Czekałam na Setha po lekcjach... Trudno było mi to wytrzymać... Gdyby przyszedł parę minut później, uciekłabym.... Ale przyszedł. Poddałam mu się, mimo strachu i łez... Miałam nadzieję, że zrobi to szybko i da mi stracić świadomość...
Dłuższą chwilę nie rozumiałam jego słów.... Chciał mnie? Nie chciał mnie? Kiedy powoli docierało do mnie, że chyba mnie nie zgwałci, zaczęliśmy rozmawiać... kupił mi leki i kazał obiecać, że się jeszcze spotkamy, a potem odwiózł mnie do drogerii.. Obiecałam.... Może nawet chciałam dotrzymać obietnicy.
Chodziłam do szkoły , żeby mieć jakąś rutynę... Żeby pamiętać, że jeszcze żyję. Leki działały i wszystko działo się z daleka, uczucia były przytłumione... Żyłam jak we śnie, a czas mijał. Szkicowałam. To było chyba jedyne, co umiałam jeszcze robić. Automatycznie tworzyłam kolejne obrazki, oczy z krwawymi łzami, linę zwisającą z sufitu... Nóż w piersi. Na lekcjach, przerwach, lunchu... Seth kupił mi jakieś nowe leki nasenne i teraz byłam w stanie spać... Właściwie cały czas poza szkołą i pracą spędzałam w łóżku, wypłakując się za tę noc spędzoną z jakimś bogatym zbokiem.
To było straszne... Czułam, że umieram, że nic już nie ma, świat się kończy... A ja chciałam żyć. Chciałam tańczyć i się bawić. Kochać... Strasznie jest umierać, kiedy się nikogo nie kochało. Smutno jest umierać w samotności.
Siedziałam na ławce, w klasie i rysowałam. Na początku myślałam, że to kolejny anioł, ale potem skrzydła zmieniły się w poły płaszcza , a twarz skryła się pod kapturem. Kostucha patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Drżącą dłonią wypisałam nad nią "Umierasz".
Przez chwilę przeglądałam szkicownik, oglądając kolejne scenariusze samobójstwa.... coraz dokładniejsze. Już nie tylko stopy, albo dłonie, ale całe ciała... Twarze miały coraz wyraźniejsze rysy, dłonie miały piegi w odpowiednich miejscach... Umarli coraz bardziej przypominali mnie.....
Skoczę. Dotarło do mnie w końcu. Tak będzie najprościej. Wszystkie upadające anioły... ludzie na krawędzi... Wszędzie byłam ja. Nie widać tego było na pierwszy rzut oka.... Nie planowałam tego... Nie widziałam tego wcześniej... ale nagle czułam że każdy z tych rysunków przedstawia mnie.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że ktoś za mną stoi... ON. Zacisnęłam zęby i odwróciłam wzrok. Zadrżałam, kiedy się odezwał... Wyciągnął do mnie rękę. Zignorowałam go ostentacyjnie, odwracając kartkę i rysując coś szybko, coraz gwałtowniejszymi ruchami. Jego wizytówkę również zignorowałam. Nie chciałam go słuchać, nie chciałam żeby tu był, drażniła mnie sama jego obecność, te wielkie, błękitne oczy, idealne ułożenie włosów, sexowny uśmiech...
Nawet ten głos był miły i głęboki.
Czułam narastającą wściekłość. Co ten cały Robert sobie wyobraża?!? Zaliczył mnie w klubie, wykorzystał, a teraz co! Żebrze o pomoc??? Prychnęłam gniewnie, kiedy wciąż nie odchodził, ośmielił się skomentować moje rysunki.... Pracować dla niego?!? Może jeszcze oficjalnie zostać jego dziwką?!?
-Nie wierzę ci - poinformowałam. On wstał, chyba zawiedziony... - Robert... - sama nie wiem czemu go zawołałam. Chciałam... Nie chciałam... Po chwili wyszeptałam cicho - Nie zbliżaj się do mnie, proszę. - on potaknął uprzejmie i odszedł... Był... Miły. Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Nie byłam pewna, czy mu wierzę... Chyba... Chciałam uwierzyć. Może nie czułabym się wtedy aż tak źle... Ale z drugiej strony łatwiej było go nienawidzić, niż przyjąć czyjąś litość... Znowu. Zaakceptować jakieś nowe uczucia... To było chyba ponad moje siły.
Skrzywiłam się i chciałam wrócić do szkicu.... I wtedy zobaczyłam piękną twarz Roberta, obserwującą mnie z kartki.... To nie był idealny rysunek, ledwie zarys, wymagał sporo do dopracowania, ale z całą pewnością przedstawiał pięknego mężczyznę... o JEGO oczach, JEGO ustach... Wyglądał jak on. Nigdy nie rysowałam takich rzeczy. Patrzyłam na to przez chwilę zdumiona, po czym w przypływie złości wyrwałam kartkę, zmiąłam ją w kulkę i rzuciłam w kierunku kosza. Nie trafiłam i zebrało mi się na płacz. Pozbierałam swoje rzeczy i nie odzywając się do nikogo wyszłam, niemal wybiegłam ze szkoły. Nie wiem, jak znalazłam się w parku, ale w pewnym momencie siedziałam na ławce, pod drzewem, skulona i przerażona. Łkałam cicho, nie mogąc się ruszyć, przytłoczona własną słabością... bezsilnością... Miewałam już takie ataki. Kiedy byłam w stanie spędzić cały dzień w jednym miejscu, bez ruchu, mimo chłodu, głodu, albo strachu. Pewnie siedziałabym tam aż do późnej nocy, gdyby Rube do mnie nie przyszła. Kiedy usiadła obok mnie na ławce... Tak dawno nie rozmawiałyśmy... Chyba ona jedyna pamiętała mnie jeszcze z mojego dawnego życia. Sama ją odepchnęłam, a jednak przyszła... Potrzebowałam kogoś, więc pozwoliłam się tulić.


