Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oliver Crawfird. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oliver Crawfird. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lutego 2018

Enough of this bullshit- Dwight

Trzeci dzień szkoły.

Nie poszedłem do szkoły. Stwierdziłem, że jeżeli mam znów oglądać ten blady ryj tej dziewczyny, której nikt nigdy przenigdy nie zechce, która śmiała się z tego biednego chłopaka, który upadł na schodach, to podziękowałem. Każdemu mogło się to zdarzyć, ale nie. Lepiej śmiać się z cudzego nieszczęścia. Karma is a bitch, kochana. Ale ja będę się śmiał kiedy tobie przytrafi się coś złego. Przez tego szmatexa odechciało mi się słuchać obecnej piosenki. Zmieniłem piosenkę i spojrzałem w górę. Niebo było czyste, oprócz jednej, bladej chmury. Bladej jak ta zaginiona siostra Roberta Pattinsona. Ciekawe czy też się błyszczy w słońcu. Dobra, Dwight, dosyć monologu o tej żałosnej istocie która zabiera mój cenny tlen. Niestety, jak tylko spojrzałem przed siebie zobaczyłem drugiego uczestnika dramy sprzed wczoraj. Scooby Doo i jego kudłaty. W sumie ciężko stwierdzić kto jest psem, a kto ćpunem, bo i on, i pies wyglądają podobnie.
- Enough of this bullshit- powiedziałem pod nosem. Wstałem od fontanny I zacząłem iść w rytm muzyki, która leciała z moich słuchawek w stronę tego szczura i psa, ruszając przy tym biodrami z nadzieją, że wpadnę komuś w oko. Moim planem było zwykłe minięcie tego żałosnego delikwenta, ale pod nogami przebiegł mi jak czarny kot, jakiś bękart. Wtedy mój plan uległ zmianie. Przyspieszyłem kroku. Podczas wymijania drugiego oprawcy chłopaka szturchnąłem go z bara i ruszyłem dalej. Z tego co słyszałem zaczął coś do mnie mówić, ale kiedy usłyszałem pierwszą sylabę z jego brudnej mordy, podgłośniłem muzykę. Wraz z właścicielem jego kundel przyłączył się do tego żałosnego psiego lamentu. Najwidoczniej nawet mnie nie poznał. Inteligencję to chyba dzieli razem z psem. Nie odwracając się strzepałem możliwe wirusy wścieklizny z ramienia i ruszyłem w stronę domu. Po drodze widziałem to, co zawsze. Poczynając od ćpunów skrytych w ciasnych uliczkach kończąc na bezdomnych weteranach wojennych. Wolny kraj mówią. Tyle chętnych do jego obrony, ale jak to tej ochronie trzeba coś zapewnić to nie ma nikogo. Dla państwa oni nie istnieją. Kiedy już doczłapałem do domu, miałem wielką ochotę na ugotowanie czegoś. Usiadłem z laptopem przy barku i zacząłem research. Nie wiedziałem tylko na potrawę z której kuchni miałem ochotę. Ramen, Sushi, a może jakieś ciasto? Postawiłem na deser, a ściślej mówiąc- suflet. Przyrządziłem danie po czym wróciłem do laptopa i zacząłem przeglądać Facebooka, wcinając dzieło moich wyrafinowanych rąk. O mało nie wyplułem kawałka sufletu, gdy w proponowanych znajomych wyskoczył mi ten szczur z parku. Spojrzałem na imię. William Whitaker. Wow. Bardziej basic imienia rodzice nie mogli Ci dać? Ponownie wkurzony, już trzeci raz jednego dnia, stwierdziłem, iż czas na kąpiel. Zasługiwałem na nią, po tak stresującym dniu, dodatkowo wirusy Eboli, Dżumy czy innej Malarii mogły nie zejść za jednym razem. Wlewając wodę o temperaturze piekła zacząłem wybierać jaki kolor bomby do kąpieli użyję tym razem. Wypadło na różowy. Po odprężającej kąpieli położyłem się spać z myślą, czy następnego dnia udać się do szkoły.

środa, 21 lutego 2018

The Ultimate Spider Man

W ostatecznej walce z Sinister Six, poległ Peter Parker, największy z bohaterów Nowego Yorku. Jego dzieło jednak nie zginęło wraz z nim. Zostało podjęte przez największego z jego fanów, młodego Milesa Moralesa, który wbrew własnym pragnieniom został nowym Spider Manem....

Ta zbieżność nazwisk wcale nie była głównym powodem, dla którego Spider Man był ulubionym bohaterem Milesa. Ani zbliżony wiek, ani kolor skóry.... No może i były ważne. Ale najważniejsze było to, że Spider Man aka Miles Morales był normalny. Miał zwykłe szkolne problemy i łapał zwykłych przestępców, kieszonkowców i drobnych dealerów. Nie musiał ratować świata co tydzień i mógł być "przyjaznym pajączkiem z sąsiedztwa". To był życie idealne. Marzył o zostaniu prawdziwym Spider Manem.... Aż dotarło do niego, że może.
Razem z ojcem od dziecka bawił się najnowszymi technologiami i w wieku 14 lat tworzył już swoje własne, cudowne wynalazki. Tak, był geniuszem. Słyszał to od dość dawna, ale jedynym co go w związku z tym obchodziło, to czy udałoby mu się dostać do pierwszej dziesiątki najinteligentniejszych postaci Earth-616, razem z Bruce'em Bannerem, Hankiem Pymem i Reedem Richardsem.
Stworzenie kostiumu umożliwiającego chodzenie po pionowych ścianach, było jedynie początkiem... Małą częścią jego prawdziwych możliwości... Ale na chwilę obecną w zupełności mu wystarczało. Największą trudnością okazało się stworzenie maski, tak by nie zasłaniała widoczności przy każdym ruchu... Na ten problem komiksy nie dawały odpowiedzi.
****
Pewnego wieczora, na początku wakacji
-Whohoa! - krzyczałem, przeskakując z jednej liny na drugą... Jak Tarzan? Nie! Jak Spiderman! Adrenalina uderzała mi do głowy, dawałem się porwać emocjom i leciałem przed siebie, wolny i potężny... Ani przez myśl mi nie przeszło co by się mogło stać, gdybym źle wystrzelił linę, lecąc dwadzieścia metrów nad główną drogą. Albo gdyby lina pękła, coś by we mnie uderzyło... Zaplątałbym się w sieci. Spiderman nie robi sobie krzywdy przez takie głupstwa...  teraz jestem superbohaterem, a Superbohaterowie nie miewają zwykłych wypadków przy pracy....
Znalezione obrazy dla zapytania spidermanTo był spokojny, letni wieczór. Zatrzymałem się na jakimś dachu, żeby dać odpocząć zmęczonym ramionom. Powoli robiłem się w tym dobry, ale latanie po mieście, wciąż było trudniejsze niż seria pięćdziesięciu pompek. Było chłodno, ale i tak się spociłem... Może powinienem poprosić mamę, żeby wyprała mi kostium...
-Nie! - zdecydowałem po chwili namysłu. - Z wielką mocą, wiąże się wielka odpowiedzialność. Sam muszę się tym zająć.
****
26 sierpnia, godzina 22:18
-Nocą, na ulicach Nowego Yorku panuje mrok. Gangsterzy, dealerzy i superprzestępcy , rządzą miastem, a na porządnych mieszkańców pada cień strachu... Po nastaniu nocy syreny policyjne wyją nieustannie...
-WHERE'D YOU WANNA GO? HOW MUCH YOU WANNA RISK? I'M NOT LOOKING FOR SOMEBODY.....
-Hej mamo! - odebrałem szybko telefon, przypominając sobie że miałem zmienić sobie dzwonek. Ten wydawał mi się dość nie na miejscu. - Tak, oczywiście, wracam do domu - skłamałem, przeskakując na drugą linę i zatrzymując się na ścianie drapacza chmur. - Wiatr? - udałem zdziwienie. - Nie, mamo, żaden wiatr. W metrze jestem. Tak, o wpółdo będę w domu, słowo.... daj spokój, mam już szesnaście lat! Chyba nie myślisz że zrobiłbym coś głupiego? Tak, w porządku. Film? - na sekundę straciłem wątek, ale zaraz przypomniałem sobie, że kino było moją dzisiejszą wymówką. - Tak, niezły był. Jasne... Też się kocham. Do zobaczenia. - rozłączyłem się, tak szybko jak mogłem i schowałem telefon, niezadowolony. - Jak mam być superbohaterem, skoro wracam do domu o dziesiątej??? - jęknąłem i odczepiłem buty od ściany, skacząc w dół. Przeleciałem kilka kolejnych przecznic.... i miałem właśnie lądować, by znaleźć moje ciuchy zmienne, kiedy odezwał się mój drugi telefon, bezpośrednio połączony do shakowanych policyjnych częstotliwości.... Napad rabunkowy z bronią, na sąsiedniej ulicy.... To nie mógł być przypadek. To przeznaczenie! Poprawiłem maskę.
-Oto robota dla bohatera! - zawołałem głośno, lecąc na ratunek...
Dwóch zamaskowanych kolesi wygrażało spanikowanemu kasjerowi z pistoletów, kiedy pakował w pośpiechu pieniądze do sportowej torby. Na policję musiał dzwonić ktoś z zewnątrz. Zatrzymałem się przed sklepem, żeby przestawić sieciosploty na tryb ataku, po czym wbiegłem do sklepu.
-Joł! Przyjazny pajączek z sąsiedztwa melduje się na służbie! - rzuciłem ze śmiechem i wystrzeliłem. Sieć syntetyczna owinęła się wokół broni i rąk jednego z bandziorów, ale drugi był wyższy i źle wycelowałem, więc ledwie ubrudziłem jego koszulkę. Wymierzył we mnie broń, więc rzuciłem mu się pod nogi powalając go na ziemię. Zaczęliśmy walczyć, a bardziej dokładnie szarpać się na ziemi. Był silny.... ale nie po to od czterech lat mordowałem się wielogodzinnymi treningami, żeby to miało mieć jakieś znaczenie. Zemdlał po pierwszym pożądnym uderzeniu w skroń... i wtedy oberwałem kopniaka w plecy. Pierwszy z rabusi ogarnął się i co prawda nie dał rady uwolnić rąk, ale kiedy wstawałem omal nie rąbnął mnie z całej siły w głowę. W ostatniej chwili wykonałem unik, przewrót i wstałem zwinnie, gotów by kopnąć przeciwnika z półobrotu... odskoczył w tył i straciłem równowagę, gdy moja noga trafiła w pustkę. Upadłem i w następnej chwili gość siedział na mnie i okładał mnie po głowie... Na chwilę brakło mi tchu, potem zdołałem złapać jego ręce, splunąć krwią i powalić go na ziemię. Tym razem zdołałem użyć sieci, by unieruchomić go na dobre... Zanim zdążyłem zarejestrować byłem na zewnątrz, na ścianie budynku, machając do policjantów.
-Przyjazny pajączek z sąsiedztwa - zawsze do usług! - zawołałem radośnie. Nie udało mi się wrócić do domu przed 23. No cóż.... Nawet wielki Peter Parker nie umiał pogodzić obydwu swoich żyć.
1 września, godzina 8:25
Wkładając rano kostium, wcale nie planowałem się spóźniać na rozpoczęcie roku. Specjalnie wyszedłem odpowiednio wcześniej i zwyczajnie miałem nadzieję że rozprostuję kości... jakiś czas byłem uziemiony z powodu tamtej bójki. Mama naprawdę się przejęła, kiedy wróciłem do domu z opuchniętą twarzą... nie lubiłem jej okłamywać, ale przecież nie mogłem jej powiedzieć, że jestem SpiderManem.... dorośli nigdy nie przyjmują takich rzeczy dobrze.
W każdym razie, śmigałem sobie po mieście, nieco okrężną drogą, a potem był ten wypadek samochodowy na moście i udało mi się ustabilizować pojazd pajęczynom, na tyle długo żeby wszyscy z niego wyszli... No i tak jakoś zostało mi jakieś pięć minut do rozpoczęcia... W nie do końca właściwej części miasta.... Puściłem się biegiem, skacząc między budynkami szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.... i tuż pod szkołą się przeliczyłem. Wypuściłem zbyt dużo sieci i wylądowałem na ziemi z pełną prędkością, przebiegłem parę kroków i wpadłem na chudego, białego chłopaka, przewracając go na ziemię i.... świat się zatrzymał na kilka długich sekund, adrenalina buzowała mi wciąż w żyłach, w głowie mi huczało, nie mogłem złapać tchu.... powinienem coś powiedzieć i znikać, a zamiast tego tylko patrzyłem na niego i czułem że ta twarz wypala mi się w pamięci jak klisza... zatkało mnie, ale zaraz się ogarnąłem, zerwałem na nogi, pewnym ruchem pomogłem mu wstać, wetknąłem upuszczoną torbę do ręki
-Wybacz, brachu! - rzuciłem ze śmiechem - Jestem Spiderman! Miło było poznać - uniosłem dłoń w geście pozdrowienie i uciekłem, po kilku chwilach będąc już kilkanaście metrów w górze, na ścianie najbliższego bubynku. Ogarnąłem się, przebrałem, doprowadziłem do porządku.... i wbiegłem do auli, na rozpoczęcie roku, jakieś 20 minut po czasie.... Pierwsze wolne miejsce jakie wypatrzyłem było.... obok niego. Zorientowałem się już po tym jak się tam przemknąłem. Odruchowo podałem mu rękę
-Siema. Morales, Miles jestem. - wyszeptałem z lekkim półuśmiechem, tłumiąc zadyszkę.
-Oliver... - odpowiedział równie cicho, a w następnej chwili stał już nad nami nauczyciel, fukając żebyśmy nie przeszkadzali.

poniedziałek, 19 lutego 2018

He need some milk!- Stefani

Drugi dzień szkoły
- A teraz ogłosimy zwycięzcę konkursu na to, kto zaśpiewa wybraną piosenkę z Lady Gagą! A jest to... STEFA...
... I w tym momencie otworzyłam oczy zdając sobie sprawę, że nie byłam na żadnym koncercie mojej idolki, guru, bogini Lady Gagi. Wstałam więc żałośnie z łoża i poszłam się ogarnąć przed szkołą. Kiedy już załatwiłam swoje potrzeby w łazience ruszyłam na dół do kuchni, aby sięgnąć po jabłko.
- A może coś jeszcze weźmiesz do szkoły, a nie tylko to jabłko. Sama mówiłaś, że te kucharki to gówno robią i to serwują- wita się ze mną tata.
- A co niby mogłabym wziąć. Banana? O, wiem. Drugie jabłko! Brilliant!- odpowiedziałam biorąc drugie jabłko w łapę i wyszłam z domu.
Przed bramą zaczęłam odplątywać słuchawki, które plączą się za każdym razem, nawet jak leżą na parapecie nieruchomo, pięknie wyprostowane. Co jest z nimi nie tak? One też chcą być tak edgy, że nie mogą być proste jak każde, czarne, normalne słuchawki do telefonu? Czy tak wiele wymagam od życia?
Kiedy już odwiązałam drugą słuchawkę, odpaliłam muzykę i zaczęłam człapać do szkoły. Niby to 10 min. szkolnym autobusem, ale lubię się przejść i podśpiewywać, a w autobusie by to wyglądało jakbym była pojebana jakaś czy inne szity, mimo że śpiewam magnificent, skromnie mówiąc.
Popełniłam ten błąd będąc Freshamnem, Never again. Idę sobie, idę, idę, i nagle, wciąż idę. Wpatrzona w telefon nie widziałam giganta wyglądającego jak jakichś Alvaro lub inny Alfons. On się odwraca, patrzy na dół, a ja leżę przed nim krzyżem jak Krzyżak podczas ich praktyk. Gość się na mnie patrzył przez dłuższą chwilę po czym rzucił tekstem:
- Chyba ktoś tu na mnie leci- odpowiedział. Nie wierzę, że ktoś mógł powiedzieć coś tak cringowego. Jedyne co odpowiedziałam to:
- Tak, w chuj, a teraz może byś mi pomógł wstać? On przytaknął, podał mi rękę, po czym kiedy już oderwałam pośladek od ziemi, on mnie puścił, a ja zaliczyłam drugi upadek Jezusa.
- Czy my się bawimy w Jezuska z Brooklynu? Pomóż mi wstać, a nie- wydarłam się na tego śmieszka od siedmiu boleści.
- Już, już. Proszę. Pomogłem. Are you happy madam?- tym razem pomógł mi wstać. Będąc tam na dole zdążyłam już go scharakteryzować w mojej głowie. Dobrze się ubiera, dobra dupa z twarzy, jakieś karaibskie korzenie, Casanova. Jak nic.
- William jestem, tak poza tym.
- Stefani. Chodzisz do Liberty High School?
- Tak- odpowiedział William.
- Poważnie? Dlaczego Cię jeszcze nie widziałam? Widziałam wszystkich *przysunęłąm mu się do twarzy* WSZYSTKICH.
- Eee... przeprowadziłem się z Sycylii do tego wspaniałego New York City!- wykrzyknął wymachując rękami wokoło.
- Tak, tak. już się nie podniecaj tym Yorkiem. Znudzi ci się po tygodniu. Dlaczego się przeprowadziłeś?- zapytałam się odpalając swój mental notebook.
- A bo wiesz. USA to szansa. A co dopiero jego stolica!- odpowiedział z gwiazdkami w oczach.
- Ale Waszyngton jest stolicą, ale faktycznie, są plotki o to, aby zmienić stolicę na NY.
- A.. mniejsza. Mieszkasz tutaj od urodzenia?- zapytał się speszony swoją pomyłką Willie.
- Nie. Mieszkałam na Florydzie, ale przeprowadziłam się ze spraw rodzinnych- odpowiedziałam.- Może ruszymy w stronę szkoły?
- Czekam na przyjaciela. Poczekasz ze mną?
- W sumie, dlaczego nie- oznajmiłam z nadzieją na nowe dane i potencjalnych kandydatów na kogoś z kim mogłabym pośmieszkować.
- Ee.. zmiana planów. Noah napisał, że coś mu wypadło. Kojarzysz Noah'a O'Donnel'a? To mój przyjaciel. Poznaliśmy się wiele lat wcześniej.
- Noah'a? Tak. Nie rozmawiamy zbytnio ze sobią, ale jak nasze spojrzenia się spotkają, to witamy się- kiedy odpowiedziałam, znajdowaliśmy się już przed bramą szkoły, kiedy miałam już się zapytać się coś Williama o Noah'u, kiedy jakiś chłopek ubrany na biało wywrócił się na schodach. Spojrzałam się na niego i wraz z kompanem rozmowy wskazaliśmy na niego i obydwoje krzyknęliśmy:
- HE NEED SOME MILK!*- po czym spojrzeliśmy się na siebie i zaczęliśmy się śmiać.

*- Tekst z mema:

niedziela, 18 lutego 2018

Oliver Crawfird

Imię: Oliver (Olie)
Nazwisko: Crawfird
Wiek: 16 lat
Data urodzenia: 02.10
Orientacja: Homo
Związek: Tworzy plan podrywu Miles'a
Aparycja: Olie, nie wiedzieć czemu, zazwyczaj wygląda jakby za chwile miał się rozpłakać. Ubiera się zawsze w jasnych kolorach, przez co zadaje się być bledszy niż jest naprawdę. Jest drobny i chudy.
Charakter: Crawfird ma straszne wahania nastrojów. W jednej chwili może być milutki i zabawny, a za moment psioczyć na cały świat. Bywa wredny i złośliwy, ale raczej nieumyślnie. Ma spory problem z relacjami międzyludzkimi, ze względu na swoje, wygórowane, poczucie wartości. Jest uparty i zawzięty, jeżeli coś postanowi to choćby miał obrócić świat do góry nogami to i tak dopnie swego. Straszliwy zazdrośnik. Jeżeli gdzieś się pojawia chce by ktoś zwrócił na niego uwagę. Bywa, że zachowuje się jak niedopieszczona księżniczka. Jak coś mu się nie podoba potrafi odstawić naprawdę niezły teatrzyk, w dodatku jest bardzo niecierpliwy i nienawidzi jak ktoś się spóźnia. Ale tak ogólnie jeśli uda się komuś wytrzymać z nim trochę dłużej to zyska naprawdę oddanego przyjaciela.
Filozofia życiowa: Wszystko musi być tak jak on chce, w końcu jest panem własnego losu!
Zainteresowania i hobby: Gra na gitarze, stalking, uwielbia koty, jest całkiem niezły z literatury.
Inne informacje: Nie przepada za odzywaniem się do ludzi, dlatego jest raczej odludkiem i inni mają go za niezłego buca. Ma aż 6 kotów.
Historia: Na własne życzenie zrezygnował z nauczania w domu i wybrał się do szkoły publicznej, nie jest zbyt wylewny, więc może później powie coś więcej.