Trzeci dzień szkoły
Rześkie, wrześniowe powietrze muskało moją twarz, gdy stałem przy krawędzi dachu jednego z Manhattańskich drapaczy chmur i dokańczałem energetyka. Przede mną rozciągał się widok na East River, Queens i Brooklyn, a miasto pod moimi stopami tętniło życiem. Stojąc tak ponad wszystkimi, naprawdę można się poczuć jak pan tego świata. Wypiłem ostatni łyk, zgniotłem puszkę w dłoni i rozluźniłem palce, pozwalając jej swobodnie spaść w osłonięty od wiatru zaułek pełen kontenerów na śmieci. Stałem jeszcze chwilę obserwując jak śmieć ląduje w hasioku wydając przy tym cichy brzdęk.
- Gratuluję, właśnie zabiłeś kota, który niczego nieświadomy szukał spokojnie obiadu… znowu. - Odezwał się ironicznie Will, podnosząc na chwilę wzrok znad komórki. Prychnąłem cicho z lekkim rozbawieniem.
- Nigdy nie zabiłem żadnego kota, Willi.
- Kiedyś w końcu ci się uda, nie martw się przyjacielu. – Uśmiechnął się szeroko. Westchnąłem i usiadłem obok niego. Zamyśliłem się na chwilę.
- Pamiętasz jeszcze kim byliśmy, zanim świat kazał nam się stać tymi, którymi jesteśmy, Willi? – odezwałem się cicho. Tylko przy nim mogłem pozwolić sobie na poruszanie tematów egzystencji.
- Hmm? Masz na myśli, zanim ty stałeś się psychopatą, a ja najprzystojniejszym chłopakiem z okolicy? – parsknąłem śmiechem
- Ty najprzystojniejszy? Może na tej twojej Sycylii… Teraz jesteśmy w Nowym Jorku. To ja tu jestem Królem. – Willi zawsze wiedział jak poprawić mi nastrój zanim nawet zdążył opaść na dno. To dlatego zerwaliśmy się dzisiaj z lekcji i siedzieliśmy na dachu wieżowca, w którym apartament na najwyższym piętrze należał do mnie.
- Ach, wybacz Królu Noah’u Morderco Kotów. – Uśmiechnął się szeroko i odstawił na plastikowy stolik, który kiedyś tu przytaszczyliśmy kubek po latte. Ten irytująco szczery uśmiech był chyba jedyną rzeczą, która towarzyszyła mu odkąd się poznaliśmy. Zerknąłem na zegarek.
- Muszę się zbierać do roboty. – Nie musiałem. W ogóle nie miałem potrzeby pracować. Moi rodzice zarabiali grube pieniądze w biznesie i miałem więcej niż mógłbym nawet chcieć. A jednak pracowałem w sklepie z ubraniami, za zdecydowanie za niską stawkę i za słabe warunki. Lubiłem jednak przyglądać się zawsze innym twarzom, dopisując do nich historie i doświadczając z nimi dramatycznych wyborów… „Lepsza czarna czy czerwona?”. Uśmiechnąłem się lekko na tą myśl. – Podwieźć cię gdzieś?
Udał, że poważnie się nad tym zastanawia.
- Ale… to nie wypada królowi tak wozić poddanych… - Westchnął teatralnie, a ja prychnąłem – W sumie to możesz mnie podrzucić do Central Parku.
Zeszliśmy z dachu i na chwilę wstąpiłem jeszcze do mieszkania po portfel i kluczyki z auta - pięknego, matowo czarnego Rolls Royce - elegancka klasyka. Przez całą drogę Willi podśpiewywał piosenki, które akurat leciały w radiu i kontynuował swoje ulubione zajęcie - dogryzanie mi.
- Dziękuję za twą łaskę, Wasza Wysokość - rzucił z uniżeniem gdy zatrzymałem się na zakazie przy parku.
- Spadaj, zanim nie karzę zakuć cię w kajdany i wrzucić do lochu. - odpowiedziałem mu rozbawiony i natychmiast pożałowałem widząc jego zawadiacki uśmiech.
- Mmm... Zazwyczaj to ja wolę zakuwać w kajdanki, ale w drugą stronę też może być ciekawie... Nie znałem cię od tej strony, przyjacielu. Co powiesz, na różowe z futerkiem? Jestem pewny, że byłoby mi w nich do twarzy... - Kremowa, skórzana tapicerka, o którą dbałem bardziej niż o własną reputację była jedyną przeszkodą na drodze wykopania Williego z mojego auta. Mój przyjaciel chyba wyczuł zagrożenie, bo otworzył drzwi i z uśmiechem tak szerokim, że cały świat mógł dokładnie obejrzeć jego idealnie białe i proste uzębienie, wysiadł z pojazdu. - Postaraj się nie zamordować żadnego biednego kotka, królu Noah'u. - rzucił na odchodnym, mrugnął do mnie i zatrzasnął drzwi. Trochę za mocno, doskonale zdając sobie z tego sprawę. Jeden kącik moich ust bezwiednie powędrował ku górze, w krzywym uśmiechu, gdy z rozbawieniem obserwowałem jak Will odchodzi uradowany. Pokręciłem głową z niedowierzaniem i pojechałem do pracy.
Miałem nadzieję na spokojne popołudnie i niewielu klientów. Gdy wszedłem do sklepu i jak zwykle od razu skierowałem się na zaplecze, ale po drodze złapała mnie kierowniczka.
- ... a to jest Noah. Oprowadzi cię i wszystko wytłumaczy. Tak, Noah? - pani Angelina starała się utrzymywać pozory władzy w tym sklepie, ale wszyscy pracownicy i tak robili co im się podobało. Nie byłem wyjątkiem.
- Umm.. hej - odezwała się dziewczyna stojąca za nią, bacznie mnie obserwując i uśmiechając się lekko.
- Taa... biorę przerwę na fajkę. - rzuciłem trochę oschło biorąc paczkę papierosów i kierując się w stronę wyjścia. Usłyszałem za plecami coś w stylu: "Dopiero przyszedłeś", ale olałem to. Po chwili jednak uznałem, że może warto od czasu do czasu zabłysnąć przyjaznym nastawieniem do świata, więc w pół kroku się zatrzymałem. - Ej nowa, idziesz ze mną? - zapytałem wspaniałomyślnie przez ramię i nie czekając na odpowiedź poszedłem dalej.
- O tak! Dobry pomysł Noah, integracja... - próbowała ratować sytuację Angela, ale to też olałem. Słysząc za sobą lekkie kroki uznałem, że dziewczyna zdecydowała się dołączyć do mnie. Zatrzymałem się dopiero na zewnątrz, stając w cieniu i dopiero teraz przyglądając się uważnie swojej towarzyszce. Zapalając papierosa obserwowałem poczynania dziewczyny. Miała duże oczy przysłonięte lekko lenonkami i proste białe włosy z grzywką, które lekko powiewały na wietrze. Wyglądała uroczo trzymając papierosa w ustach i dwóch palcach lewej ręki, a prawą odpalając zapalniczkę. Płomień pojawił się za drugim razem, a ona od razy zaciągnęła się dymem. Był to bardzo naturalny ruch, więc zanotowałem w myślach, że pali od dłuższego czasu. Miała na sobie wąskie czarne spodnie i luźny T-shirt oraz jeansową katanę. Zerkała na mnie spod swoich okularów, ale za każdym razem odwracała szybko wzrok. Jej sposób bycia w pewien niezrozumiały dla mnie sposób sugerował delikatność i niewinność.
- Długo tu pracujesz? – odezwała się nagle, kryjąc w głosie ciekawość i lekką niepewność. Odgarnęła włosy z piegowatej twarzy. Mój wzrok przykuły blizny na jej knykciach. Uśmiechnąłem się krzywo w duchu. Ktoś tu jednak nie jest taki grzeczny, na jakiego wygląda.
- Jakiś rok. – odparłem obojętnie. To nie był fascynujący temat, a z pewnością nie mogłem wyciągnąć z niego większej ilości informacji o mojej nowej rozmówczyni.
- I jeszcze stąd nie uciekłeś? – prychnęła rozbawiona unosząc brew. Pozwoliłem sobie na delikatny uśmiech.
- Nie zaczynasz tej pracy z jakimś szaleńczo optymistycznym podejściem. – zauważyłem niezbyt odkrywczo.
- Co cię tu trzyma? – zignorowała mój przytyk i spojrzała na mnie uważnie. Miałem wrażenie, że wie więcej niż powinna i nie bardzo podobało mi się to, że to nie ja mam tę rolę w tej rozmowie.
- Co masz na myśli? – udałem, że nie wiem o co jej chodzi. Ciekawe… rzadko spotykam kogoś, kto przykuł by na tyle moją uwagę jak ona.
- Masz zegarek prawdopodobnie droższy niż moje mieszkanie, a kluczykiem do Rolls Royce bawisz się jakby to był zwykły breloczek dołączany do gazety na przecenie. Z twojej rozmowy z kierowniczką wnioskuję, że z pewnością nie chodzi tu o zażyłe relacje. – pociągnęła ostatni buch i upuściła peta na ziemię, przydeptując go trampkiem. – Czemu więc ciągle tu pracujesz? – zapytała nie kryjąc już zaintrygowania. No proszę, ktoś tu gra w moją grę. Wzruszyłem ramionami i też pozbyłem się końcówki papierosa. Staliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Miałem pokazać ci co masz robić. – powiedziałem obojętnie. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo zerkając na zegarek.
- Nie, ja dzisiaj nie pracuję. – powiedziała wesoło i ruszyła w stronę parkingu. – Miłego dnia, Noah! – przysięgam, że poza rozbawieniem w jej głosie słyszałem też nutkę złośliwości. No tak, pierwszy dzień, przyszła tylko załatwić formalności. Po raz kolejny tego dnia pokręciłem głową w rozbawieniu. Ehh... ludzie. Fascynujące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz