącego nad książką Jamesa. Nie była to ksiązka o autorze utworu z lekcji, tylko jakaś powieść. Bez słowa usiadłem naprzeciwko niego i zacząłem czytać. Kiedy byłem na 1/3 strony, on już jedną przerzucił. Spojrzałem się na niego, a on na mnie i znów się uśmiechnął, jak wtedy na lekcji. Zareagowałem dosłownie identycznie. Potem natychmiast wróciłem do czytania. Gdy przerzuciłem się na kolejną stronę, on znów przewrócił kartkę. Tym razem tylko zerknąłem. Ta cisza nie dawała mi spokoju. Nieważne jak bardzo bym się skupił na czytaniu, potrafiłem wyczuć jego częste zerknięcia w moją stronę. Robił to zawsze przy przewracaniu stron, a ja nie potrafiłem dokończyć kilku zdań. Kto tak szybko czyta! Czułem się wysmiewany i poniżany. To prawda, nie czytam szybko. Czułem jakby mi to wypominał, ale nie denerwowałem się. Jednak postanowilem przerwać czytanie i chciałem opuścić bibliotekę. Nie mogłem znieść jego wzroku na mnie i tej ciszy. Z tego co pamiętam to zawsze znalazła się osoba, którą trzeba było uciszać. Teraz, jak na złość nie było nikogo, kto by zagłuszał tę grobową ciszę. Nie odnisłem nawet książki na miejsce, tylko udałem się do wyjścia. Otwierając drzwi pożegnałem się z Jamesem
- Do jutra, James- nie miałem pewności, czy mnie usłyszał, czy odpowiedział, bo po pożegnaniu się zamknąłem drzwi biblioteki.
,,Oceans"- Simon
Odłożyłem książki do szafki, przy okazji delikatnie przejeżdżając dłonią po ich grzbietach. Uwielbiam to robić. Tak niepozorny gest, a potrafi natychmiast uspokoić moje rozszalałe myśli...
Delektowałem się tym magicznym momentem, trwając w bezruchu i wsłuchując się w melodię płynącą z słuchawek.
,,Coś w tym jest…” w zamyśleniu powoli przymknąłem drzwiczki, chcąc je zamknąć.
- Hej piękny!- odezwał się chłopak oparty o sąsiednią szafkę.
Przestraszyłem się i odskakując lekko w tył, upuściłem trzymane w rękach notatki z literatury. W końcu byłem pewien, że jeszcze przed chwilą w ogóle nikogo tutaj nie było.
Oczywiście fobia społeczna natychmiast dała o sobie znać i poza ogólnym przerażeniem, z całych sił starałem się nie zacząć panikować. „Spokojnie Simon. Nic się nie stało. Uspokój się.” Nie patrząc na chłopaka, bez słowa przykucnąłem i drżącymi rękami zacząłem zbierać porozrzucane kartki. Przyspieszając z każdą kolejną sekundą, po chwili trzymałem już wszystko co znalazło się na podłodze i niedbale układając kartki w stosik, pospiesznie przystąpiłem do ewakuacji z korytarza.
- Ej!- chłopak złapał mnie za ramię.
„Boże, Boże, Boże, czego on chce, dlaczego nie może mnie zostawić i pozwolić mi jak najszybciej odejść i zaszyć gdzieś w jakimś kącie… Simon spokój! Weź głęboki wdech i odwróć się do niego.”
Odetchnąłem i bardzo powoli odwróciłem się w stronę chłopaka, który ku mojemu zdziwieniu zaczął śpiewać piosenkę, którą słuchałem jeszcze przed chwilą:
- I feel worthless. Maybe I should open the drawer… Burn the pages. Write poems with the ash on the floor. Pour the ink, into the sink… And watch it drain from the shore…
- Wypadł ci z kieszeni gdy ode mnie odskoczyłeś- chłopak skinął na coś co trzymał w ręce, spojrzałem w dół i niepewnie złapałem krawędź swojego telefonu, szybkim ruchem zabierając go z jego ręki.
- Dzi… dzięki- mruknąłem i odsunąłem się od nieznajomego na odpowiednią odległość. Nastała cisza, przygryzłem wargę nie bardzo wiedząc co mam teraz zrobić. Przecież nie mogę teraz tak po prostu sobie odejść, a odezwać też się nie odezwę…
- Jestem Will- powiedział brunet wyciągając rękę.
- S-simon…- dlaczego ja muszę się jąkać! Jak mam przezwyciężyć lęk skoro nie potrafię nawet się przedstawić..
- Wybacz, że cię wystraszyłem, zupełnie nie to chciałem osiągnąć- zaśmiał się.- Chciałem dowiedzieć się jak dojść do klasy z matematyki…
Niepewnie podniosłem lewą rękę wskazując na odpowiedni korytarz.
- Do końca… drzwi z numerem 34.
- Dziękuję!- ruszył we wskazanym kierunku.- A przy okazji... dobrej muzyki słuchasz- puścił mi oczko i zniknął za rogiem. Przez chwilę stałem nieruchomo, przemieniając tlen w dwutlenek węgla. Właśnie porozmawiałem z kimś obcym… i… chyba nawet nie było aż tak tragicznie…
piątek, 23 lutego 2018
Enough of this bullshit- Dwight
Nie poszedłem do szkoły. Stwierdziłem, że jeżeli mam znów oglądać ten blady ryj tej dziewczyny, której nikt nigdy przenigdy nie zechce, która śmiała się z tego biednego chłopaka, który upadł na schodach, to podziękowałem. Każdemu mogło się to zdarzyć, ale nie. Lepiej śmiać się z cudzego nieszczęścia. Karma is a bitch, kochana. Ale ja będę się śmiał kiedy tobie przytrafi się coś złego. Przez tego szmatexa odechciało mi się słuchać obecnej piosenki. Zmieniłem piosenkę i spojrzałem w górę. Niebo było czyste, oprócz jednej, bladej chmury. Bladej jak ta zaginiona siostra Roberta Pattinsona. Ciekawe czy też się błyszczy w słońcu. Dobra, Dwight, dosyć monologu o tej żałosnej istocie która zabiera mój cenny tlen. Niestety, jak tylko spojrzałem przed siebie zobaczyłem drugiego uczestnika dramy sprzed wczoraj. Scooby Doo i jego kudłaty. W sumie ciężko stwierdzić kto jest psem, a kto ćpunem, bo i on, i pies wyglądają podobnie.
- Enough of this bullshit- powiedziałem pod nosem. Wstałem od fontanny I zacząłem iść w rytm muzyki, która leciała z moich słuchawek w stronę tego szczura i psa, ruszając przy tym biodrami z nadzieją, że wpadnę komuś w oko. Moim planem było zwykłe minięcie tego żałosnego delikwenta, ale pod nogami przebiegł mi jak czarny kot, jakiś bękart. Wtedy mój plan uległ zmianie. Przyspieszyłem kroku. Podczas wymijania drugiego oprawcy chłopaka szturchnąłem go z bara i ruszyłem dalej. Z tego co słyszałem zaczął coś do mnie mówić, ale kiedy usłyszałem pierwszą sylabę z jego brudnej mordy, podgłośniłem muzykę. Wraz z właścicielem jego kundel przyłączył się do tego żałosnego psiego lamentu. Najwidoczniej nawet mnie nie poznał. Inteligencję to chyba dzieli razem z psem. Nie odwracając się strzepałem możliwe wirusy wścieklizny z ramienia i ruszyłem w stronę domu. Po drodze widziałem to, co zawsze. Poczynając od ćpunów skrytych w ciasnych uliczkach kończąc na bezdomnych weteranach wojennych. Wolny kraj mówią. Tyle chętnych do jego obrony, ale jak to tej ochronie trzeba coś zapewnić to nie ma nikogo. Dla państwa oni nie istnieją. Kiedy już doczłapałem do domu, miałem wielką ochotę na ugotowanie czegoś. Usiadłem z laptopem przy barku i zacząłem research. Nie wiedziałem tylko na potrawę z której kuchni miałem ochotę. Ramen, Sushi, a może jakieś ciasto? Postawiłem na deser, a ściślej mówiąc- suflet. Przyrządziłem danie po czym wróciłem do laptopa i zacząłem przeglądać Facebooka, wcinając dzieło moich wyrafinowanych rąk. O mało nie wyplułem kawałka sufletu, gdy w proponowanych znajomych wyskoczył mi ten szczur z parku. Spojrzałem na imię. William Whitaker. Wow. Bardziej basic imienia rodzice nie mogli Ci dać? Ponownie wkurzony, już trzeci raz jednego dnia, stwierdziłem, iż czas na kąpiel. Zasługiwałem na nią, po tak stresującym dniu, dodatkowo wirusy Eboli, Dżumy czy innej Malarii mogły nie zejść za jednym razem. Wlewając wodę o temperaturze piekła zacząłem wybierać jaki kolor bomby do kąpieli użyję tym razem. Wypadło na różowy. Po odprężającej kąpieli położyłem się spać z myślą, czy następnego dnia udać się do szkoły.
Moje wrześniowe wakacje - Billy
Byłem tam jakieś trzy tygodnie i zebrałem przez ten czas mnóstwo sińców i otarć, za parę co poważniejszych ugrałem sobie trochę fantów. Fajki, okulary przeciwsłoneczne za 50$, parę genialnych T-shirtów, z popkulturowymi motywami, glany. Sporo książek i gier na konsolę. Miałem niezłe doświadczenie w naciąganiu bogaczy i skłanianiu ich, paroma miłymi słówkami do rozpieszczania mnie. Tylko raz zdarzyło się, żeby któryś z nich przegiął na tyle, żebym naprawdę się tym przejął. Nie mogę pozwolić, żeby któryś z tych zboków męczył mnie do utraty przytomności.
*****
Kiedy się ocknąłem, jeszcze półprzytomny i prawie sparaliżowany bólem i zobaczyłem wlepione w siebie zadowolone... dumne z siebie spojrzenie bestii, moim pierwszym odruchem było sięgnięcie po telefon. Gdyby to nie był pan Oiseaubleu, przystojny i miły francuz, z którym całkiem przyjemnie się rozmawiało i który wcześniej, nawet bez powodu kupował mi prezenty... zabierał na ciekawe wycieczki... a raz, jak poinformowałem że nie wyjadę z nim nigdzie, bo mam ważny egzamin, przesiedział ze mną pół dnia i naprawdę pomógł mi się nauczyć, nie próbując sobie w żaden sposób tego wynagrodzić... Lubiłem go, w przeciwieństwie do całej reszty i gdyby to był ktokolwiek inny, chociażby kumpel taty, nawet bym na niego nie spojrzał przed telefonem... ale pan Oiseaubleu, nigdy wcześniej nie przekraczał granicy. Czasem był blisko, ale... Teraz już nie wyglądał na zadowolonego z siebie, raczej na zawstydzonego i zaniepokojonego. Sam podał mi komórkę, a ja zaskoczony, zawahałem się i ostatecznie, zamiast wybierać numer do Taty, wtuliłem twarz w poduszkę.
-Boli - jęknąłem płaczliwie. Mężczyzna dostrzegł szansę, jaką mu zostawiałem i opiekuńczo mnie przytulił, otulając uprzednio kocem.
-Hej, Cupid... przepraszam. - zaczął się cicho tłumaczyć, odgarniając mi włosy z czoła, zatroskany. - Nie chciałem cię skrzywdzić... poniosło mnie - mówił cicho i troskliwie, różne bzdety, bez znaczenia, które nowicjusz pewnie rzeczywiście, mógłby chcieć usłyszeć...
-Powinienem zadzwonić do Taty - jęknąłem, podnosząc na niego pełen wyrzutu wzrok... a on potaknął i jak ostatni głupi powiedział:
-Tak, skarbie, masz rację. Dzwoń do taty... lepiej już pójdę... - był... spokojny.... smutny. I nie naciskał. Patrzyłem na niego zaskoczony. Dawno nikt mnie tak nie traktował.... niemal z szacunkiem. Sympatią. Poruszyłem się, żeby spojrzeć na niego i skrzywiłem się z bólu.
-Zamierzasz mnie tak zostawić? - zapytałem z wyrzutem i zamarł w drzwiach, zaskoczony.
-Nie zamierzasz kazać tacie wpisać mnie na czarną listę? - zapytał, odwracając się do mnie. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem do niego rękę. Podszedł szybko i mnie przytulił.
-Jeszcze.... nie wiem... - szepnąłem uwodzicielsko. - Nie wiem, czy mam ochotę rezygnować z mojego ulubionego klienta.... - Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie.
-Mówisz to każdemu, Cupid. - uśmiechnął się.
-Jeśli płacą wystarczająco dużo. - potaknąłem słabo. - Ale nie, kiedy wszystko tak mnie boli. - spojrzałem na niego nieco gniewnie. - Jeszcze nie zakończyliśmy współpracy, mój panie...
Mężczyzna wydawał się zaskoczony... ale uśmiechał się.
-Cieszy mnie to. Lubię cię. Zwłaszcza, kiedy nie jesteś pustą skorupą. - pocałował mnie lekko. Zmrużyłem oczy, wyczekująco. - Co powiesz na 200$ rekompensaty? - zasugerował, bardzo czule... spodobał mi się ten głos, ale odepchnąłem go zirytowany, odblokowywując telefon.
-Żebyś mi się więcej na oczy nie pokazywał, zboku. - syknąłem, mocno rozczarowany. Oiseaubleu próbował jeszcze za mną nadążyć, tym razem naprawdę próbując mnie zatrzymać, ale nie na tyle żeby wyjąć mi telefon z ręki.
-Zaczekaj. Cupid... w takim razie 400? Na rękę.... Daj spokój... potarguj się ze mną, skoro mam szansę... wiem, że nigdy nie miałeś takich pieniędzy... żeby samemu sobie coś kupić, nie dostajesz tego co zarobisz... i.... - trzasnąłem go lekko w twarz.
-Franz.. Możesz już sobie iść? Obrażasz mnie. - upomniałem go sucho. Zdążyłem już wybrać numer i trzymałem palec nad słuchawką, wpatrując się jeszcze w niego... zajęło mu parę sekund żeby się zerflektować.
-Green Day. - rzucił szybko i uśmiechnąłem się lekko i dałem mu znać że może kontynuować. - Co powiesz, jeśli poznam cię z zespołem? - zasugerował. Opuściłem telefon i spojrzałem na niego.
-Zaciekawiłeś mnie - poinformowałem go z uśmiechem.
-W październiku grają w Nowym Yorku. Dostaniesz najlepsze miejsce, spotkasz się z nimi za sceną, załatwię nam wspólną kolację... płyty, zdjęcia, autografy, cokolwiek sobie wymyślisz. - uśmiechnął się. Zablokowałem telefon.
-Wiedziałem że coś wymyślisz, mój panie - pocałowałem go. - Ale nie będzie żadnych nas. - zacząłem stawiać własne warunki. - Dostanę dwie wejściówki i pójdę z kim zechcę.... Nie twierdzę że to nie będziesz ty, ale z całą pewnością nie zamierzam wtedy pracować. - mówiłem kategorycznie. - Gdybyś się nie kompromitował oferowaniem mi kasy.... to by wystarczyło, ale obawiam, że teraz czuję się obrażony i zmuszony przyjąć, 400 $ na rękę. Oraz, musisz wyjaśnić teraz panu Oswaldowi, dlaczego przez następne trzy dni będę niedysponowany. - zakończyłem. Franz zgodził się na wszystko.... chyba faktycznie mnie lubi. Zaczął mnie całować, na zgodę, ale kiedy chciał dotknąć moje nogi, syknąłem. - Nie wyobrażaj sobie. Nie dzwonię do Taty, co nie znaczy że możesz mnie dotykać do koncertu. Do tego czasu może moja duma się zagoi... - poinformowałem.
****
Ostatecznie do Nowego Yorku dotarłem w drugim tygodniu września. Tata pozwolił mi wybrać szkołę. Liberty High School, było jedną z tych lepszych, gdzie połowę uczniów stanowili geniusze, a drugą bogacze. Pasowało mi to. W tłumie indywiduów łatwo było się rozpłynąć.... oczywiście dostałem przykaz, że jeśli któreś z bogatych dzieciaków będzie chciało mnie wynająć, mam nie odmawiać... Wkurzyło mnie to, ale się nie kłóciłem. Kasa zawsze mi się przyda, jeśli chcę wyjechać samodzielnie do collaegu i nie robić więcej za dziwkę.
Po szkole chodziłem z dumnie podniesioną głową, wiedząc dobrze że wbrew wszystkiemu jestem lepszy od nich wszystkich. Akuma zawsze to wiedział.
Jedyną rzeczą jakiej nienawidziliśmy bardziej od siebie, była cała reszta świata.


