Noah podrzucił mnie do Central Parku i pojechał do pracy. Znamy się już przeszło 10 lat, chociaż wcześniej mieszkałem na Sycylii... no ale moja babcia mieszkała w Stanach, a ja co lato jeździłem do niej na wakacje. A jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach szczęśliwym trafem babcia Noaha mieszkała zaraz obok... a mały Noah był naprawdę uroczym dzieckiem! Zawsze śmiesznie reagował gdy się złościł, co poradzę?
Tak oto zakwitła nasza wspaniała, wieloletnia, przyjaźń na odległość niczym w bajce Disney'a~.
Z cudownego flashbacku o małym Noahu, wyrwało mnie radosne szczekanie. Spojrzałem w dół i ujrzałem małego pieska rasy border collie, wyglądającego prawie jak mój Stich, gdy był jeszcze mały i wszędobylski. Chwała Bogu, że z wiekiem trochę się uspokoił i przestał rzucać wszystkim pod nogi błagając o chwilę atencji. Przykucnąłem i potarmosiłem malucha po głowie.
- Bardzo pana przepraszam, Lilu nie chce mnie w ogóle słuchać- usłyszałem dziewczęcy głos nad sobą.
- Ależ nic się nie stało- zacząłem, starając się brzmieć poważnie.- Poza tym- wstałem, ku niezadowoleniu Lilu- jaki pan? Jestem William, a nie "pan William"- rzuciłem puszczając oczko do blondwłosej niewiasty, która od razu oblała się rumieńcem. Urocze...
W międzyczasie mały szatanek zauważył chyba jakąś wiewiórkę, bo pobiegł jak strzała w najbliższe krzaki. Dziewczyna westchnęła cierpiętniczo i rzucając mi przepraszające spojrzenie pobiegła za maluchem.
W takich momentach człowiek docenia, że jego pupil na szczęście ma już wiek szczenięcy za sobą. Może i jest to to wtedy przeurocze, i działa niczym magnes na dziewczyny, ale to co się człowiek przy tak małym stworzeniu nalata to jego. Kondycja w trybie "na wczoraj" gwarantowana.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni ruszając dalej w głąb parku. Snapchat ma bardzo fajną opcję stalkowania znajomych i jedynym minusem jest to, że inni ciebie także mogą dzięki temu stalkować... kiedyś, gdy mieszkałem jeszcze na Sycylii, miałem jedną taką "psychofankę"... od tamtego czasu odpalam tę opcję jedynie gdy naprawdę bardzo mi się nudzi. Nikogo w promieniu najbliższych kilku kilometrów... a przynajmniej nikogo kto ma snapchata z włączoną "opcją stalkowania", bo jestem prawie pewien, że ten koleś który przed momentem mnie szturchnął to nie kto inny jak Dwight z mojej cudownie wielkiej, nowej placówki więziennej. No cóż... chyba mnie nie polubił, ale nie do końca gościa ogarniam, więc może to i lepiej.
Co by tutaj porobić? Czasem dobija mnie, że nie potrafię sobie wymyślić jakiegoś pożytecznego zaj... chwila czy to nie jest przypadkiem Simon?
Przyspieszyłem kroku by przyjrzeć się brunetowi z bliska. Nie myliłem się, to definitywnie Simon.
- Hej!- zawołałem doganiając go.
Chłopak aż podskoczył, upuszczając przy okazji wszystkie książki, które trzymał w rękach. Drugi raz się widzimy i drugi raz coś ląduje na ziemi...
- Rany, przepraszam. Nie miałem zamiaru cię przestraszyć- schyliłem się by mu pomóc. Podniosłem kilka książek i moją uwagę przykuł tytuł jednej z nich ,,Sztuka Voodoo" napisane koślawymi krwistoczerwonymi literami, jeśli mam być szczery, wątpię by było to wydrukowane.
- Voodoo? Interesujesz się tym?- szybko zabrał mi książkę, zanim nawet zdążyłem ją przekartkować.
- T-trochę tak...- ruszył dalej chyba nie licząc na to, że pójdę za nim. No cóż, nie mam co robić, więc mu tak łatwo nie odpuszczę.
- Rozumiem, że idziemy wbijać szpilki w szmaciane laleczki?- zagaiłem rozmowę bez problemu dorównując Simonowi kroku.- To kogo będziemy nękać?
Brunet wpatrywał się w chodnik i sprawiał wrażenie jakby toczył właśnie walkę z samym sobą... nie dawałem jednak za wygraną i kontynuowałem.
- To prawda, że można w ten sposób sprowadzić na kogoś chorobę?
- N-nie. To mit... z-znaczy... po części. To zależy od regionu, a r-raczej... najczęściej laleczki voodoo mają reprezentować loa. Jedynie w nowoorleańskim voodoo...
- Loa?- przerwałem mu, może niesłusznie bo zamilkł na dłuższą chwilę...
- Ech... loa to bóstwa lub duchy, na dzień dzisiejszy często czczone pod postacią świętych katolickich. Są niezwykle istotne w rytuałach i mają nieograniczoną moc. Każdy posiada własne atrybuty i zakres w którym działa... przykładowo Baron Samedi zajmuje się światem zmarłych, a jego atrybutami są cygara, rum, placki i gałązki akacji- znów nastała cisza. Chyba naprawdę utrzymanie jakiejkolwiek rozmowy spoczywa na moich barkach.
- Okej, a co z tym nowoorleańskim voodoo?
- A... w nowoorleańskim voodoo wyróżnia się czarną i białą magię. Tam właśnie można się spotkać z wbijaniem szpilek w celu sprowadzenia chorób czy sprawienia bólu...
- I to jest wtedy czarne voodoo tak?
- Mhm...
- A białe to w takim razie co?
- Błogosławieństwa, uzdrowienie, duchowe przewodnictwo, pomoc w medytacji, czy znalezienie prawdziwej miłości...
- Masz taką swoją laleczkę voodoo?- wydał z siebie ciche parsknięcie, po czym pierwszy raz, sam z siebie, podniósł na mnie swój wzrok.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę z iskierką rozbawienia w swoim cudownym, głębokim spojrzeniu, zupełnie jak gdyby chciał sprawdzić na ile poważne było moje pytanie.
- Nie, nie mam- spoważniał.- Nie powinno się otwierać dla sił o których nie ma się pojęcia.
Poczułem się jak dziecko, które ktoś właśnie skarcił za niewłaściwe postępowanie.
- T-tak właściwie to dlaczego ze mną idziesz?- zapytał, ponownie spuszczając wzrok.
- Nie mam zupełnie nic czym mógłbym się zająć...
- A no tak...- spochmurniał.
- Hej! Ale może dasz mi dokończyć co?- spojrzał na mnie ukradkiem, więc kontynuowałem.- Nie znam tutaj jeszcze zbyt wielu osób, ale zobaczyłem ciebie. Nie mieliśmy wcześniej okazji dłużej porozmawiać, więc uznałem, że mogę ci się ponaprzykrzać. Wolałbyś zostać sam?- znowu nastała niezręczna cisza.
-... nie. Ale wiesz... nie jestem zbyt dobrym materiałem na przyjaciela...
- No będzie ciężko...- spojrzał na mnie zaskoczony faktem, że przyznałem mu rację.- Przykładowo gdy będziesz trzymał coś szklanego, a ja, uchroń Boże, przyjdę się przywitać- uśmiechnął się.
Mam przeczucie, że to będzie całkiem ciekawa znajomość...