Nie poszedłem do szkoły. Stwierdziłem, że jeżeli mam znów oglądać ten blady ryj tej dziewczyny, której nikt nigdy przenigdy nie zechce, która śmiała się z tego biednego chłopaka, który upadł na schodach, to podziękowałem. Każdemu mogło się to zdarzyć, ale nie. Lepiej śmiać się z cudzego nieszczęścia. Karma is a bitch, kochana. Ale ja będę się śmiał kiedy tobie przytrafi się coś złego. Przez tego szmatexa odechciało mi się słuchać obecnej piosenki. Zmieniłem piosenkę i spojrzałem w górę. Niebo było czyste, oprócz jednej, bladej chmury. Bladej jak ta zaginiona siostra Roberta Pattinsona. Ciekawe czy też się błyszczy w słońcu. Dobra, Dwight, dosyć monologu o tej żałosnej istocie która zabiera mój cenny tlen. Niestety, jak tylko spojrzałem przed siebie zobaczyłem drugiego uczestnika dramy sprzed wczoraj. Scooby Doo i jego kudłaty. W sumie ciężko stwierdzić kto jest psem, a kto ćpunem, bo i on, i pies wyglądają podobnie.
- Enough of this bullshit- powiedziałem pod nosem. Wstałem od fontanny I zacząłem iść w rytm muzyki, która leciała z moich słuchawek w stronę tego szczura i psa, ruszając przy tym biodrami z nadzieją, że wpadnę komuś w oko. Moim planem było zwykłe minięcie tego żałosnego delikwenta, ale pod nogami przebiegł mi jak czarny kot, jakiś bękart. Wtedy mój plan uległ zmianie. Przyspieszyłem kroku. Podczas wymijania drugiego oprawcy chłopaka szturchnąłem go z bara i ruszyłem dalej. Z tego co słyszałem zaczął coś do mnie mówić, ale kiedy usłyszałem pierwszą sylabę z jego brudnej mordy, podgłośniłem muzykę. Wraz z właścicielem jego kundel przyłączył się do tego żałosnego psiego lamentu. Najwidoczniej nawet mnie nie poznał. Inteligencję to chyba dzieli razem z psem. Nie odwracając się strzepałem możliwe wirusy wścieklizny z ramienia i ruszyłem w stronę domu. Po drodze widziałem to, co zawsze. Poczynając od ćpunów skrytych w ciasnych uliczkach kończąc na bezdomnych weteranach wojennych. Wolny kraj mówią. Tyle chętnych do jego obrony, ale jak to tej ochronie trzeba coś zapewnić to nie ma nikogo. Dla państwa oni nie istnieją. Kiedy już doczłapałem do domu, miałem wielką ochotę na ugotowanie czegoś. Usiadłem z laptopem przy barku i zacząłem research. Nie wiedziałem tylko na potrawę z której kuchni miałem ochotę. Ramen, Sushi, a może jakieś ciasto? Postawiłem na deser, a ściślej mówiąc- suflet. Przyrządziłem danie po czym wróciłem do laptopa i zacząłem przeglądać Facebooka, wcinając dzieło moich wyrafinowanych rąk. O mało nie wyplułem kawałka sufletu, gdy w proponowanych znajomych wyskoczył mi ten szczur z parku. Spojrzałem na imię. William Whitaker. Wow. Bardziej basic imienia rodzice nie mogli Ci dać? Ponownie wkurzony, już trzeci raz jednego dnia, stwierdziłem, iż czas na kąpiel. Zasługiwałem na nią, po tak stresującym dniu, dodatkowo wirusy Eboli, Dżumy czy innej Malarii mogły nie zejść za jednym razem. Wlewając wodę o temperaturze piekła zacząłem wybierać jaki kolor bomby do kąpieli użyję tym razem. Wypadło na różowy. Po odprężającej kąpieli położyłem się spać z myślą, czy następnego dnia udać się do szkoły.





