Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mecz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mecz. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Właściciel mojego psa.

Delikatna poświata wschodzącego słońca wpadała przez nie zaciągnięte do końca rolety okien w moim pokoju. Leżałam niespokojnie, wpatrując się w zacienione kąty pomieszczenia i wsłuchując się w ciche tykanie zegarka. Brałam coraz głębsze oddechy, starając się odgonić lęk i stres, które przecież były zupełnie bezpodstawne. Przymknęłam powieki, chcąc odwrócić swoją uwagę od wrażenia zamykających się nade mną ścian. Bezwiednie zaczęłam się kurczyć w sobie, przyciskając do siebie ramiona i kuląc się w pozycji embrionalnej, kiedy poczułam, że łóżko zaczęło się kołysać pode mną jak łódź w trakcie sztormu na morzu. Z każdym uderzeniem serca, mój oddech stawał się coraz płytszy, a dźwięki wokół mnie z większą mocą atakowały moje uszy, nadszarpując już i tak zszargane nerwy. Czułam się jak dzikie zwierze, uwięzione w klatce i otoczone, obserwowane. Żałosne i przerażone, bez szans na ucieczkę. Otworzyłam szeroko oczy czując jak ogarnia mnie panika. Szare światło zza okna raziło mnie bardziej niż powinno, ściany pokoju na moich oczach zacieśniały coraz bliżej, a sufit pękał. Nie będąc w stanie się ruszyć patrzyłam przez łzy jak mury budynku zawalają się na mnie przygniatając mnie ciężarem całego bloku. Zamknęłam oczy. Z głębi pokoju dotarł do mnie cichy odgłos oddechu, który szybko się do mnie zbliżał. Ciche skrobanie na podłodze, zdawało się przemieszczać w moją stronę. Coś do mnie szło, stukając szponami lub pazurami o panele. Przed oczami przesuwały mi się setki obrazów, ciemnych postaci stojących tuż przede mną, czekających tylko aż otworzę oczy, by mnie zniszczyć. Gdy poczułam jak materac mojego łóżka delikatnie ugina się od dodatkowego ciężaru zamarłam. Nagle ciszę rozdarł nachalny dźwięk budzika, tuż przy moim uchu i radosne szczeknięcie, na moją klatkę piersiową naparł ciężar. Wyrwana z transu zaczerpnęłam głęboko powietrza. Poczułam mokry język na mojej twarzy i otwarłam oczy. Wielkie, brązowe oczy, przez które mój czworonożny przyjaciel otrzymał swoje imię, wpatrywały się we mnie wesoło. Westchnęłam drapiąc Moriarty’ego za uchem i wyłączyłam budzik. 6:30, czas się zbierać. Wprawdzie była sobota, ale dzień się sam nie przeżyje. Nie miałam wielu rzeczy do roboty – moje plany ograniczały się tylko do porannego biegania i meczu Michaela o 12. Zwlokłam się z łóżka, od razu udając się do łazienki. Spojrzałam do lustra i skrzywiłam się widząc potężne doły pod oczami i lekko zapuchnięte powieki. Poranne ataki paniki połączone z epizodami psychotycznymi codziennie od lat dawały mi się we znaki i pozostawiały po sobie ślady. Przemyłam twarz chłodną wodą i przyjrzałam się dokładnie swojej skórze w poszukiwaniu wyprysków. Idealna cera była jedną z moich obsesji, 10 krokowy rytuał inspirowany koreańską pielęgnacją wykonywałam dwa razy dziennie nawet nie myśląc o poszczególnych czynnościach. Olejek myjący, mleczko do twarzy, peeling, tonik, odżywcza esencja, serum, maseczki różnych rodzajów, krem pod oczy i krem nawilżający zawsze stały równo ułożone, zawsze w tej samej kolejności na półce obok lustra i żaden z nich nie zostawał pominięty. Tak też było i tym razem. Włosy spięłam w niedbały kok, pozwalając części kosmyków opaść mi na kark. Założyłam soczewki kontaktowe i delikatnie podkreśliłam rzęsy maskarą, a doły pod oczami przykryłam cienką warstwą korektora, modląc się przy tym by nie spotkać nikogo znajomego będąc w tak opłakanym stanie. Moriarty jak cień siedział obok mnie i z przechylonym łebkiem przyglądał się moim postępowaniom. Szybko przebrałam się w luźną koszulkę i sportowe legginsy i udałam się do kuchni. Zrobiłam swoje ulubione podwójne espresso i wyciągnęłam z szafki drożdżówkę. Po śniadaniu wyszłam na balkon i dopijając kawę  wyciągnęłam czerwone Marlboro z opakowania i zapaliłam. Był to kolejny codzienny rytuał, bez którego z pewnością czułabym się zgubiona. 
- Moriarty, noga! - Rzuciłam do psa i ruszyłam w stronę drzwi. Pies natychmiast znalazł się przy mnie i zaszczekał radośnie. - Idziemy biegać, słoneczko. - Powiedziałam wesoło, klękając by zawiązać buta. Moriarty wyszczerzył się i położył mi łapy na ramionach wbijając mnie swoim ciężarem w ziemię i liżąc mnie w ucho. Parsknęłam cicho i zapięłam mu smycz. 
Invisible kid

Never see what he did
Got stuck where he hid
Fallen through the grid
...
Biegłam alejką Central Parku w rytm jednej z moich ulubionych piosenek Metallica'i, kiedy Moriarty zerwał się nagle i wystrzelił do przodu szczekając głośno. Smycz wysunęła mi się lekko z ręki. Zawołałam psa, ale zupełnie nie zwrócił na mnie uwagi. Nagle zatrzymał się przed jakimś chłopakiem i zaczął skakać mu po nogach. Nie zdążyłam się zatrzymać, potknęłam się i upadłam prosto pod nogami obiektu zainteresowania mojego psa. Moriarty spojrzał na mnie i polizał mnie po twarzy - nie jestem w stanie opisać słowami, jak bardzo lubił to robić i jak bardzo ja tego nie cierpiałam - ale zaraz wrócił do szczekania i skakania na wysokiego bruneta stojącego tuż przede mną. Jego sylwetka wydawała mi się być znajoma.
- Cerber? To ty, stary przyjacielu? - odezwał się zaskoczony Noah kucając przy psie i pozwalając mu oprzeć się łapami o swoje kolana. Zdezorientowana i z lekkim uczuciem bycia zignorowaną podniosłam się z ziemi. Moriarty nie miał w zwyczaju się tak zachowywać. Był raczej nieufny w stosunku do obcych. Otrzepałam kolana z  piachu i wytarłam krew z obtarć na dłoniach, które zarobiłam wskutek upadku.
- Ekhm... Przepraszam, że przerywam tą piękną chwilę, ale to chyba pomyłka... - Zostałam kompletnie olana. - Noah... - nic. - Noah! - warknęłam na chłopaka, jednocześnie łapiąc za obroże Moriarty’ego i odciągając go delikatnie do siebie. Pies szczeknął cicho z wyrzutem, ale nie przestawał machać wesoło ogonem. W końcu chłopak oderwał się od mojego pupila i podniósł się z ziemi. Był ode mnie wyższy o jakieś 20 centymetrów,  więc nieznacznie wyprostowałam ramiona próbując zmniejszyć choć trochę różnice. Moriarty z wywieszonym językiem biegał teraz między nami tworząc ósemkę.
- Jak go znalazłaś? - Noah patrzył na mnie z góry. Światło słońca tańczyło w jego zielonych oczach ujawniając złote plamki wokół źrenic. Przyjrzałam mu się uważnie, milcząc. Pamiętał mnie? Jego oczy ciągle błyszczące od emocji przyglądały mi się z uwagą.
- Myślę, że to pomyłka. Przepraszam za Moriarty’ego, zazwyczaj się tak nie zachowuje. - Zawołałam psa z zamiarem odejścia, ale zatrzymał mnie mocny uścisk na nadgarstku. Zaskoczona spojrzałam na chłopaka. Jedną ręką unieruchomił moją dłoń, w drugiej ściskał smycz mojego psa. - Co robisz? - Zapytałam chłodno czując jak bicie mojego serca przyspiesza. Chłopak prychnął. 
- Może lepiej to mi odpowiedz na to pytanie. Pojawiasz się znikąd, nagle w mojej pracy, grając w grę, o której zasadach nie masz pojęcia. Kilka dni później spotykam cię z moim psem, który zaginął kilka miesięcy temu. Jakim cudem nigdy cię tu nie widziałem? Znam każdą twarz z tej okolicy. - Poczułam się lekko onieśmielona. Faktycznie zawaliłam ostatnio podając mu wszystkie informacje na które zwróciłam uwagę przy pierwszym spotkaniu. Zmieszana, pewnym, wyćwiczonym ruchem wyrwałam mu swoją rękę i cofnęłam się o krok. - I jeszcze jedno... przestań nazywać mojego psa 'Moriarty'. 
- Nie wiem o czym mówisz. Moriarty, idziemy! - piesek podbiegł do mnie i przyglądał nam się przez chwilę. Nagle Noah schylił się po patyk leżący na ziemi i rzucił go za siebie.
- Aport Cerber. - Powiedział spokojnie, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. Byłam pewna, że nic się nie wydarzy. Moriarty nie słuchał komend obcych, a tego polecenia nie byłam w stanie go nauczyć. Jak na złość, pies szczeknął radośnie i pobiegł za kawałkiem gałęzi ciągnąc za sobą smycz. Smycz, która była owinięta wokół moich nóg. Zachwiałam się i automatycznie zaczęłam szukać w zasięgu ręki oparcia, próbując zapobiec kolejnemu upadkowi tego dnia. Oparłam dłonie o... klatkę piersiową Noah'a. Gdy tylko odzyskałam równowagę i zdałam sobie sprawę z tego co zrobiłam, cofnęłam ręce. Poczułam, że się rumienię. Chłopak z rozbawieniem podtrzymał mnie i skierował wzrok na moje pokaleczone dłonie.
- Co ci się stało? - wyczułam w jego głosie dobrze ukryte zaintrygowanie.
- Przewróciłam się, Sherlocku, gdybyś nie był tak zajęty moim psem może byś to wtedy zauważył. - mruknęłam udając urazę. W głębi duszy byłam wdzięczna Bogu, że nie widział mnie rozpłaszczonej na ziemi pod swoimi stopami. Noah uniósł lekko jedną brew.
- Pytałem o to. - Powiedział muskając palcem bliznę biegnącą wzdłuż mojej żyły. Szybko się odsunęłam, uważając tym razem na smycz. Spojrzałam badawczo w oczy chłopaka. Patrzył na mnie przenikliwie z wyrazem twarzy, który jasno mówił, że wie więcej niż powinien. Chyba faktycznie wpakowałam się w grę, której nie miałam szans wygrać, bo to nie ja ustalałam jej zasady. Nie odzywając się już ani słowem, ruszyłam w stronę domu z MOIM psem u boku. Noah nie zatrzymywał mnie. Nawet nie zauważyłam kiedy zamyślona dotarłam do Queensbridge. Weszłam do domu i zaczęłam przygotowania do meczu.