Płakałam długo. Tym rozpaczliwiej im łagodniej Rube mnie pocieszała..... Może... nie miałam wcale powodu do płaczu. Nie byłam tego pewna, ale nie miałam siły się nad tym zastanawiać. Od dawna nie pozwalałam, by ktokolwiek mnie widział w takim stanie, a teraz... móc wyrzucić z siebie całą rozpacz, przerażenie i samotność... Mieć kogoś, kogo naprawdę to obchodzi, co się ze mną stanie.... Nie pamiętałam już czemu tak długo unikałam Rube. Teraz, w jej ramionach, czułam się bezpiecznie. Wraz z łzami uchodziły ze mnie emocje, odprężałam się powoli, aż poczułam się zupełnie spokojna. Spojrzałam, spokojniejąc, na dziewczynę, nie bardzo wiedząc, co powinnam powiedzieć.
-Nie... musisz go zabijać - powiedziałam, ze słabym uśmiechem, czując, że mimo wszystko ta rozmowa mnie przerasta... Robert... był jakiś inny. Nie miałam pojęcia, co z nim jest nie tak. Nie miałam pojęcia, dlaczego czuję się tak słabo, kiedy jest w pobliżu, czemu przechodzą mnie dreszcze na samą myśl o nim... nie. Mówienie o uczuciach, to było ostatnie na co miałam ochotę, więc milczałam. Nie miałam siły nawet o tym myśleć, więc wyparłam obraz tych wielkich, niebieskich oczu z głowy. Najwyraźniej czułam COŚ do Roberta. Coś dość wyraźnego, by nie dać się stłumić przez środki uspokajające... i przerażająco prawdziwego. Nieuchronnego. Nieuchronność nie mogła być dobra. Nie przy obcym, potężnym i bogatym mężczyźnie. Nie przy kimś, kto poznał mnie w mojej najżałośniejszej wersji. Bałam się go. Chciałam się od tego odciąć, uciec... Nie było ucieczki. Kiedy Rube próbowała mnie wypytywać, znowu zaczęłam cicho płakać... zapewniała mnie, że nie mógł mnie zgwałcić... powoli zaczynałam w to wierzyć, ale i tak czułam się zbrukana. Spaliśmy razem. NAGO. To wystarczało, żeby uznać go za wroga. Zboczeńca.
Nie uspokoiłam się, póki rudzielec nie postanowiła wyciągnąć mnie na shopping. To był jedyny powód, dla którego zawsze umiałam otrzeć łzy... do Galerii jechało się tylko dwa przystanki metrem, nie rozmawiałyśmy dużo... a raczej ja niewiele mówiłam. Nie słuchałam też zbytnio paplaniny mojej psiapsi, ale sam fakt że do mnie mówiła i była.... to pomagało przetrwać. Przy niej mogłam być sobą, a jak razem przerzucałyśmy góry sukienek, nikt nie patrzył na mnie z tym okropnym wyrazem twarzy, przez który zawsze robiło mi się niedobrze. Nie bałam się obcych spojrzeń. To było wspaniałe, nie musieć pamiętać o całym świecie rozpaczy, tylko dotykać kolejnych, pięknych, kolorowych materiałów i za jedyny problem mieć, by znaleźć coś w czym nie będę nienawidzić mojego ciała. Przymierzałyśmy na zmianę, kolejne piękne rzeczy, suknie, sukienki, rurki, zwiewne bluzeczki... Przez cały ten czas znalazłam sobie jedną sukienkę, która dobrze na mnie leżała... na tyle dobrze, że mogłabym w niej śmiało wyjść do klubu, w szpilkach i pełnym makijażu... i czuć się dobrze. Sexownie. Kupiłam ją. I parę obcisłych jeansów. I bluzę z takiego milutkiego materiału, z misimi uszkami na kapturze, dostatecznie zasłaniającym twarz i luźną, tak że potrafiłabym się w niej czuć bezpiecznie.
Przechodziłyśmy od sklepu, do sklepu. Nie musiałyśmy dużo mówić, ale i tak coraz bardziej się otwierałam, aż w końcu docierały do mnie jakieś najnowsze ploteczki z paplaniny Rube... coś o Spidermanie, biegającym po ulicach i bijącym ludzi. I o paru interesujących nowych w naszej szkole. Było dobrze... cudownie. A potem weszłyśmy do kolejnego sklepu, nieco spoza mojej ligi. Rube pewnie nawet nie zauważyła, ale ona ma kasy jak lodu... Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w kilku sukienkach z wystawy, ale szybko spochmurniałam. Wróciłam na ziemię, do mojego szarego, okrutnego świata. Wtedy Rube zaczęła mówić o modelkach i chyba nie wyczuła że to najszybszy sposób, żeby doprowadzić mnie do łez. Modeling to było dla mnie jedno z największych marzeń, ale spójrzmy prawdzie w oczy, nie nadaję się. Nigdy nie będę występować w magazynach modowych dla kobiet, ani nawet dla mężczyzn. To bolało w sercu.... i owszem. Zazdrościłam tym dziewczynom nie tylko tego, że dostawały te zajebiste ciuchy na własności naprawdę mogły tak chodzić po ulicach. Zazdrościłam im wszystkiego, od urody, wykonywania mojej pracy marzeń, do tego że urodziły się we własnej skórze. Kiedy Rube wspomniała po raz kolejny imię Roberta, zadrżałam. JEGO sieć? Cała sieć sklepów... TYCH sklepów?!?
-Wyjdźmy stąd - poprosiłam cicho, obejmując się ramionami, znowu roztrzęsiona. Kiedy dziewczyna zaczęła mnie przekonywać.... żebym się u niego zatrudniła... Zagryzłam wargi. - Rube... możemy o nim nie rozmawiać? - zapytałam zmęczona. - On mnie przeraża. Potrzebuję trochę czasu... przestrzeni. - wyznałam i zamilkłam na dobre. Pozwoliłam się zaprowadzić do lodziarni, ale kiedy dziewczyna poszła do łazienki, miałam wielką ochotę stamtąd uciec. Większym problemem było, że nie bardzo miałam dokąd. Nie pracowałam tego dnia, a samotności się bałam, równie mocno co rozmowy. Kiedy Rube wróciła, wciąż siedziałam w głębokim fotelu. - Nie poszłam sobie - powiedziałam cicho z delikatnym uśmiechem - To chyba znaczy, że powinnam z tobą pogadać... - zamilkłam na dłuższą chwilę, zanim kontynuowałam, zbierając się na odwagę.... - Wiesz, że od miesiąca jestem już dorosła? - zapytałam smutno, ale szybko, żeby nie stchórzyć w następnej chwili skupiłam się na moim jedynym sukcesie ostatnich tygodni. - Zmieniłam imię. Już nigdzie w papierach nie mam "Alexandra", tylko "Alex".... Żeby zmienić na "Alexandrę" musiałabym przynajmniej zacząć zmianę płci... Ale do tego potrzebuję badań psychicznych... wiesz? Zawsze myślałam, że moje problemy rozwiąże operacja, a teraz wciąż nie mogę podjąć tej głupiej terapii hormonalnej, bo każdy psychiatra stwierdzi że jestem niepoczytalna... - zadrżałam. - Nie mogę iść do lekarza... Nie wiem co robić... Nie pocieszaj mnie! - krzyknęłam nagle, zanim ona zdążyła się odezwać, po czym skuliłam się w sobie - Przepraszam, Rube... - szepnęłam - Naprawdę się cieszę, że tu jesteś. Potrzebowałam cię, bardzo... Ale teraz mam już dosyć rozmów. - wyjęłam z torby paczkę leków, zażyłam... siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Żeby odwrócić moją uwagę, Rube zaczęła opowiadać o jakimś nowym zespole, którego słucha, z sexownym wokalistą. Trzydziestu Marsjan, czy jakoś tak podobnie... Uspokoiłam się, zanim się zebrałyśmy do wyjścia. Kiedy zeszłyśmy na dół, zobaczyłyśmy że przed "sklepem Roberta" zbiera się niezły tłum, a potem Rube dostrzegła jego samego gdzieś tam w środku.
-Obiecałam mu, że pójdziemy razem do klubu... Jak uda mi się go teraz złapać, nie będę musiała iść pieszo - powiedziała szybko, patrząc uważnie na moją reakcję. Potaknęłam, informując ją spojrzeniem, że nie mam nic przeciwko i sobie poradzę. - Zgaduję że nie masz ochoty iść z nami? - zapytała, a ja szybko zaprzeczyłam
-Raczej nie w tym życiu. - westchnęłam, a potem spojrzałam w kierunku mężczyzny - Chyba... jestem mu winna rozmowę. - powiedziałam zrezygnowana. - Będziesz przy tym, dobrze? - poprosiłam. Nie czułam się na siłach by być z nim gdziekolwiek sam, na sam.
Po dłuższej chwili oczekiwania mężczyzna wyszedł ze sklepu i dostrzegł nas. Podszedł bliżej z niejakim zaskoczeniem. Wyszłam dwa kroki w jego stronę, a on wyczuł, że nie powinien się zbytnio zbliżać.
-Dzień dobry, panie Parker. - przywitałam się oficjalnie. - Chciałam prosić o wybaczenie mojego poprzedniego zachowania. - mówiłam sztywno, ale bez wrogości. - Doceniam pańską hojną ofertę i z żalem muszę poinformować, że w zaistniałych okolicznościach nie widzę możliwości na przyjęcie jej. Mam nadzieję, że nie czuje się pan urażony - zakończyłam i cofnęłam się z przepraszającym uśmiechem.... ale jego twarz... wyraz jego oczu, kiedy ten jeden raz na niego spojrzałam.... zawahałam się i mimo przerażenia zaciskającego się na gardle dodałam bardzo cicho - Nie nienawidzę cię, Robercie.... Proszę, nie zbliżaj się do mnie... przez jakiś czas.... pa. - odwróciłam się na pięcie i uciekłam, niemal biegiem...
****
Kiedy wróciłam do domu, jedyne o czym chciałam myśleć, było ukrycie się w łóżku.... Coś jednak było nie tak, na tyle że zamiast przemknąć szybko korytarzem, uważając by nikogo nie spotkać zatrzymałam się, nie wiedząc co się dzieje. Walizki? Porozkładane meble... Nagły strach mnie sparaliżował, a potem wepchnął do saloniku, gdzie nie byłam od ponad dwóch lat... Na kominku wciąż stały te same zdjęcia... Ale nic poza tym nie znajdowało się na właściwym miejscu. Naczynia porozstawiane w stosy i pochowane w skrzyniach. Stół z powykręcanymi nogami, oparty o ścianę. Kanapa rozłożona na części stała w przedpokoju. Zamknęłam oczy, czując że z każdą chwilą zapadam się głębiej w moim koszmarze. Przeprowadzka. To... Było ostateczne. Od dawna nie rozmawiałam z rodzicami, nie widziałam się z nimi, nie przebywaliśmy w jednym pomieszczeniu dłużej niż pół minuty.... Na początku całkiem nieźle wychodziło mi nienawidzenie ich za to, ale ostatnio chciało mi się tylko płakać. Tęskniłam za nimi... Mimo wszystko, tata codziennie, bez słowa, zostawiał mi śniadanie w kuchni... Bywały miesiące kiedy to było jedyne co jadłam. Zanim się zatrudniłam w drogerii bywały tygodnie kiedy podsłuchiwanie ich rozmów zza ściany były moja jedyną formą kontaktu ze światem.
Podeszłam niepewnie do kominka i zdjęłam ramkę ze zdjęciem, przedstawiającym mnie w objęciach rodziców... Miałam sześć lat i tuliłam dużego szarego misia z różową kokardką na uchu.... Zawsze czułam się dziewczynką, odkąd tylko zaczęłam zauważać różnice... Ale nigdy nie czułam się źle z tego powodu. Nie miałam ochoty nikomu się z tego zwierzać, ale nie wstydziłam się. Aż oni się nie dowiedzieli. Nie rozmawialiśmy długo, potem się kłóciliśmy... Padło parę słów, których nie mogliśmy sobie wybaczyć... Ojciec trzymał stronę matki, chociaż próbował załagodzić sytuację...
"Odpuść synku, nie musimy się kłócić. To chwilowe... Przejdzie ci. Przeczekamy to razem, Alex, tylko odpuść..." Zamknęłam oczy. Wtedy byłam wściekła. Potem, było coraz gorzej, coraz trudniej się trzymać nad oceanem rozpaczy, aż stoczyłam się do dna na którym byłam. Patrzyłam na zdjęcie i łzy płynęły mi po policzkach. To już koniec. Wyprowadzą się, a ja zostanę sama.... pewnie już nigdy ich nie zobaczę... Zastanawiałam się... czy gdybym się poddała... zrezygnowała z tego kim jestem... czy byłoby lepiej? Czułabym się lepiej.... Czy... miałabym jeszcze rodzinę? Zadrżałam. Nie. Pierwszym co matka chciała zrobić, było zabranie mnie do psychiatry.... albo egzorcysty. Nie umiałabym jej tego wybaczyć wtedy.
-Bardzo lubiłaś tego misia. - poczułam ostrożny dotyk na ramieniu. Odwróciłam i tata uśmiechnął się smutno. - Do twarzy ci w długich włosach, Alex. - powiedział cicho. Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Rozpłakałam się i wtuliłam się w niego.
-Tato... - wyłkałam cicho. Objął mnie ostrożnie i trwaliśmy przy sobie chwilę... część mnie wiedziała że to pożegnanie. Ale moje ciało tego nie akceptowało. Liczyło się to, że jest tu ze mną i nie brzydzi się do mnie mówić...
-Nie jest za późno, byś znów był naszym synkiem, Alex... - poprosił cicho. Odsunęłam się, pochmurniejąc.
-Minęły trzy lata, tato - powiedziałam dobitnie - Ja nie mam już z wami nic wspólnego. Nie ufam wam. Za mocno to bolało... Kocham was, ale nigdy już nie będziemy rodziną. - powiedziałam cicho. Potaknął, jakby już to wiedział.
-Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - wyszeptał. - Przepraszam, maleńka... Kocham cię. Zawsze będę.
-Wiem... dokąd jedziecie? - zapytałam, po chwili
-Twoja matka dostała ofertę pracy w najlepszym szpitalu na Florydzie. - uśmiechnął się ponuro. Dopiero po chwili zauważyłem, że kręci się niespokojnie, jakby miał mi coś powiedzieć... nieprzyjemnego.
-O co chodzi, tato? - zapytałam, zaniepokojona.
-Kupiliśmy willę z basenem... twoja matka zakochała się w tym domu... My... musieliśmy sprzedać to mieszkanie. - zamarłam, ale... spodziewałam się tego... bo niby czemu, po trzech latach milczenia, mieliby mi zostawiać mieszkanie... może jeszcze z opłaconymi rachunkami?
-Ile.... ile mam czasu, żeby zebrać pieniądze? - zapytałam cicho, słabnąc. Suma o której musiała być mowa... nie miałam pojęcia skąd mogłabym ją wziąć. Ale tata pokręcił ponuro głową.
-Nie zrozumiałaś, Alex... Mieszkanie zostało sprzedane. Jutro rano mamy zdać klucze. Za pół godziny ekipa od mebli tu wróci.... musisz się spakować.... Ja... każę zapakować ci rzeczy... wynajmę magazyn, na tak długo, jak będzie trzeba. Zatrzymasz swoje meble... Przelałem ci trochę pieniędzy na konto.... Twoja matka nie życzy sobie żebym ci pomagał, ale... wciąż masz mój numer, prawda? - zamknęłam oczy i potaknęłam. Miał wyrzuty, że wybrał mamę, zamiast mnie, ale to ją kochał najbardziej na świecie... Było mi trochę lżej na sercu, na myśl, że gdybym pokazała mu moje pocięte nogi.... leki.... narkotyki... gdyby wiedział, jak źle ze mną jest... próbowałby mnie ratować. Ale nie było czego ratować. Nie żyję. Nie mam żadnego powodu, by dalej żyć. Jego troska, tego nie zmieni.
-Czemu... nie powiedzieliście mi wcześniej? - zapytałam cicho. "nie daliście mi szansy" patrzyłam na niego z wyrzutem...
-Nie wiedziałem - powiedział zakłopotany. - Nie przypuszczałem że to się stanie tak szybko... twoja matka... - pokręcił głową - Dowiedziałem się trzy dni temu, Alex. Przepraszam.
-Nie gniewam się na ciebie, tato... - powiedziałam cicho. Tak bardzo nie chciałam rozstawać się w gniewie... jemu też chyba ulżyło. - Mogę zatrzymać zdjęcie? - poprosiłam. Potaknął. Podziękowałam. - Powinnam już iść, spakować rzeczy...
-Jesteś dorosłą kobietą, Alex. Silną i piekną... jak twoja matka. Dasz sobie radę. - łzy zebrały mi się w oczach, ale pokręciłam głową.
-Dziękuję... że to powiedziałeś. Kocham cię, tato. Żegnaj. - pocałowałam go lekko w policzek, odwróciłam się na pięcie i uciekłam do mojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz, po czym zaczęłam pakować najważniejsze dla mnie rzeczy.... Ufałam że całą resztą on się zaopiekuje.... Nie byłam pewna nawet, kiedy zamiast leków, sięgnęłam po szluga i zapaliłam. Ani kiedy pakowanie zmieniło się w malowanie i mierzenie sukienek. Wszystkie problemy zdawały się zniknąć.... a ja nagle pamiętałam tylko, że Rube chciała, żebym poszła z nią do klubu.... z nią i najsexowniejszym chłopakiem w szkole... och, Robert... Najprawdopodobniej zamówiłam taksówkę, ale niczego nie mogłam być pewna.
****
Muzyka, muzyka, muzyka...
Tańczyłam, tańczyłam, tańczyłam.....
ciepłe ręce.... czułe usta.... ktoś trzyma mnie w ramionach....
Śmiech, śmiech, śmiech....
Wiruję, wiruję, wiruję....
Całuję, całuję, całuję...
Nie zachowałam wspomnień z tamtej nocy. Tylko migawki. Namiętność, silne ramiona, oczy Roberta i gniew.... Okrutny gniew, nagle płonący na cały świat... Nie chcę, nie chcę się opamiętać!
****
Obudziłam się, w nie całkiem nieznajomym łóżku, w nie tak bardzo obcym pokoju. U Rube... było... bezpiecznie. Bardzo źle się czułam, więc tylko z powrotem zakopałam się pod kołdrę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz