Delikatna
poświata wschodzącego słońca wpadała przez nie zaciągnięte do końca rolety
okien w moim pokoju. Leżałam niespokojnie, wpatrując się w zacienione kąty pomieszczenia
i wsłuchując się w ciche tykanie zegarka. Brałam coraz głębsze oddechy,
starając się odgonić lęk i stres, które przecież były zupełnie bezpodstawne.
Przymknęłam powieki, chcąc odwrócić swoją uwagę od wrażenia zamykających się
nade mną ścian. Bezwiednie zaczęłam się kurczyć w sobie, przyciskając do siebie
ramiona i kuląc się w pozycji embrionalnej, kiedy poczułam, że łóżko zaczęło
się kołysać pode mną jak łódź w trakcie sztormu na morzu. Z każdym uderzeniem
serca, mój oddech stawał się coraz płytszy, a dźwięki wokół mnie z większą mocą
atakowały moje uszy, nadszarpując już i tak zszargane nerwy. Czułam się jak
dzikie zwierze, uwięzione w klatce i otoczone, obserwowane. Żałosne i
przerażone, bez szans na ucieczkę. Otworzyłam szeroko oczy czując jak ogarnia
mnie panika. Szare światło zza okna raziło mnie bardziej niż powinno, ściany
pokoju na moich oczach zacieśniały coraz bliżej, a sufit pękał. Nie będąc w
stanie się ruszyć patrzyłam przez łzy jak mury budynku zawalają się na mnie
przygniatając mnie ciężarem całego bloku. Zamknęłam oczy. Z głębi pokoju dotarł
do mnie cichy odgłos oddechu, który szybko się do mnie zbliżał. Ciche skrobanie
na podłodze, zdawało się przemieszczać w moją stronę. Coś do mnie szło,
stukając szponami lub pazurami o panele. Przed oczami przesuwały mi się setki
obrazów, ciemnych postaci stojących tuż przede mną, czekających tylko aż
otworzę oczy, by mnie zniszczyć. Gdy poczułam jak materac mojego łóżka
delikatnie ugina się od dodatkowego ciężaru zamarłam. Nagle ciszę rozdarł nachalny
dźwięk budzika, tuż przy moim uchu i radosne szczeknięcie, na moją klatkę
piersiową naparł ciężar. Wyrwana z transu zaczerpnęłam głęboko powietrza.
Poczułam mokry język na mojej twarzy i otwarłam oczy. Wielkie, brązowe oczy,
przez które mój czworonożny przyjaciel otrzymał swoje imię, wpatrywały się we
mnie wesoło. Westchnęłam drapiąc Moriarty’ego za uchem i wyłączyłam budzik.
6:30, czas się zbierać. Wprawdzie była sobota, ale dzień się sam nie przeżyje.
Nie miałam wielu rzeczy do roboty – moje plany ograniczały się tylko do
porannego biegania i meczu Michaela o 12. Zwlokłam się z łóżka, od razu udając
się do łazienki. Spojrzałam do lustra i skrzywiłam się widząc potężne doły pod
oczami i lekko zapuchnięte powieki. Poranne ataki paniki połączone z epizodami
psychotycznymi codziennie od lat dawały mi się we znaki i pozostawiały po sobie
ślady. Przemyłam twarz chłodną wodą i przyjrzałam się dokładnie swojej skórze w
poszukiwaniu wyprysków. Idealna cera była jedną z moich obsesji, 10 krokowy
rytuał inspirowany koreańską pielęgnacją wykonywałam dwa razy dziennie nawet
nie myśląc o poszczególnych czynnościach. Olejek myjący, mleczko do twarzy,
peeling, tonik, odżywcza esencja, serum, maseczki różnych rodzajów, krem pod
oczy i krem nawilżający zawsze stały równo ułożone, zawsze w tej samej
kolejności na półce obok lustra i żaden z nich nie zostawał pominięty. Tak też
było i tym razem. Włosy spięłam w niedbały kok, pozwalając części kosmyków
opaść mi na kark. Założyłam soczewki kontaktowe i delikatnie podkreśliłam rzęsy
maskarą, a doły pod oczami przykryłam cienką warstwą korektora, modląc się przy
tym by nie spotkać nikogo znajomego będąc w tak opłakanym stanie. Moriarty jak
cień siedział obok mnie i z przechylonym łebkiem przyglądał się moim
postępowaniom. Szybko przebrałam się w luźną koszulkę i sportowe legginsy i
udałam się do kuchni. Zrobiłam swoje ulubione podwójne espresso i wyciągnęłam z
szafki drożdżówkę. Po śniadaniu wyszłam na balkon i dopijając kawę wyciągnęłam
czerwone Marlboro z opakowania i zapaliłam. Był to kolejny codzienny rytuał,
bez którego z pewnością czułabym się zgubiona.
-
Moriarty, noga! - Rzuciłam do psa i ruszyłam w stronę drzwi. Pies natychmiast
znalazł się przy mnie i zaszczekał radośnie. - Idziemy biegać, słoneczko. -
Powiedziałam wesoło, klękając by zawiązać buta. Moriarty wyszczerzył się i
położył mi łapy na ramionach wbijając mnie swoim ciężarem w ziemię i liżąc mnie
w ucho. Parsknęłam
cicho i zapięłam mu smycz.
Invisible kid
Never see what he did
Got stuck where he hid
Fallen through the grid
...
Biegłam alejką Central Parku w rytm jednej z
moich ulubionych piosenek Metallica'i, kiedy Moriarty zerwał się nagle i
wystrzelił do przodu szczekając głośno. Smycz wysunęła mi się lekko z ręki.
Zawołałam psa, ale zupełnie nie zwrócił na mnie uwagi. Nagle zatrzymał się
przed jakimś chłopakiem i zaczął skakać mu po nogach. Nie zdążyłam się
zatrzymać, potknęłam się i upadłam prosto pod nogami obiektu zainteresowania
mojego psa. Moriarty spojrzał na mnie i polizał mnie po twarzy - nie jestem w
stanie opisać słowami, jak bardzo lubił to robić i jak bardzo ja tego nie
cierpiałam - ale zaraz wrócił do szczekania i skakania na wysokiego bruneta
stojącego tuż przede mną. Jego sylwetka wydawała mi się być znajoma.
- Cerber?
To ty, stary przyjacielu? - odezwał się zaskoczony Noah kucając przy psie i
pozwalając mu oprzeć się łapami o swoje kolana. Zdezorientowana i z lekkim
uczuciem bycia zignorowaną podniosłam się z ziemi. Moriarty nie miał w zwyczaju
się tak zachowywać. Był raczej nieufny w stosunku do obcych. Otrzepałam kolana
z piachu i wytarłam krew z obtarć na dłoniach, które zarobiłam wskutek
upadku.
- Ekhm...
Przepraszam, że przerywam tą piękną chwilę, ale to chyba pomyłka... - Zostałam
kompletnie olana. - Noah... - nic. - Noah! - warknęłam na chłopaka,
jednocześnie łapiąc za obroże Moriarty’ego i odciągając go delikatnie do
siebie. Pies szczeknął cicho z wyrzutem, ale nie przestawał machać wesoło
ogonem. W końcu chłopak oderwał się od mojego pupila i podniósł się z ziemi.
Był ode mnie wyższy o jakieś 20 centymetrów, więc nieznacznie
wyprostowałam ramiona próbując zmniejszyć choć trochę różnice. Moriarty z
wywieszonym językiem biegał teraz między nami tworząc ósemkę.
- Jak go
znalazłaś? - Noah patrzył na mnie z góry. Światło słońca tańczyło w jego
zielonych oczach ujawniając złote plamki wokół źrenic. Przyjrzałam mu się
uważnie, milcząc. Pamiętał mnie? Jego oczy ciągle błyszczące od emocji
przyglądały mi się z uwagą.
- Myślę,
że to pomyłka. Przepraszam za Moriarty’ego, zazwyczaj się tak nie zachowuje. -
Zawołałam psa z zamiarem odejścia, ale zatrzymał mnie mocny uścisk na
nadgarstku. Zaskoczona spojrzałam na chłopaka. Jedną ręką unieruchomił moją
dłoń, w drugiej ściskał smycz mojego psa. - Co robisz? - Zapytałam chłodno
czując jak bicie mojego serca przyspiesza. Chłopak prychnął.
- Może
lepiej to mi odpowiedz na to pytanie. Pojawiasz się znikąd, nagle w mojej
pracy, grając w grę, o której zasadach nie masz pojęcia. Kilka dni później
spotykam cię z moim psem, który zaginął kilka miesięcy temu. Jakim cudem nigdy
cię tu nie widziałem? Znam każdą twarz z tej okolicy. - Poczułam się lekko
onieśmielona. Faktycznie zawaliłam ostatnio podając mu wszystkie informacje na
które zwróciłam uwagę przy pierwszym spotkaniu. Zmieszana, pewnym, wyćwiczonym ruchem
wyrwałam mu swoją rękę i cofnęłam się o krok. - I jeszcze jedno... przestań
nazywać mojego psa 'Moriarty'.
- Nie
wiem o czym mówisz. Moriarty, idziemy! - piesek podbiegł do mnie i przyglądał
nam się przez chwilę. Nagle Noah schylił się po patyk leżący na ziemi i rzucił
go za siebie.
- Aport
Cerber. - Powiedział spokojnie, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. Byłam
pewna, że nic się nie wydarzy. Moriarty nie słuchał komend obcych, a tego
polecenia nie byłam w stanie go nauczyć. Jak na złość, pies szczeknął radośnie
i pobiegł za kawałkiem gałęzi ciągnąc za sobą smycz. Smycz, która była owinięta
wokół moich nóg. Zachwiałam się i automatycznie zaczęłam szukać w zasięgu ręki
oparcia, próbując zapobiec kolejnemu upadkowi tego dnia. Oparłam dłonie o... klatkę
piersiową Noah'a. Gdy tylko odzyskałam równowagę i zdałam sobie sprawę z tego
co zrobiłam, cofnęłam ręce. Poczułam, że się rumienię. Chłopak z rozbawieniem
podtrzymał mnie i skierował wzrok na moje pokaleczone dłonie.
- Co ci
się stało? - wyczułam w jego głosie dobrze ukryte zaintrygowanie.
-
Przewróciłam się, Sherlocku, gdybyś nie był tak zajęty moim psem może byś to
wtedy zauważył. - mruknęłam udając urazę. W głębi duszy byłam wdzięczna Bogu,
że nie widział mnie rozpłaszczonej na ziemi pod swoimi stopami. Noah uniósł
lekko jedną brew.
- Pytałem
o to. - Powiedział muskając palcem bliznę biegnącą wzdłuż mojej żyły. Szybko
się odsunęłam, uważając tym razem na smycz. Spojrzałam badawczo w oczy
chłopaka. Patrzył na mnie przenikliwie z wyrazem twarzy, który jasno mówił, że
wie więcej niż powinien. Chyba faktycznie wpakowałam się w grę, której nie
miałam szans wygrać, bo to nie ja ustalałam jej zasady. Nie odzywając się już
ani słowem, ruszyłam w stronę domu z MOIM psem u boku. Noah nie zatrzymywał
mnie. Nawet nie zauważyłam kiedy zamyślona dotarłam do Queensbridge.
Weszłam do domu i zaczęłam przygotowania do meczu.