Rok szkolny rozpoczął się jak zwykle, czyli nudy nudy i jeszcze raz nudy na nudnym do potęgi apelu. Może pomińmy parę pierwsze dni, dobra? Wracając, jak co rano starałam się zapanować nad chęcią ubrania pastelowych ciuchów. Tradycja rodzinna nakazuje nosić ciemne barwy na co dzień, a "świecić" to można na imprezach. Przyznaję się, nie lubię jaskrawych kolorów, więc zmuszam się do noszenia ich jedynie w odcieniu pastelowym, a jak na paradoks przystało, te akurat kolory lubię, niezły sajgon nie? Dobra, skończmy już te rozważania o mnie.
Przyjechałam pod szkołę, zaparkowałam gdzieś na uboczu i powolnym krokiem udałam się do budynku, który przypomina bardziej szpital psychiatryczny niż szkołę. Zbyt jaskrawe i ogólnie to wszystko takie nijakie. Znudzona kolejnym dniem w szkole ruszyłam beznamiętnie w stronę drzwi wejściowych.
- Hej! - usłyszałam za sobą spokojny głos - To chyba Twoje. - dziewczyna podała mi czarny notatnik z greckimi znaczkami na okładce. Wpatrywała się we mnie jak w jakiś obrazek, nie powiem, była niczego sobie, ale jakoś wydawała się za grzeczna. - Jestem Josephina, a ty?
- Nera. - uścisnęłam jej wyciągniętą rękę i spojrzałam na spadające kosmyki jej włosów.
- Pójdziesz ze mną? Poznam Cię z nowymi ludźmi i w ogóle! - nie chciałam psuć jej radości, więc się zgodziłam. Cały dzień spędziłyśmy na rozmowie, obchodzeniu szkoły i jeszcze paru innych rzeczach.
- Chcesz się gdzieś przejść? - spytała jakby pełna nadziei, była jakby zafascynowana moim ubiorem. Kiwnęłam głową na "tak". Fine jakby kula wystrzelona z karabinu złapała mnie za rękę i wyciągnęła ze szkoły. Nie wiedziałam gdzie idziemy, ale zdecydowanie polubiłam ją.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz