Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Whitaker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Whitaker. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lipca 2018

Laleczki voodoo w Central Parku- William

Noah podrzucił mnie do Central Parku i pojechał do pracy. Znamy się już przeszło 10 lat, chociaż wcześniej mieszkałem na Sycylii... no ale moja babcia mieszkała w Stanach, a ja co lato jeździłem do niej na wakacje. A jak to zazwyczaj bywa w takich sytuacjach szczęśliwym trafem babcia Noaha mieszkała zaraz obok... a mały Noah był naprawdę uroczym dzieckiem! Zawsze śmiesznie reagował gdy się złościł, co poradzę?
Tak oto zakwitła nasza wspaniała, wieloletnia, przyjaźń na odległość niczym w bajce Disney'a~.
Z cudownego flashbacku o małym Noahu, wyrwało mnie radosne szczekanie. Spojrzałem w dół i ujrzałem małego pieska rasy border collie, wyglądającego prawie jak mój Stich, gdy był jeszcze mały i wszędobylski. Chwała Bogu, że z wiekiem trochę się uspokoił i przestał rzucać wszystkim pod nogi błagając o chwilę atencji. Przykucnąłem i potarmosiłem malucha po głowie.
- Bardzo pana przepraszam, Lilu nie chce mnie w ogóle słuchać- usłyszałem dziewczęcy głos nad sobą.
- Ależ nic się nie stało- zacząłem, starając się brzmieć poważnie.- Poza tym- wstałem, ku niezadowoleniu Lilu- jaki pan? Jestem William, a nie "pan William"- rzuciłem puszczając oczko do blondwłosej niewiasty, która od razu oblała się rumieńcem. Urocze...
W międzyczasie mały szatanek zauważył chyba jakąś wiewiórkę, bo pobiegł jak strzała w najbliższe krzaki. Dziewczyna westchnęła cierpiętniczo i rzucając mi przepraszające spojrzenie pobiegła za maluchem.
W takich momentach człowiek docenia, że jego pupil na szczęście ma już wiek szczenięcy za sobą. Może i jest to to wtedy przeurocze, i działa niczym magnes na dziewczyny, ale to co się człowiek przy tak małym stworzeniu nalata to jego. Kondycja w trybie "na wczoraj" gwarantowana.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni ruszając dalej w głąb parku. Snapchat ma bardzo fajną opcję stalkowania znajomych i jedynym minusem jest to, że inni ciebie także mogą dzięki temu stalkować... kiedyś, gdy mieszkałem jeszcze na Sycylii, miałem jedną taką "psychofankę"... od tamtego czasu odpalam tę opcję jedynie gdy naprawdę bardzo mi się nudzi. Nikogo w promieniu najbliższych kilku kilometrów... a przynajmniej nikogo kto ma snapchata z włączoną "opcją stalkowania", bo jestem prawie pewien, że ten koleś który przed momentem mnie szturchnął to nie kto inny jak Dwight z mojej cudownie wielkiej, nowej placówki więziennej. No cóż... chyba mnie nie polubił, ale nie do końca gościa ogarniam, więc może to i lepiej.
Co by tutaj porobić? Czasem dobija mnie, że nie potrafię sobie wymyślić jakiegoś pożytecznego zaj... chwila czy to nie jest przypadkiem Simon?
Przyspieszyłem kroku by przyjrzeć się brunetowi z bliska. Nie myliłem się, to definitywnie Simon.
- Hej!- zawołałem doganiając go.
Chłopak aż podskoczył, upuszczając przy okazji wszystkie książki, które trzymał w rękach. Drugi raz się widzimy i drugi raz coś ląduje na ziemi...
- Rany, przepraszam. Nie miałem zamiaru cię przestraszyć- schyliłem się by mu pomóc. Podniosłem kilka książek i moją uwagę przykuł tytuł jednej z nich ,,Sztuka Voodoo" napisane koślawymi krwistoczerwonymi literami, jeśli mam być szczery, wątpię by było to wydrukowane.
- Voodoo? Interesujesz się tym?- szybko zabrał mi książkę, zanim nawet zdążyłem ją przekartkować.
- T-trochę tak...- ruszył dalej chyba nie licząc na to, że pójdę za nim. No cóż, nie mam co robić, więc mu tak łatwo nie odpuszczę.
- Rozumiem, że idziemy wbijać szpilki w szmaciane laleczki?- zagaiłem rozmowę bez problemu dorównując Simonowi kroku.- To kogo będziemy nękać?
Brunet wpatrywał się w chodnik i sprawiał wrażenie jakby toczył właśnie walkę z samym sobą... nie dawałem jednak za wygraną i kontynuowałem.
- To prawda, że można w ten sposób sprowadzić na kogoś chorobę?
- N-nie. To mit... z-znaczy... po części. To zależy od regionu, a r-raczej... najczęściej laleczki voodoo mają reprezentować loa. Jedynie w nowoorleańskim voodoo...
- Loa?- przerwałem mu, może niesłusznie bo zamilkł na dłuższą chwilę...
- Ech... loa to bóstwa lub duchy, na dzień dzisiejszy często czczone pod postacią świętych katolickich. Są niezwykle istotne w rytuałach i mają nieograniczoną moc. Każdy posiada własne atrybuty i zakres w którym działa... przykładowo Baron Samedi zajmuje się światem zmarłych, a jego atrybutami są cygara, rum, placki i gałązki akacji- znów nastała cisza. Chyba naprawdę utrzymanie jakiejkolwiek rozmowy spoczywa na moich barkach.
- Okej, a co z tym nowoorleańskim voodoo?
- A... w nowoorleańskim voodoo wyróżnia się czarną i białą magię. Tam właśnie można się spotkać z wbijaniem szpilek w celu sprowadzenia chorób czy sprawienia bólu...
- I to jest wtedy czarne voodoo tak?
- Mhm...
- A białe to w takim razie co?
- Błogosławieństwa, uzdrowienie, duchowe przewodnictwo, pomoc w medytacji, czy znalezienie prawdziwej miłości...
- Masz taką swoją laleczkę voodoo?- wydał z siebie ciche parsknięcie, po czym pierwszy raz, sam z siebie, podniósł na mnie swój wzrok.
Wpatrywał się we mnie przez chwilę z iskierką rozbawienia w swoim cudownym, głębokim spojrzeniu, zupełnie jak gdyby chciał sprawdzić na ile poważne było moje pytanie.
- Nie, nie mam- spoważniał.- Nie powinno się otwierać dla sił o których nie ma się pojęcia.
Poczułem się jak dziecko, które ktoś właśnie skarcił za niewłaściwe postępowanie.
- T-tak właściwie to dlaczego ze mną idziesz?- zapytał, ponownie spuszczając wzrok.
- Nie mam zupełnie nic czym mógłbym się zająć...
- A no tak...- spochmurniał.
- Hej! Ale może dasz mi dokończyć co?- spojrzał na mnie ukradkiem, więc kontynuowałem.- Nie znam tutaj jeszcze zbyt wielu osób, ale zobaczyłem ciebie. Nie mieliśmy wcześniej okazji dłużej porozmawiać, więc uznałem, że mogę ci się ponaprzykrzać. Wolałbyś zostać sam?- znowu nastała niezręczna cisza.
-... nie. Ale wiesz... nie jestem zbyt dobrym materiałem na przyjaciela...
- No będzie ciężko...- spojrzał na mnie zaskoczony faktem, że przyznałem mu rację.- Przykładowo gdy będziesz trzymał coś szklanego, a ja, uchroń Boże, przyjdę się przywitać- uśmiechnął się.
Mam przeczucie, że to będzie całkiem ciekawa znajomość...

sobota, 24 lutego 2018

,,Oceans"- Simon

Dzień drugi

,,♥" Looking in the mirror like 
Maybe I will find myself tonight 
I ask for a better mind 

Odłożyłem książki do szafki, przy okazji delikatnie przejeżdżając dłonią po ich grzbietach. Uwielbiam to robić. Tak niepozorny gest, a potrafi natychmiast uspokoić moje rozszalałe myśli...
Delektowałem się tym magicznym momentem, trwając w bezruchu i wsłuchując się w melodię płynącą z słuchawek.
 Then tap into the sight through my third eye
I had never realized 
I thought I had a chosen my design 
I thought I was broken all this time

,,Coś w tym jest…” w zamyśleniu powoli przymknąłem drzwiczki, chcąc je zamknąć.
- Hej piękny!- odezwał się chłopak oparty o sąsiednią szafkę.
Przestraszyłem się i odskakując lekko w tył, upuściłem trzymane w rękach notatki z literatury. W końcu byłem pewien, że jeszcze przed chwilą w ogóle nikogo tutaj nie było.
Oczywiście fobia społeczna natychmiast dała o sobie znać i poza ogólnym przerażeniem, z całych sił starałem się nie zacząć panikować. „Spokojnie Simon. Nic się nie stało. Uspokój się.” Nie patrząc na chłopaka, bez słowa przykucnąłem i drżącymi rękami zacząłem zbierać porozrzucane kartki. Przyspieszając z każdą kolejną sekundą, po chwili trzymałem już wszystko co znalazło się na podłodze i niedbale układając kartki w stosik, pospiesznie przystąpiłem do ewakuacji z korytarza.
- Ej!- chłopak złapał mnie za ramię.
„Boże, Boże, Boże, czego on chce, dlaczego nie może mnie zostawić i pozwolić mi jak najszybciej odejść i zaszyć gdzieś w jakimś kącie… Simon spokój! Weź głęboki wdech i odwróć się do niego.”
Odetchnąłem i bardzo powoli odwróciłem się w stronę chłopaka, który ku mojemu zdziwieniu zaczął śpiewać piosenkę, którą słuchałem jeszcze przed chwilą:
- I feel worthless. Maybe I should open the drawer… Burn the pages. Write poems with the ash on the floor. Pour the ink, into the sink… And watch it drain from the shore…
Jestem pewny, że czas zatrzymał się na te 20 sekund. Dopiero gdy kończył ostatnie zdanie odważyłem się podnieść wzrok i spojrzeć mu w oczy, wcześniej po prostu stałem i gapiłem się w podłogę nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Zwyczajnie mnie zamurowało. Chłopak patrzył na mnie przepraszająco, choć widziałem iskierki lekkiego rozbawienia gdzieś w głębi jego brązowych oczu. Całkowicie przestałem ogarniać co się dzieje. Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale tak właściwie nie miałem pojęcia co, więc szybko z tego zrezygnowałem. Pewnie wyglądam idiotycznie…
- Wypadł ci z kieszeni gdy ode mnie odskoczyłeś- chłopak skinął na coś co trzymał w ręce, spojrzałem w dół i niepewnie złapałem krawędź swojego telefonu, szybkim ruchem zabierając go z jego ręki.
- Dzi… dzięki- mruknąłem i odsunąłem się od nieznajomego na odpowiednią odległość. Nastała cisza, przygryzłem wargę nie bardzo wiedząc co mam teraz zrobić. Przecież nie mogę teraz tak po prostu sobie odejść, a odezwać też się nie odezwę…
- Jestem Will- powiedział brunet wyciągając rękę.
- S-simon…- dlaczego ja muszę się jąkać! Jak mam przezwyciężyć lęk skoro nie potrafię nawet się przedstawić..
- Wybacz, że cię wystraszyłem, zupełnie nie to chciałem osiągnąć- zaśmiał się.- Chciałem dowiedzieć się jak dojść do klasy z matematyki…
Niepewnie podniosłem lewą rękę wskazując na odpowiedni korytarz.
- Do końca… drzwi z numerem 34.
- Dziękuję!- ruszył we wskazanym kierunku.- A przy okazji... dobrej muzyki słuchasz- puścił mi oczko i zniknął za rogiem. Przez chwilę stałem nieruchomo, przemieniając tlen w dwutlenek węgla. Właśnie porozmawiałem z kimś obcym… i… chyba nawet nie było aż tak tragicznie… 
Westchnąłem i chowając telefon do kieszeni, ruszyłem do biblioteki szkolnej.

piątek, 23 lutego 2018

Enough of this bullshit- Dwight

Trzeci dzień szkoły.

Nie poszedłem do szkoły. Stwierdziłem, że jeżeli mam znów oglądać ten blady ryj tej dziewczyny, której nikt nigdy przenigdy nie zechce, która śmiała się z tego biednego chłopaka, który upadł na schodach, to podziękowałem. Każdemu mogło się to zdarzyć, ale nie. Lepiej śmiać się z cudzego nieszczęścia. Karma is a bitch, kochana. Ale ja będę się śmiał kiedy tobie przytrafi się coś złego. Przez tego szmatexa odechciało mi się słuchać obecnej piosenki. Zmieniłem piosenkę i spojrzałem w górę. Niebo było czyste, oprócz jednej, bladej chmury. Bladej jak ta zaginiona siostra Roberta Pattinsona. Ciekawe czy też się błyszczy w słońcu. Dobra, Dwight, dosyć monologu o tej żałosnej istocie która zabiera mój cenny tlen. Niestety, jak tylko spojrzałem przed siebie zobaczyłem drugiego uczestnika dramy sprzed wczoraj. Scooby Doo i jego kudłaty. W sumie ciężko stwierdzić kto jest psem, a kto ćpunem, bo i on, i pies wyglądają podobnie.
- Enough of this bullshit- powiedziałem pod nosem. Wstałem od fontanny I zacząłem iść w rytm muzyki, która leciała z moich słuchawek w stronę tego szczura i psa, ruszając przy tym biodrami z nadzieją, że wpadnę komuś w oko. Moim planem było zwykłe minięcie tego żałosnego delikwenta, ale pod nogami przebiegł mi jak czarny kot, jakiś bękart. Wtedy mój plan uległ zmianie. Przyspieszyłem kroku. Podczas wymijania drugiego oprawcy chłopaka szturchnąłem go z bara i ruszyłem dalej. Z tego co słyszałem zaczął coś do mnie mówić, ale kiedy usłyszałem pierwszą sylabę z jego brudnej mordy, podgłośniłem muzykę. Wraz z właścicielem jego kundel przyłączył się do tego żałosnego psiego lamentu. Najwidoczniej nawet mnie nie poznał. Inteligencję to chyba dzieli razem z psem. Nie odwracając się strzepałem możliwe wirusy wścieklizny z ramienia i ruszyłem w stronę domu. Po drodze widziałem to, co zawsze. Poczynając od ćpunów skrytych w ciasnych uliczkach kończąc na bezdomnych weteranach wojennych. Wolny kraj mówią. Tyle chętnych do jego obrony, ale jak to tej ochronie trzeba coś zapewnić to nie ma nikogo. Dla państwa oni nie istnieją. Kiedy już doczłapałem do domu, miałem wielką ochotę na ugotowanie czegoś. Usiadłem z laptopem przy barku i zacząłem research. Nie wiedziałem tylko na potrawę z której kuchni miałem ochotę. Ramen, Sushi, a może jakieś ciasto? Postawiłem na deser, a ściślej mówiąc- suflet. Przyrządziłem danie po czym wróciłem do laptopa i zacząłem przeglądać Facebooka, wcinając dzieło moich wyrafinowanych rąk. O mało nie wyplułem kawałka sufletu, gdy w proponowanych znajomych wyskoczył mi ten szczur z parku. Spojrzałem na imię. William Whitaker. Wow. Bardziej basic imienia rodzice nie mogli Ci dać? Ponownie wkurzony, już trzeci raz jednego dnia, stwierdziłem, iż czas na kąpiel. Zasługiwałem na nią, po tak stresującym dniu, dodatkowo wirusy Eboli, Dżumy czy innej Malarii mogły nie zejść za jednym razem. Wlewając wodę o temperaturze piekła zacząłem wybierać jaki kolor bomby do kąpieli użyję tym razem. Wypadło na różowy. Po odprężającej kąpieli położyłem się spać z myślą, czy następnego dnia udać się do szkoły.

wtorek, 20 lutego 2018

Król Manhattanu Noah Morderca Kotów

Trzeci dzień szkoły
Rześkie, wrześniowe powietrze muskało moją twarz, gdy stałem przy krawędzi dachu jednego z Manhattańskich drapaczy chmur i dokańczałem energetyka. Przede mną rozciągał się widok na East River, Queens i Brooklyn, a miasto pod moimi stopami tętniło życiem. Stojąc tak ponad wszystkimi, naprawdę można się poczuć jak pan tego świata. Wypiłem ostatni łyk, zgniotłem puszkę w dłoni i rozluźniłem palce, pozwalając jej swobodnie spaść w osłonięty od wiatru zaułek pełen kontenerów na śmieci. Stałem jeszcze chwilę obserwując jak śmieć ląduje w hasioku wydając przy tym cichy brzdęk.
- Gratuluję, właśnie zabiłeś kota, który niczego nieświadomy szukał spokojnie obiadu… znowu. - Odezwał się ironicznie Will, podnosząc na chwilę wzrok znad komórki. Prychnąłem cicho z lekkim rozbawieniem.
- Nigdy nie zabiłem żadnego kota, Willi.
- Kiedyś w końcu ci się uda, nie martw się przyjacielu. – Uśmiechnął się szeroko. Westchnąłem i usiadłem obok niego. Zamyśliłem się na chwilę.
- Pamiętasz jeszcze kim byliśmy, zanim świat kazał nam się stać tymi, którymi jesteśmy, Willi? – odezwałem się cicho. Tylko przy nim mogłem pozwolić sobie na poruszanie tematów egzystencji.
- Hmm? Masz na myśli, zanim ty stałeś się psychopatą, a ja najprzystojniejszym chłopakiem z okolicy? – parsknąłem śmiechem
- Ty najprzystojniejszy? Może na tej twojej Sycylii… Teraz jesteśmy w Nowym Jorku. To ja tu jestem Królem. – Willi zawsze wiedział jak poprawić mi nastrój zanim nawet zdążył opaść na dno. To dlatego zerwaliśmy się dzisiaj z lekcji i siedzieliśmy na dachu wieżowca, w którym apartament na najwyższym piętrze należał do mnie.
- Ach, wybacz Królu Noah’u Morderco Kotów. – Uśmiechnął się szeroko i odstawił na plastikowy stolik, który kiedyś tu przytaszczyliśmy kubek po latte. Ten irytująco szczery uśmiech był chyba jedyną rzeczą, która towarzyszyła mu odkąd się poznaliśmy. Zerknąłem na zegarek.
- Muszę się zbierać do roboty. – Nie musiałem. W ogóle nie miałem potrzeby pracować. Moi rodzice zarabiali grube pieniądze w biznesie i miałem więcej niż mógłbym nawet chcieć. A jednak pracowałem w sklepie z ubraniami, za zdecydowanie za niską stawkę i za słabe warunki. Lubiłem jednak przyglądać się zawsze innym twarzom, dopisując do nich historie i doświadczając z nimi dramatycznych wyborów… „Lepsza czarna czy czerwona?”. Uśmiechnąłem się lekko na tą myśl. – Podwieźć cię gdzieś?
Udał, że poważnie się nad tym zastanawia.
- Ale… to nie wypada królowi tak wozić poddanych… - Westchnął teatralnie, a ja prychnąłem – W sumie to możesz mnie podrzucić do Central Parku.
Zeszliśmy z dachu i na chwilę wstąpiłem jeszcze do mieszkania po portfel i kluczyki z auta - pięknego, matowo czarnego Rolls Royce - elegancka klasyka. Przez całą drogę Willi podśpiewywał piosenki, które akurat leciały w radiu i kontynuował swoje ulubione zajęcie - dogryzanie mi.
- Dziękuję za twą łaskę, Wasza Wysokość - rzucił z uniżeniem gdy zatrzymałem się na zakazie przy parku.
- Spadaj, zanim nie karzę zakuć cię w kajdany i wrzucić do lochu. - odpowiedziałem mu rozbawiony i natychmiast pożałowałem widząc jego zawadiacki uśmiech.
- Mmm... Zazwyczaj to ja wolę zakuwać w kajdanki, ale w drugą stronę też może być ciekawie... Nie znałem cię od tej strony, przyjacielu. Co powiesz, na różowe z futerkiem? Jestem pewny, że byłoby mi w nich do twarzy... - Kremowa, skórzana tapicerka, o którą dbałem bardziej niż o własną reputację była jedyną przeszkodą na drodze wykopania Williego z mojego auta. Mój przyjaciel chyba wyczuł zagrożenie, bo otworzył drzwi i z uśmiechem tak szerokim, że cały świat mógł dokładnie obejrzeć jego idealnie białe i proste uzębienie, wysiadł z pojazdu. - Postaraj się nie zamordować żadnego biednego kotka, królu Noah'u. - rzucił na odchodnym, mrugnął do mnie i zatrzasnął drzwi. Trochę za mocno, doskonale zdając sobie z tego sprawę. Jeden kącik moich ust bezwiednie powędrował ku górze, w krzywym uśmiechu, gdy z rozbawieniem obserwowałem jak Will odchodzi uradowany. Pokręciłem głową z niedowierzaniem i pojechałem do pracy.
Miałem nadzieję na spokojne popołudnie i niewielu klientów. Gdy wszedłem do sklepu i jak zwykle od razu skierowałem się na zaplecze, ale po drodze złapała mnie kierowniczka.
- ... a to jest Noah. Oprowadzi cię i wszystko wytłumaczy. Tak, Noah? - pani Angelina starała się utrzymywać pozory władzy w tym sklepie, ale wszyscy pracownicy i tak robili co im się podobało. Nie byłem wyjątkiem.
- Umm.. hej - odezwała się dziewczyna stojąca za nią, bacznie mnie obserwując i uśmiechając się lekko.
- Taa... biorę przerwę na fajkę. - rzuciłem trochę oschło biorąc paczkę papierosów i kierując się w stronę wyjścia. Usłyszałem za plecami coś w stylu: "Dopiero przyszedłeś", ale olałem to. Po chwili jednak uznałem, że może warto od czasu do czasu zabłysnąć przyjaznym nastawieniem do świata, więc w pół kroku się zatrzymałem. - Ej nowa, idziesz ze mną? - zapytałem wspaniałomyślnie przez ramię i nie czekając na odpowiedź poszedłem dalej.
- O tak! Dobry pomysł Noah, integracja... - próbowała ratować sytuację Angela, ale to też olałem. Słysząc za sobą lekkie kroki uznałem, że dziewczyna zdecydowała się dołączyć do mnie. Zatrzymałem się dopiero na zewnątrz, stając w cieniu i dopiero teraz przyglądając się uważnie swojej towarzyszce. Zapalając papierosa obserwowałem poczynania dziewczyny. Miała duże oczy przysłonięte lekko lenonkami i proste białe włosy z grzywką, które lekko powiewały na wietrze. Wyglądała uroczo trzymając papierosa w ustach i dwóch palcach lewej ręki, a prawą odpalając zapalniczkę. Płomień pojawił się za drugim razem, a ona od razy zaciągnęła się dymem. Był to bardzo naturalny ruch, więc zanotowałem w myślach, że pali od dłuższego czasu. Miała na sobie wąskie czarne spodnie i luźny T-shirt oraz jeansową katanę. Zerkała na mnie spod swoich okularów, ale za każdym razem odwracała szybko wzrok. Jej sposób bycia w pewien niezrozumiały dla mnie sposób sugerował delikatność i niewinność.
- Długo tu pracujesz? – odezwała się nagle, kryjąc w głosie ciekawość i lekką niepewność. Odgarnęła włosy z piegowatej twarzy. Mój wzrok przykuły blizny na jej knykciach. Uśmiechnąłem się krzywo w duchu. Ktoś tu jednak nie jest taki grzeczny, na jakiego wygląda.
- Jakiś rok. – odparłem obojętnie. To nie był fascynujący temat, a z pewnością nie mogłem wyciągnąć z niego większej ilości informacji o mojej nowej rozmówczyni.
- I jeszcze stąd nie uciekłeś? – prychnęła rozbawiona unosząc brew. Pozwoliłem sobie na delikatny uśmiech.
- Nie zaczynasz tej pracy z jakimś szaleńczo optymistycznym podejściem. – zauważyłem niezbyt odkrywczo.
- Co cię tu trzyma? – zignorowała mój przytyk i spojrzała na mnie uważnie. Miałem wrażenie, że wie więcej niż powinna i nie bardzo podobało mi się to, że to nie ja mam tę rolę w tej rozmowie.
- Co masz na myśli? – udałem, że nie wiem o co jej chodzi. Ciekawe… rzadko spotykam kogoś, kto przykuł by na tyle moją uwagę jak ona.
- Masz zegarek prawdopodobnie droższy niż moje mieszkanie, a kluczykiem do Rolls Royce bawisz się jakby to był zwykły breloczek dołączany do gazety na przecenie. Z twojej rozmowy z kierowniczką wnioskuję, że z pewnością nie chodzi tu o zażyłe relacje. – pociągnęła ostatni buch i upuściła peta na ziemię, przydeptując go trampkiem. – Czemu więc ciągle tu pracujesz? – zapytała nie kryjąc już zaintrygowania. No proszę, ktoś tu gra w moją grę. Wzruszyłem ramionami i też pozbyłem się końcówki papierosa. Staliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Miałem pokazać ci co masz robić. – powiedziałem obojętnie. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo zerkając na zegarek.
- Nie, ja dzisiaj nie pracuję. – powiedziała wesoło i ruszyła w stronę parkingu. – Miłego dnia, Noah! – przysięgam, że poza rozbawieniem w jej głosie słyszałem też nutkę złośliwości. No tak, pierwszy dzień, przyszła tylko załatwić formalności. Po raz kolejny tego dnia pokręciłem głową w rozbawieniu. Ehh... ludzie. Fascynujące.

poniedziałek, 19 lutego 2018

He need some milk!- Stefani

Drugi dzień szkoły
- A teraz ogłosimy zwycięzcę konkursu na to, kto zaśpiewa wybraną piosenkę z Lady Gagą! A jest to... STEFA...
... I w tym momencie otworzyłam oczy zdając sobie sprawę, że nie byłam na żadnym koncercie mojej idolki, guru, bogini Lady Gagi. Wstałam więc żałośnie z łoża i poszłam się ogarnąć przed szkołą. Kiedy już załatwiłam swoje potrzeby w łazience ruszyłam na dół do kuchni, aby sięgnąć po jabłko.
- A może coś jeszcze weźmiesz do szkoły, a nie tylko to jabłko. Sama mówiłaś, że te kucharki to gówno robią i to serwują- wita się ze mną tata.
- A co niby mogłabym wziąć. Banana? O, wiem. Drugie jabłko! Brilliant!- odpowiedziałam biorąc drugie jabłko w łapę i wyszłam z domu.
Przed bramą zaczęłam odplątywać słuchawki, które plączą się za każdym razem, nawet jak leżą na parapecie nieruchomo, pięknie wyprostowane. Co jest z nimi nie tak? One też chcą być tak edgy, że nie mogą być proste jak każde, czarne, normalne słuchawki do telefonu? Czy tak wiele wymagam od życia?
Kiedy już odwiązałam drugą słuchawkę, odpaliłam muzykę i zaczęłam człapać do szkoły. Niby to 10 min. szkolnym autobusem, ale lubię się przejść i podśpiewywać, a w autobusie by to wyglądało jakbym była pojebana jakaś czy inne szity, mimo że śpiewam magnificent, skromnie mówiąc.
Popełniłam ten błąd będąc Freshamnem, Never again. Idę sobie, idę, idę, i nagle, wciąż idę. Wpatrzona w telefon nie widziałam giganta wyglądającego jak jakichś Alvaro lub inny Alfons. On się odwraca, patrzy na dół, a ja leżę przed nim krzyżem jak Krzyżak podczas ich praktyk. Gość się na mnie patrzył przez dłuższą chwilę po czym rzucił tekstem:
- Chyba ktoś tu na mnie leci- odpowiedział. Nie wierzę, że ktoś mógł powiedzieć coś tak cringowego. Jedyne co odpowiedziałam to:
- Tak, w chuj, a teraz może byś mi pomógł wstać? On przytaknął, podał mi rękę, po czym kiedy już oderwałam pośladek od ziemi, on mnie puścił, a ja zaliczyłam drugi upadek Jezusa.
- Czy my się bawimy w Jezuska z Brooklynu? Pomóż mi wstać, a nie- wydarłam się na tego śmieszka od siedmiu boleści.
- Już, już. Proszę. Pomogłem. Are you happy madam?- tym razem pomógł mi wstać. Będąc tam na dole zdążyłam już go scharakteryzować w mojej głowie. Dobrze się ubiera, dobra dupa z twarzy, jakieś karaibskie korzenie, Casanova. Jak nic.
- William jestem, tak poza tym.
- Stefani. Chodzisz do Liberty High School?
- Tak- odpowiedział William.
- Poważnie? Dlaczego Cię jeszcze nie widziałam? Widziałam wszystkich *przysunęłąm mu się do twarzy* WSZYSTKICH.
- Eee... przeprowadziłem się z Sycylii do tego wspaniałego New York City!- wykrzyknął wymachując rękami wokoło.
- Tak, tak. już się nie podniecaj tym Yorkiem. Znudzi ci się po tygodniu. Dlaczego się przeprowadziłeś?- zapytałam się odpalając swój mental notebook.
- A bo wiesz. USA to szansa. A co dopiero jego stolica!- odpowiedział z gwiazdkami w oczach.
- Ale Waszyngton jest stolicą, ale faktycznie, są plotki o to, aby zmienić stolicę na NY.
- A.. mniejsza. Mieszkasz tutaj od urodzenia?- zapytał się speszony swoją pomyłką Willie.
- Nie. Mieszkałam na Florydzie, ale przeprowadziłam się ze spraw rodzinnych- odpowiedziałam.- Może ruszymy w stronę szkoły?
- Czekam na przyjaciela. Poczekasz ze mną?
- W sumie, dlaczego nie- oznajmiłam z nadzieją na nowe dane i potencjalnych kandydatów na kogoś z kim mogłabym pośmieszkować.
- Ee.. zmiana planów. Noah napisał, że coś mu wypadło. Kojarzysz Noah'a O'Donnel'a? To mój przyjaciel. Poznaliśmy się wiele lat wcześniej.
- Noah'a? Tak. Nie rozmawiamy zbytnio ze sobią, ale jak nasze spojrzenia się spotkają, to witamy się- kiedy odpowiedziałam, znajdowaliśmy się już przed bramą szkoły, kiedy miałam już się zapytać się coś Williama o Noah'u, kiedy jakiś chłopek ubrany na biało wywrócił się na schodach. Spojrzałam się na niego i wraz z kompanem rozmowy wskazaliśmy na niego i obydwoje krzyknęliśmy:
- HE NEED SOME MILK!*- po czym spojrzeliśmy się na siebie i zaczęliśmy się śmiać.

*- Tekst z mema:

niedziela, 18 lutego 2018

William Whitaker


                                                                ▲
Imię: William (Will, może być Willie)
Nazwisko: Whitaker
Wiek: 18 lat
Data urodzenia: 18.01
Orientacja: Bi
Związek: Podrywa wszystkich w zasięgu wzroku, ale tak naprawdę w ogóle nie szuka związku czy jednorazowej przygody, robi to zwyczajnie dla zabawy.
Aparycja: Wysportowany przystojniak. Ubiera się niezwykle stylowo, dba o swój wizerunek choć nie lubi tego okazywać. Ma małego hopla na punkcie swoich włosów.
Charakter: Will uwielbia się droczyć z innymi, jest żartownisiem. Dość sarkastyczny. Bywa złośliwy. Jeśli kogoś nie lubi okazuje to w bardzo jawny sposób. Jest otwarty i wygadany, choć nie przepada za mówieniem o uczuciach. Choć tego po nim nie widać jest wyjątkowo wrażliwy. Flirciarz jakich mało, przez co większość twierdzi, że jest jedną z najbardziej irytujących osób w szkole. Ma specyficzne poczucie humoru i wiele znajomych ma go szybko dość. Wbrew pozorom jest odpowiedzialny i inteligentny. Żeby gdzieś wyjść musi mieć do tego nastrój.
Zainteresowania i hobby: Śpiew, muzyka, fotografia, surfing i snowboard, nie chwali się tym, ale bardzo lubi czytać książki i oglądać seriale.
Inne informacje: Uwielbia popołudniami pić latte w pobliskiej kawiarni.
Nagrał własny singiel (Broken Ones) i myśli o wydaniu płyty.
Ma psa rasy border collie, o imieniu Stich.
Przeprowadził się do NY z Sycylii.
▲