Tata uznał że póki nie rozkręci biznesu na nowo (co prawda spora część naszych klientów dużo podróżowała, więc powinni pozostać nam bliscy) i nim nie umebluje nam ładnie mieszkania, wyjadę na Florydę, razem z jednym z jego najbogatszych klientów, panem Oswaldem Breenem, jego partnerem i kilkoma znajomymi. Płacili dużo, a że szybko się poznaliśmy i mnie polubili, rozpieszczali mnie i kupowali prezenty. O mały włos nie poszlibyśmy zrobić tatuażu.... ale Tata nie pozwalał, a ja nie chciałem go bardziej denerwować. Robota nie była zła, zwłaszcza kiedy mogłem pół dnia opalać się nago na plaży i czytać książki. Trochę wymagająca, wieczorami, kiedy wszyscy się upijali i robili się agresywni. Czasem, całkiem przyjemna. Nie byłem tam jedynym zatrudnionym, ale poza paroma incydentami, na wyraźną proźbę klientów, nie miałem bliższych kontaktów z innymi. Sam z nimi nie rozmawiałem, nie interesowało mnie też zbytnio jak się nazywają. Wolałem książki, a innymi mojego pokroju gardziłem jeszcze bardziej niż samym sobą. Zdawało mi się jedynie, że ja jestem szczególnie w centrum uwagi.
Byłem tam jakieś trzy tygodnie i zebrałem przez ten czas mnóstwo sińców i otarć, za parę co poważniejszych ugrałem sobie trochę fantów. Fajki, okulary przeciwsłoneczne za 50$, parę genialnych T-shirtów, z popkulturowymi motywami, glany. Sporo książek i gier na konsolę. Miałem niezłe doświadczenie w naciąganiu bogaczy i skłanianiu ich, paroma miłymi słówkami do rozpieszczania mnie. Tylko raz zdarzyło się, żeby któryś z nich przegiął na tyle, żebym naprawdę się tym przejął. Nie mogę pozwolić, żeby któryś z tych zboków męczył mnie do utraty przytomności.
*****
Kiedy się ocknąłem, jeszcze półprzytomny i prawie sparaliżowany bólem i zobaczyłem wlepione w siebie zadowolone... dumne z siebie spojrzenie bestii, moim pierwszym odruchem było sięgnięcie po telefon. Gdyby to nie był pan Oiseaubleu, przystojny i miły francuz, z którym całkiem przyjemnie się rozmawiało i który wcześniej, nawet bez powodu kupował mi prezenty... zabierał na ciekawe wycieczki... a raz, jak poinformowałem że nie wyjadę z nim nigdzie, bo mam ważny egzamin, przesiedział ze mną pół dnia i naprawdę pomógł mi się nauczyć, nie próbując sobie w żaden sposób tego wynagrodzić... Lubiłem go, w przeciwieństwie do całej reszty i gdyby to był ktokolwiek inny, chociażby kumpel taty, nawet bym na niego nie spojrzał przed telefonem... ale pan Oiseaubleu, nigdy wcześniej nie przekraczał granicy. Czasem był blisko, ale... Teraz już nie wyglądał na zadowolonego z siebie, raczej na zawstydzonego i zaniepokojonego. Sam podał mi komórkę, a ja zaskoczony, zawahałem się i ostatecznie, zamiast wybierać numer do Taty, wtuliłem twarz w poduszkę.
-Boli - jęknąłem płaczliwie. Mężczyzna dostrzegł szansę, jaką mu zostawiałem i opiekuńczo mnie przytulił, otulając uprzednio kocem.
-Hej, Cupid... przepraszam. - zaczął się cicho tłumaczyć, odgarniając mi włosy z czoła, zatroskany. - Nie chciałem cię skrzywdzić... poniosło mnie - mówił cicho i troskliwie, różne bzdety, bez znaczenia, które nowicjusz pewnie rzeczywiście, mógłby chcieć usłyszeć...
-Powinienem zadzwonić do Taty - jęknąłem, podnosząc na niego pełen wyrzutu wzrok... a on potaknął i jak ostatni głupi powiedział:
-Tak, skarbie, masz rację. Dzwoń do taty... lepiej już pójdę... - był... spokojny.... smutny. I nie naciskał. Patrzyłem na niego zaskoczony. Dawno nikt mnie tak nie traktował.... niemal z szacunkiem. Sympatią. Poruszyłem się, żeby spojrzeć na niego i skrzywiłem się z bólu.
-Zamierzasz mnie tak zostawić? - zapytałem z wyrzutem i zamarł w drzwiach, zaskoczony.
-Nie zamierzasz kazać tacie wpisać mnie na czarną listę? - zapytał, odwracając się do mnie. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem do niego rękę. Podszedł szybko i mnie przytulił.
-Jeszcze.... nie wiem... - szepnąłem uwodzicielsko. - Nie wiem, czy mam ochotę rezygnować z mojego ulubionego klienta.... - Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie.
-Mówisz to każdemu, Cupid. - uśmiechnął się.
-Jeśli płacą wystarczająco dużo. - potaknąłem słabo. - Ale nie, kiedy wszystko tak mnie boli. - spojrzałem na niego nieco gniewnie. - Jeszcze nie zakończyliśmy współpracy, mój panie...
Mężczyzna wydawał się zaskoczony... ale uśmiechał się.
-Cieszy mnie to. Lubię cię. Zwłaszcza, kiedy nie jesteś pustą skorupą. - pocałował mnie lekko. Zmrużyłem oczy, wyczekująco. - Co powiesz na 200$ rekompensaty? - zasugerował, bardzo czule... spodobał mi się ten głos, ale odepchnąłem go zirytowany, odblokowywując telefon.
-Żebyś mi się więcej na oczy nie pokazywał, zboku. - syknąłem, mocno rozczarowany. Oiseaubleu próbował jeszcze za mną nadążyć, tym razem naprawdę próbując mnie zatrzymać, ale nie na tyle żeby wyjąć mi telefon z ręki.
-Zaczekaj. Cupid... w takim razie 400? Na rękę.... Daj spokój... potarguj się ze mną, skoro mam szansę... wiem, że nigdy nie miałeś takich pieniędzy... żeby samemu sobie coś kupić, nie dostajesz tego co zarobisz... i.... - trzasnąłem go lekko w twarz.
-Franz.. Możesz już sobie iść? Obrażasz mnie. - upomniałem go sucho. Zdążyłem już wybrać numer i trzymałem palec nad słuchawką, wpatrując się jeszcze w niego... zajęło mu parę sekund żeby się zerflektować.
-Green Day. - rzucił szybko i uśmiechnąłem się lekko i dałem mu znać że może kontynuować. - Co powiesz, jeśli poznam cię z zespołem? - zasugerował. Opuściłem telefon i spojrzałem na niego.
-Zaciekawiłeś mnie - poinformowałem go z uśmiechem.
-W październiku grają w Nowym Yorku. Dostaniesz najlepsze miejsce, spotkasz się z nimi za sceną, załatwię nam wspólną kolację... płyty, zdjęcia, autografy, cokolwiek sobie wymyślisz. - uśmiechnął się. Zablokowałem telefon.
-Wiedziałem że coś wymyślisz, mój panie - pocałowałem go. - Ale nie będzie żadnych nas. - zacząłem stawiać własne warunki. - Dostanę dwie wejściówki i pójdę z kim zechcę.... Nie twierdzę że to nie będziesz ty, ale z całą pewnością nie zamierzam wtedy pracować. - mówiłem kategorycznie. - Gdybyś się nie kompromitował oferowaniem mi kasy.... to by wystarczyło, ale obawiam, że teraz czuję się obrażony i zmuszony przyjąć, 400 $ na rękę. Oraz, musisz wyjaśnić teraz panu Oswaldowi, dlaczego przez następne trzy dni będę niedysponowany. - zakończyłem. Franz zgodził się na wszystko.... chyba faktycznie mnie lubi. Zaczął mnie całować, na zgodę, ale kiedy chciał dotknąć moje nogi, syknąłem. - Nie wyobrażaj sobie. Nie dzwonię do Taty, co nie znaczy że możesz mnie dotykać do koncertu. Do tego czasu może moja duma się zagoi... - poinformowałem.
****
Ostatecznie do Nowego Yorku dotarłem w drugim tygodniu września. Tata pozwolił mi wybrać szkołę. Liberty High School, było jedną z tych lepszych, gdzie połowę uczniów stanowili geniusze, a drugą bogacze. Pasowało mi to. W tłumie indywiduów łatwo było się rozpłynąć.... oczywiście dostałem przykaz, że jeśli któreś z bogatych dzieciaków będzie chciało mnie wynająć, mam nie odmawiać... Wkurzyło mnie to, ale się nie kłóciłem. Kasa zawsze mi się przyda, jeśli chcę wyjechać samodzielnie do collaegu i nie robić więcej za dziwkę.
Po szkole chodziłem z dumnie podniesioną głową, wiedząc dobrze że wbrew wszystkiemu jestem lepszy od nich wszystkich. Akuma zawsze to wiedział.
Jedyną rzeczą jakiej nienawidziliśmy bardziej od siebie, była cała reszta świata.
Byłem tam jakieś trzy tygodnie i zebrałem przez ten czas mnóstwo sińców i otarć, za parę co poważniejszych ugrałem sobie trochę fantów. Fajki, okulary przeciwsłoneczne za 50$, parę genialnych T-shirtów, z popkulturowymi motywami, glany. Sporo książek i gier na konsolę. Miałem niezłe doświadczenie w naciąganiu bogaczy i skłanianiu ich, paroma miłymi słówkami do rozpieszczania mnie. Tylko raz zdarzyło się, żeby któryś z nich przegiął na tyle, żebym naprawdę się tym przejął. Nie mogę pozwolić, żeby któryś z tych zboków męczył mnie do utraty przytomności.
*****
Kiedy się ocknąłem, jeszcze półprzytomny i prawie sparaliżowany bólem i zobaczyłem wlepione w siebie zadowolone... dumne z siebie spojrzenie bestii, moim pierwszym odruchem było sięgnięcie po telefon. Gdyby to nie był pan Oiseaubleu, przystojny i miły francuz, z którym całkiem przyjemnie się rozmawiało i który wcześniej, nawet bez powodu kupował mi prezenty... zabierał na ciekawe wycieczki... a raz, jak poinformowałem że nie wyjadę z nim nigdzie, bo mam ważny egzamin, przesiedział ze mną pół dnia i naprawdę pomógł mi się nauczyć, nie próbując sobie w żaden sposób tego wynagrodzić... Lubiłem go, w przeciwieństwie do całej reszty i gdyby to był ktokolwiek inny, chociażby kumpel taty, nawet bym na niego nie spojrzał przed telefonem... ale pan Oiseaubleu, nigdy wcześniej nie przekraczał granicy. Czasem był blisko, ale... Teraz już nie wyglądał na zadowolonego z siebie, raczej na zawstydzonego i zaniepokojonego. Sam podał mi komórkę, a ja zaskoczony, zawahałem się i ostatecznie, zamiast wybierać numer do Taty, wtuliłem twarz w poduszkę.
-Boli - jęknąłem płaczliwie. Mężczyzna dostrzegł szansę, jaką mu zostawiałem i opiekuńczo mnie przytulił, otulając uprzednio kocem.
-Hej, Cupid... przepraszam. - zaczął się cicho tłumaczyć, odgarniając mi włosy z czoła, zatroskany. - Nie chciałem cię skrzywdzić... poniosło mnie - mówił cicho i troskliwie, różne bzdety, bez znaczenia, które nowicjusz pewnie rzeczywiście, mógłby chcieć usłyszeć...
-Powinienem zadzwonić do Taty - jęknąłem, podnosząc na niego pełen wyrzutu wzrok... a on potaknął i jak ostatni głupi powiedział:
-Tak, skarbie, masz rację. Dzwoń do taty... lepiej już pójdę... - był... spokojny.... smutny. I nie naciskał. Patrzyłem na niego zaskoczony. Dawno nikt mnie tak nie traktował.... niemal z szacunkiem. Sympatią. Poruszyłem się, żeby spojrzeć na niego i skrzywiłem się z bólu.
-Zamierzasz mnie tak zostawić? - zapytałem z wyrzutem i zamarł w drzwiach, zaskoczony.
-Nie zamierzasz kazać tacie wpisać mnie na czarną listę? - zapytał, odwracając się do mnie. Uśmiechnąłem się i wyciągnąłem do niego rękę. Podszedł szybko i mnie przytulił.
-Jeszcze.... nie wiem... - szepnąłem uwodzicielsko. - Nie wiem, czy mam ochotę rezygnować z mojego ulubionego klienta.... - Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie.
-Mówisz to każdemu, Cupid. - uśmiechnął się.
-Jeśli płacą wystarczająco dużo. - potaknąłem słabo. - Ale nie, kiedy wszystko tak mnie boli. - spojrzałem na niego nieco gniewnie. - Jeszcze nie zakończyliśmy współpracy, mój panie...
Mężczyzna wydawał się zaskoczony... ale uśmiechał się.
-Cieszy mnie to. Lubię cię. Zwłaszcza, kiedy nie jesteś pustą skorupą. - pocałował mnie lekko. Zmrużyłem oczy, wyczekująco. - Co powiesz na 200$ rekompensaty? - zasugerował, bardzo czule... spodobał mi się ten głos, ale odepchnąłem go zirytowany, odblokowywując telefon.
-Żebyś mi się więcej na oczy nie pokazywał, zboku. - syknąłem, mocno rozczarowany. Oiseaubleu próbował jeszcze za mną nadążyć, tym razem naprawdę próbując mnie zatrzymać, ale nie na tyle żeby wyjąć mi telefon z ręki.
-Zaczekaj. Cupid... w takim razie 400? Na rękę.... Daj spokój... potarguj się ze mną, skoro mam szansę... wiem, że nigdy nie miałeś takich pieniędzy... żeby samemu sobie coś kupić, nie dostajesz tego co zarobisz... i.... - trzasnąłem go lekko w twarz.
-Franz.. Możesz już sobie iść? Obrażasz mnie. - upomniałem go sucho. Zdążyłem już wybrać numer i trzymałem palec nad słuchawką, wpatrując się jeszcze w niego... zajęło mu parę sekund żeby się zerflektować.
-Green Day. - rzucił szybko i uśmiechnąłem się lekko i dałem mu znać że może kontynuować. - Co powiesz, jeśli poznam cię z zespołem? - zasugerował. Opuściłem telefon i spojrzałem na niego.
-Zaciekawiłeś mnie - poinformowałem go z uśmiechem.
-W październiku grają w Nowym Yorku. Dostaniesz najlepsze miejsce, spotkasz się z nimi za sceną, załatwię nam wspólną kolację... płyty, zdjęcia, autografy, cokolwiek sobie wymyślisz. - uśmiechnął się. Zablokowałem telefon.
-Wiedziałem że coś wymyślisz, mój panie - pocałowałem go. - Ale nie będzie żadnych nas. - zacząłem stawiać własne warunki. - Dostanę dwie wejściówki i pójdę z kim zechcę.... Nie twierdzę że to nie będziesz ty, ale z całą pewnością nie zamierzam wtedy pracować. - mówiłem kategorycznie. - Gdybyś się nie kompromitował oferowaniem mi kasy.... to by wystarczyło, ale obawiam, że teraz czuję się obrażony i zmuszony przyjąć, 400 $ na rękę. Oraz, musisz wyjaśnić teraz panu Oswaldowi, dlaczego przez następne trzy dni będę niedysponowany. - zakończyłem. Franz zgodził się na wszystko.... chyba faktycznie mnie lubi. Zaczął mnie całować, na zgodę, ale kiedy chciał dotknąć moje nogi, syknąłem. - Nie wyobrażaj sobie. Nie dzwonię do Taty, co nie znaczy że możesz mnie dotykać do koncertu. Do tego czasu może moja duma się zagoi... - poinformowałem.
****
Ostatecznie do Nowego Yorku dotarłem w drugim tygodniu września. Tata pozwolił mi wybrać szkołę. Liberty High School, było jedną z tych lepszych, gdzie połowę uczniów stanowili geniusze, a drugą bogacze. Pasowało mi to. W tłumie indywiduów łatwo było się rozpłynąć.... oczywiście dostałem przykaz, że jeśli któreś z bogatych dzieciaków będzie chciało mnie wynająć, mam nie odmawiać... Wkurzyło mnie to, ale się nie kłóciłem. Kasa zawsze mi się przyda, jeśli chcę wyjechać samodzielnie do collaegu i nie robić więcej za dziwkę.
Po szkole chodziłem z dumnie podniesioną głową, wiedząc dobrze że wbrew wszystkiemu jestem lepszy od nich wszystkich. Akuma zawsze to wiedział.
Jedyną rzeczą jakiej nienawidziliśmy bardziej od siebie, była cała reszta świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz