czwartek, 22 lutego 2018

And the cards are fold

Początkowo nie zauważyłam różnicy, po wypaleniu skręta... Świat nie zaczął wirować, ani nic, nie widziałam demonów ani jednorożców.... Potem dotarło do mnie że się nie boję... Mogę mówić... Śmiałam się bez powodu i chyba nuciłam jakąś piosenkę...
Nie pamiętałam samego powrotu do domu, ani ogólnie pełnego obrazu wydarzeń z tego dnia. Nie chodzi o to że nie pamiętałam co się działo, miałam przebłyski, jakichś myśli, pomysłów i uczuć... Ale kiedy się ocknęłam nic z tego nie wydawało się mieć większego znaczenia, poza tym że czułam się dobrze... Naprawdę dobrze. Jak w bardzo miłym śnie.
Zadzwonił budzik, przypominający mi ze muszę się zbierać do pracy, więc poszłam się umalować i przebrać... Nigdy jeszcze nie podobałam się tak sobie w lustrze.
***
Czas mijał niemal niezauważenie, a uśmiech nie schodził mi z ust. W pracy po raz pierwszy rozmawiałam z koleżanką że zmiany.
Świat nagle był całkiem znośnym miejscem do życia. Nawet się nie zorientowałam kiedy skończyła się moja zmiana i szłam do domu... Był ciepły wieczór. Szłam ulicą, zamierzając złapać metro i wrócić do domu... Nie wiem jak, ani kiedy znalazłam się centralnie na środku ulicy, idąc dokładnie po białej linii dzielącej dwa pasy ruchu. Było zabawnie, aż nagle coś owinęło się wokół moich ramion, jak macka ośmiornicy i pociągnęło w górę. Krzyknęłam, a tuż pod moimi nogami śmignęła rozpędzona osobówka. Roześmiałam się głośno i radośnie.
Leciałam! Leciałam nad ulicami miasta, aż wpadłam w ramiona wielkiego, włochatego pająka. Przytuliłam się do niego, a on postawił mnie na ziemi, każąc uważać na siebie i gadając jeszcze pare śmiesznych rzeczy. Śmiałam się jeszcze długo, długo, kiedy pająk już odleciał, a będąc coraz dalej przeobrażał się w anioła. Kiedy się uspokoiłam, zdałam sobie sprawę że jestem obok klubu... Byłam w środku... Pamiętam że tańczę, pamiętam pocałunki, dłonie na moich pośladkach i że przechodzę z rąk do rąk. Muzykę i alkohol i śmiech... A potem jak ktoś rozpina mi spodnie, dotyka i że coraz mniej mi się to podoba. Ciężko mi było się zmotywować do protestów, ale zaczęłam wołać i się wyrywać, nieskładnie... Zaczęłam płakać, nagle przytłoczona bezsilnością, nie bardzo wiedząc co się wokół mnie dzieje, a po chwili byłam sama i siedziałam pod ścianą. Ktoś pochylał się na mnie.... a potem muzyka się zmieniła, na jedną z moich ulubionych piosenek (Shape of you)  i zaczęłam się śmiać. Nagle czułam że muszę się ruszyć i śmiejąc się zerwałam się na nogi i wtuliłam się w silne męskie ciało tuż obok, złapałam go za rękę i pociągnęłam na parkiet, szalejąc i ledwie co widząc... tańczyliśmy.... tańczyliśmy.... tańczyliśmy, a świat wirował i zwijał się jak w kalejdoskopie, tryskając kolejnymi feeriami barw. A potem muzyka cichła i nasilał się przyjemny zapach wody kolońskiej i tuliłam się do silnych ramion... ktoś otulał mnie kurtką i znowu były usta, bardzo delikatne, przyjemne.... Ktoś posadził mnie obok siebie w samochodzie i nagły głos silnika przeraził mnie i zaczęłam płakać....
****
Obudziłam się w cudzym łóżku, w silnych męskich ramionach, półnago... To... nie był kac. To było jak przebudzenie się z koszmaru... tylko na odwrót. Obudziłam się, z powrotem w moim koszmarze. Miałam mdłości i po raz kolejny w nie tak długim czasie poszłam z obcym facetem do łóżka. Wpatrywałam się w tę twarz przez chwilę, ale nie miałam pojęcia co mogło dziać się wcześniej, jak tu dotarłam i czy chociaż pytałam go jak się nazywa. Na zegarku elektronicznym przy łóżku była czwarta trzydzieści rano. Mężczyzna spał, a ja nie miałam najmniejszej ochoty czekać aż się obudzi. zaczęłam chodzić po sypialni i zbierać rozrzucone chaotycznie ciuchy, po czym zamknęłam się w łazience, żeby się ogarnąć. Starałam się nie płakać, ale łzy i tak płynęły. Czułam się bardzo brudna, ale wątpiłam by prysznic w JEGO domu miał mi pomóc... Nie miałam siły żeby patrzeć na moje ciało... Wyszłam z łazienki i zaczęłam szukać wyjścia.... ale ten dom był ogromny. Czułam się coraz bardziej przytłoczona, zagubiona.... jak Alicja błąkająca się po niebezpiecznej Krainie Czarów i w końcu potknęłam się o coś, skuliłam się na podłodze i zaczęłam łkać. Świtało. Po krótkiej chwili w pomieszczeniu pojawił się mężczyzna, rozespany i wyraźnie rozkojarzony, chyba nie bardzo wiedział jeszcze co się dzieje. Kiedy zobaczył mnie, zapłakaną na podłodze otrzeźwiał i zbliżył się zatroskany.
-Alex? Hej, jak się czujesz? Wszystko w porządku? Nie zrobię ci krzywdy.... - podchodził powoli, ale i tak się skuliłam
-Nie podchodź - szepnęłam, a potem nagle wrócił mi głos. To czułe spojrzenie, piękne, zadbane dłonie wyciągnięte w moją stronę... myśl że siedzę przed nim skulona na ziemi i płaczę.... taka żałosna... Wściekłość wróciła, wspomagana paskudnym samopoczuciem i strachem. - Nie dotykaj mnie! - krzyknęłam, nagle wstając i obejmując się ramionami, obrzucając go dumnym spojrzeniem. - Chcę iść do domu. - oznajmiłam kategorycznie - Gdzie są drzwi? Gdzie... jesteśmy? - po pierwszym wybuchu cała odwaga mnie opuściła i mogłam tylko patrzeć prosząco na pięknego blondyna. Wydało mi się prawie że skądś go znam.....

środa, 21 lutego 2018

Lokalizacja

Stany Zjednoczone, Nowy York, Manhattan, Hudson
Budynek szkoły znajduje się zaraz obok Parku Hudson (niezależnie od tego co tam tak w rzeczywistości jest), obok mamy Metro, stację paliw, jakiś hotel, restaurację, centrum kongresowe (Jacob K. Javits Convention Center) oraz "obiekty przeznaczone do organizacji imprez"  (The DiMenna Center for Classical Music, SIR Stage37)


PS Zrobiłam też taką stronę, bo ten post kiedyś zaginie wśród innych xD

The Ultimate Spider Man

W ostatecznej walce z Sinister Six, poległ Peter Parker, największy z bohaterów Nowego Yorku. Jego dzieło jednak nie zginęło wraz z nim. Zostało podjęte przez największego z jego fanów, młodego Milesa Moralesa, który wbrew własnym pragnieniom został nowym Spider Manem....

Ta zbieżność nazwisk wcale nie była głównym powodem, dla którego Spider Man był ulubionym bohaterem Milesa. Ani zbliżony wiek, ani kolor skóry.... No może i były ważne. Ale najważniejsze było to, że Spider Man aka Miles Morales był normalny. Miał zwykłe szkolne problemy i łapał zwykłych przestępców, kieszonkowców i drobnych dealerów. Nie musiał ratować świata co tydzień i mógł być "przyjaznym pajączkiem z sąsiedztwa". To był życie idealne. Marzył o zostaniu prawdziwym Spider Manem.... Aż dotarło do niego, że może.
Razem z ojcem od dziecka bawił się najnowszymi technologiami i w wieku 14 lat tworzył już swoje własne, cudowne wynalazki. Tak, był geniuszem. Słyszał to od dość dawna, ale jedynym co go w związku z tym obchodziło, to czy udałoby mu się dostać do pierwszej dziesiątki najinteligentniejszych postaci Earth-616, razem z Bruce'em Bannerem, Hankiem Pymem i Reedem Richardsem.
Stworzenie kostiumu umożliwiającego chodzenie po pionowych ścianach, było jedynie początkiem... Małą częścią jego prawdziwych możliwości... Ale na chwilę obecną w zupełności mu wystarczało. Największą trudnością okazało się stworzenie maski, tak by nie zasłaniała widoczności przy każdym ruchu... Na ten problem komiksy nie dawały odpowiedzi.
****
Pewnego wieczora, na początku wakacji
-Whohoa! - krzyczałem, przeskakując z jednej liny na drugą... Jak Tarzan? Nie! Jak Spiderman! Adrenalina uderzała mi do głowy, dawałem się porwać emocjom i leciałem przed siebie, wolny i potężny... Ani przez myśl mi nie przeszło co by się mogło stać, gdybym źle wystrzelił linę, lecąc dwadzieścia metrów nad główną drogą. Albo gdyby lina pękła, coś by we mnie uderzyło... Zaplątałbym się w sieci. Spiderman nie robi sobie krzywdy przez takie głupstwa...  teraz jestem superbohaterem, a Superbohaterowie nie miewają zwykłych wypadków przy pracy....
Znalezione obrazy dla zapytania spidermanTo był spokojny, letni wieczór. Zatrzymałem się na jakimś dachu, żeby dać odpocząć zmęczonym ramionom. Powoli robiłem się w tym dobry, ale latanie po mieście, wciąż było trudniejsze niż seria pięćdziesięciu pompek. Było chłodno, ale i tak się spociłem... Może powinienem poprosić mamę, żeby wyprała mi kostium...
-Nie! - zdecydowałem po chwili namysłu. - Z wielką mocą, wiąże się wielka odpowiedzialność. Sam muszę się tym zająć.
****
26 sierpnia, godzina 22:18
-Nocą, na ulicach Nowego Yorku panuje mrok. Gangsterzy, dealerzy i superprzestępcy , rządzą miastem, a na porządnych mieszkańców pada cień strachu... Po nastaniu nocy syreny policyjne wyją nieustannie...
-WHERE'D YOU WANNA GO? HOW MUCH YOU WANNA RISK? I'M NOT LOOKING FOR SOMEBODY.....
-Hej mamo! - odebrałem szybko telefon, przypominając sobie że miałem zmienić sobie dzwonek. Ten wydawał mi się dość nie na miejscu. - Tak, oczywiście, wracam do domu - skłamałem, przeskakując na drugą linę i zatrzymując się na ścianie drapacza chmur. - Wiatr? - udałem zdziwienie. - Nie, mamo, żaden wiatr. W metrze jestem. Tak, o wpółdo będę w domu, słowo.... daj spokój, mam już szesnaście lat! Chyba nie myślisz że zrobiłbym coś głupiego? Tak, w porządku. Film? - na sekundę straciłem wątek, ale zaraz przypomniałem sobie, że kino było moją dzisiejszą wymówką. - Tak, niezły był. Jasne... Też się kocham. Do zobaczenia. - rozłączyłem się, tak szybko jak mogłem i schowałem telefon, niezadowolony. - Jak mam być superbohaterem, skoro wracam do domu o dziesiątej??? - jęknąłem i odczepiłem buty od ściany, skacząc w dół. Przeleciałem kilka kolejnych przecznic.... i miałem właśnie lądować, by znaleźć moje ciuchy zmienne, kiedy odezwał się mój drugi telefon, bezpośrednio połączony do shakowanych policyjnych częstotliwości.... Napad rabunkowy z bronią, na sąsiedniej ulicy.... To nie mógł być przypadek. To przeznaczenie! Poprawiłem maskę.
-Oto robota dla bohatera! - zawołałem głośno, lecąc na ratunek...
Dwóch zamaskowanych kolesi wygrażało spanikowanemu kasjerowi z pistoletów, kiedy pakował w pośpiechu pieniądze do sportowej torby. Na policję musiał dzwonić ktoś z zewnątrz. Zatrzymałem się przed sklepem, żeby przestawić sieciosploty na tryb ataku, po czym wbiegłem do sklepu.
-Joł! Przyjazny pajączek z sąsiedztwa melduje się na służbie! - rzuciłem ze śmiechem i wystrzeliłem. Sieć syntetyczna owinęła się wokół broni i rąk jednego z bandziorów, ale drugi był wyższy i źle wycelowałem, więc ledwie ubrudziłem jego koszulkę. Wymierzył we mnie broń, więc rzuciłem mu się pod nogi powalając go na ziemię. Zaczęliśmy walczyć, a bardziej dokładnie szarpać się na ziemi. Był silny.... ale nie po to od czterech lat mordowałem się wielogodzinnymi treningami, żeby to miało mieć jakieś znaczenie. Zemdlał po pierwszym pożądnym uderzeniu w skroń... i wtedy oberwałem kopniaka w plecy. Pierwszy z rabusi ogarnął się i co prawda nie dał rady uwolnić rąk, ale kiedy wstawałem omal nie rąbnął mnie z całej siły w głowę. W ostatniej chwili wykonałem unik, przewrót i wstałem zwinnie, gotów by kopnąć przeciwnika z półobrotu... odskoczył w tył i straciłem równowagę, gdy moja noga trafiła w pustkę. Upadłem i w następnej chwili gość siedział na mnie i okładał mnie po głowie... Na chwilę brakło mi tchu, potem zdołałem złapać jego ręce, splunąć krwią i powalić go na ziemię. Tym razem zdołałem użyć sieci, by unieruchomić go na dobre... Zanim zdążyłem zarejestrować byłem na zewnątrz, na ścianie budynku, machając do policjantów.
-Przyjazny pajączek z sąsiedztwa - zawsze do usług! - zawołałem radośnie. Nie udało mi się wrócić do domu przed 23. No cóż.... Nawet wielki Peter Parker nie umiał pogodzić obydwu swoich żyć.
1 września, godzina 8:25
Wkładając rano kostium, wcale nie planowałem się spóźniać na rozpoczęcie roku. Specjalnie wyszedłem odpowiednio wcześniej i zwyczajnie miałem nadzieję że rozprostuję kości... jakiś czas byłem uziemiony z powodu tamtej bójki. Mama naprawdę się przejęła, kiedy wróciłem do domu z opuchniętą twarzą... nie lubiłem jej okłamywać, ale przecież nie mogłem jej powiedzieć, że jestem SpiderManem.... dorośli nigdy nie przyjmują takich rzeczy dobrze.
W każdym razie, śmigałem sobie po mieście, nieco okrężną drogą, a potem był ten wypadek samochodowy na moście i udało mi się ustabilizować pojazd pajęczynom, na tyle długo żeby wszyscy z niego wyszli... No i tak jakoś zostało mi jakieś pięć minut do rozpoczęcia... W nie do końca właściwej części miasta.... Puściłem się biegiem, skacząc między budynkami szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.... i tuż pod szkołą się przeliczyłem. Wypuściłem zbyt dużo sieci i wylądowałem na ziemi z pełną prędkością, przebiegłem parę kroków i wpadłem na chudego, białego chłopaka, przewracając go na ziemię i.... świat się zatrzymał na kilka długich sekund, adrenalina buzowała mi wciąż w żyłach, w głowie mi huczało, nie mogłem złapać tchu.... powinienem coś powiedzieć i znikać, a zamiast tego tylko patrzyłem na niego i czułem że ta twarz wypala mi się w pamięci jak klisza... zatkało mnie, ale zaraz się ogarnąłem, zerwałem na nogi, pewnym ruchem pomogłem mu wstać, wetknąłem upuszczoną torbę do ręki
-Wybacz, brachu! - rzuciłem ze śmiechem - Jestem Spiderman! Miło było poznać - uniosłem dłoń w geście pozdrowienie i uciekłem, po kilku chwilach będąc już kilkanaście metrów w górze, na ścianie najbliższego bubynku. Ogarnąłem się, przebrałem, doprowadziłem do porządku.... i wbiegłem do auli, na rozpoczęcie roku, jakieś 20 minut po czasie.... Pierwsze wolne miejsce jakie wypatrzyłem było.... obok niego. Zorientowałem się już po tym jak się tam przemknąłem. Odruchowo podałem mu rękę
-Siema. Morales, Miles jestem. - wyszeptałem z lekkim półuśmiechem, tłumiąc zadyszkę.
-Oliver... - odpowiedział równie cicho, a w następnej chwili stał już nad nami nauczyciel, fukając żebyśmy nie przeszkadzali.

Jakby nie było, kogoś poznać trzeba - Seth

- Seth! - z błogiego snu wyrwał mnie dziewczęcy głos, piskliwy głosik próbujący mnie obudzić. Niechętnie otworzyłem oczy, aby przekonać się że to Dakira - Wstawaj! Wiem, że pobalowałeś wczoraj, ale jest poniedziałek i siódma rano! - mimo wszystko mówiła spokojnie, tylko szybko. Poprosiłem ją o kawę i jakąś kanapkę, a za chwilę zniknęła za drzwiami. Rozejrzałem się po pokoju, który wyglądał pobojowisko złożone z puszek po piwie, ciuchów i jakiś kartonów. Skąd tu do cholery wzięły się kartony?! Pomijając, wstałem i chwiejnym krokiem udałem się do szafy po jakieś ubrania. Zauważyłem pieniądze wraz z karteczką leżącą na biurku. "Miło było, jestem w pobliżu, odezwę się. Ps. Nie nazywaj mnie swoją klientką!"
"Ale nią jesteś." Pomyślałem sobie i udałem się na dół. Zapach kawy zdecydowanie mnie pobudził i bądź co bądź sprawił że na mojej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Widzę impreza się udała
- Widzę, że nieźle spałaś, skoro mnie budzisz - przewróciła oczami.
- Wystarczy nie pić tylko normalnie iść o pierwszej spać.
-Spenci - zacisnęła dłonie na blacie -położyłem się o dziesiątej, nie moja wina ze ona przyszła. - Upiłem łyk kawy, która powoli sprawiała że moje ciało odżywało.
- Niech będzie dostałeś chociaż coś za to, czy Ci nie płaci? - Zaskoczyła i zaczęła czegoś szukać w torebce.
- Zapłaciła, ale było bez "czegoś ekstra" inaczej byś tak słodko nie spała. - Spojrzała się na mnie z dziwnym uśmieszkiem i udała się do samochodu. Zjadłem na szybko kanapkę i ruszyłem za nią.
***
Dni w szkole jak nie były fajne, tak nigdy nie będą, niezależnie od tego czy nauczyciel jest przystojny czy uczy faktycznie tak jak powinien, nigdy. Nadeszła ukochana pora lunchu, gdzie chociaż można pogadać o czymś ciekawym. Dakira już jadła, usiadłem koło niej ciężko wzdychając.
- Jeszcze Ci nie przeszło?  - Spytała nawet nie racząc mnie spojrzeniem
- Przeszło, ale... - Wtedy zauważyłem kogoś, kto bardzo nie chciał się wyróżniać.
- Ale..?  - Oderwała się od jedzenia i wraz ze mną obserwowała tego chłopaka.  - Nie jest zły. - Rzuciła krótko wracając do sałatki.
- Chcesz z nim porozmawiać?  - Spytałem, znając już odpowiedź. Na potwierdzenie spojrzała na mnie prowokacyjnie. Wstałem i wolnym krokiem udałem się do stolika przy którym siedział ów chłopak. Widział jak podchodzę do niego, miał dziwny wyraz twarzy, jakby się bał.
- Cześć, Seth jestem - wyciągnąłem do niego rękę, którą niepewnie uścisnął.
- Alex - powiedział prawie szeptem, usiadłem naprzeciwko intensywnie się w niego wpatrując. Nie uśmiechał się ani nic, jakby był zastraszony. Zająłem się swoim lunchem, zrobił to samo co jakiś coś na mnie zerkając.
- No więc, Alex - przerwałem na chwilę i spojrzałem na drwiąco uśmiechającą się Dakire. - Chcesz gdzieś iść po lekcjach? - odpowiedziała mi cisza, która zdawała się go dusić, lekko pochyliłem się w jego stronę. - Nic Ci nie zrobię, jestem niegroźny.  - Uśmiechnąłem się oczekując odpowiedzi.

Dwight Sailer

                                                                       ♦♥♦
Imię: Dwight (Queen)
Nazwisko: Sailer
Wiek: 17 lat
Data urodzenia: 06.07
Orientacja: Homo
Związek: -
Charakter: Wyzywa wszystko i wszystkich, których jakaś cecha wyglądu, charakteru mu się nie podoba. Wszelkie nieprzyjemne komentarze w jego stronę nie obchodzą się bez jego atencji i odpowiedzi na nie. Dwight szybko znajduje riposty, które śmieszą wszystkich wokół, dlatego mimo jego nastawienia do ludzi, sporo osób go lubi albo raczej chcą mieć z nim dobre stosunki, aby sami nie stali się ofiarą jego komentarzy. Często używa sarkazmów.
Wewnątrz jednak niektóre obelgi dotykają go dość mocno, co owocuje w dobitniejsze odzywki. Dwight nie umie zachowywać się naturalnie w pobliżu osób, których widzi po raz pierwszy, na przykład na imprezie oraz osób, które mu się podobają. Jego celem jest znalezienie osoby, która gnębi słabsze osoby od siebie. Jest empatyczny i wykorzystuje swój dar do kłótni, aby ochraniać słabszych i denerwować równych sobie. Mimo swojego poczucia obrony słabszych, nienawidzi tych najsłabszych ze wszystkich- małych dzieci.
Kiedy jest jakieś głośne dziecko w pobliżu Dwight szybko się denerwuje. Jest lojalny i dla najbliższych zrobi wszystko. Queen często stosuje samokrytykę w celach humorystycznych.
Zainteresowania i hobby: Gry, gotowanie, gra w tenisa, podróże, różne języki
Inne informacje: Od zawsze mieszkał w NY, często przeprowadzając się na inne dzielnice z powodu nietolerancji. Jego marzeniem jest zwiedzić Europę i Azję wschodnią. Uwielbia memy, słucha k-popu

wtorek, 20 lutego 2018

When the days are cold.......

Jesień nie powinna zaczynać się latem, a mimo to pod koniec sierpnia liście zaczynały już się  złocić i czerwienić na drzewach. Dni były długie i pogodne, ciepłe, ale już nie tak upalne by nie dało się oddychać, albo makijaż topił się na twarzy. Świat był piękny. Idealny... aż chciało się żyć. To było irytujące. Ta ogólnopanująca radość życia. Czułam się przez nią tylko bardziej wyobcowana i samotna.... ale to i tak było lepiej niż pierwszego chłodnego dnia, gdy o poranku cały świat zasnuty był mgłą i spóźniłam się do pracy o ponad kwadrans, a potem dostałam ataku histerii, mimo potrójnej zapobiegawczej dawce psychotropów. Musiałam się zamknąć w łazience na niemal pół godziny i to w godzinach największego ruchu.... a potem tylko udawałam, że jestem w stanie normalnie funkcjonować. Nie mogłam się dziwić, że pod koniec zmiany szef mnie wezwał.... ale i tak miałam problem, by się uspokoić i zachowywać normalnie. Kiedy weszłam do gabinetu, była już we mnie tylko wszechogarniająca panika, dusząca słowa w gardle i wyciskająca łzy. Nie mogę... Nie mogę... nie mogę stracić pracy! To jedyny dom jaki mi pozostał... Jedyna namiastka normalności...
Przez całe wakacje to był jeden jedyny powód, dla którego wstawałam z łóżka. Jedyna rzecz, na której potrafiłam się w ostatnim czasie skupić, którą wciąż lubiłam... Jedyne rozmowy, które odbywałam dotyczyły kosmetyków, makijażu i farb do włosów.... Wszystko inne wywoływało u mnie mdłości.
-Alex! - zadrżałam, bezskutecznie próbując wyjąkać "Dzień dobry", ale potrafiłam tylko poruszyć ustami. Mój szef - Martin - był całkiem przystojnym mężczyzną około trzydziestki... Miłym i inteligentnym. Lubiłam go... Ufałam, na ile umiałam jeszcze komukolwiek ufać....
-Co to miało być? - zapytał. Nie był zły. Raczej rozdrażniony... Zaniepokojony... Zarumieniłam się i opuściłam wzrok, bezsilnie kręcąc głową. -  Hej... Alex, spójrz na mnie chłopcze... Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Jeśli potrzebujesz wziąć trochę wolnego....
-Nie! - jęknęłam  przestraszona, a potem w panice zaczęłam mówić szybkim, łamliwym głosem - Ja... Wszystko jest w porządku, przepraszam. To się więcej nie powtórzy - Martin patrzył na mnie dłuższą chwilę, jakby nie wiedział, czy powinien się o mnie martwić. Zmusiłam się do spokojnego uśmiechu. Westchnął.
-W porządku chłopie. Tylko weź się w garść... I daj znać, jakbyś jednak potrzebował wolnego. Nie zamierzam ci robić pod górkę.
Tym razem, ku własnemu zaskoczeniu, uśmiechnęłam się szczerze.
-Dziekuję - powiedziałam cicho. Radość.... była dla mnie już prawie zupełnie obca. Myśl, że ktoś naprawdę, bezinteresownie chciał się o mnie zatroszczyć, sprawiała przyjemność. To dużo dla mnie znaczyło... ale nie aż tak dużo.
Wychodząc z drogerii, połknęłam garść tabletek... Na pewno więcej niż powinnam. Nawet ich nie liczyłam. Od miesięcy ich nie liczyłam.
****
Rok szkolny się rozpoczął... Kiedyś. Nie byłam pewna, czy w ogóle będę jeszcze chodzić do tej szkoły... Ale potem, którejś bezsennej nocy, po raz kolejny obejrzałam serię filmów dokumentalnych o operacji zmiany płci... Sprawdzałam ceny... I możliwości zdobycia takich pieniędzy bez skończenia liceum... I następnego dnia byłam w szkole. Musiałam być. Nie miałam już innej nadziei.
Znalezione obrazy dla zapytania suicide feetNaprawdę się starałam, ale przez cały dzień nie odezwałam się słowem do nikogo. Nawet kiedy ktoś się ze mną witał, jedyne co mogłam zrobić, to skinąć głową ze sztucznym uśmiechem. Albo kiedy w czasie lunchu, kiedy dziewczyny prawie godzinę plotkowały o różnych rodzajach tipsów i chciałam, naprawdę chciałam się odezwać. Ta niemożność zapanowania nad własnym głosem.... już nawet nie była w stanie wywołać furii. Furia jeszcze rok temu pomagała mi funkcjonować. Przełamać te bariery oddzielające mnie od świata. Teraz zniknęła, przytłoczona antydepresantami i absolutnym brakiem determinacji do zrobienia czegokolwiek. Umiałam patrzeć na to co się działo wokół mnie i wyobrażać sobie, co bym mogła powiedzieć... Jak mogłoby być... miło... gdybym podeszła i się odezwała.
Moja bezradność osiągnęła apogeum na przedostatniej lekcji.... Naprawdę starałam się uważać przez cały dzień na lekcjach. Co prawda, wykonałam dwa pełne szkice, delikatne, bose stopy unoszące się bezwładnie nad podłogą i rękę zwisającą z łóżka, ale słuchałam co się działo i mimo że od dawna nie byłam dobra z niczego znałam odpowiedź na to jedno pytanie. Wstałam kiedy profesor mnie wywołał.... a w klasie panowała taka przerażająca cisza.... To było proste pytanie... Wiedziałam co muszę powiedzieć, ale z każdą sekundą cisza była coraz głębsza.... wibrowała w uszach... Nie wiedzieć czemu ręce mi drżały. Udało mi się podnieść wzrok znad blatu biurka, tylko po to, by zobaczyć coraz więcej ciekawskich, rozbawionych.... szyderczych spojrzeń.Wyczekujących... zniecierpliwionych...
-No, Alexander... Zastanów się. Jestem pewien że znasz odpowiedź - zachęcił mnie profesor z uśmiechem, ale w tym momencie cała wiedza wyparowała już z mojej głowy. Została tylko panika. Jedyne co mogłabym zrobić, było wykrzyczenie na pół szkoły: "Nie nazywajcie mnie tak! Nie jestem Alexander"... Stchórzyłam, a potem ktoś cicho się zaśmiał, pewnie nawet nie ze mnie.... ale to wystarczyło, żeby łzy spłynęły mi po policzkach. Profesor zawahał się, jakby niepewny jak poważnie powinien to traktować, ale potem musiał zauważyć że cała klasa się na mnie gapi i machnął na to ręką, żeby nie robić scen. - W porządku. Siadaj. To może w takim razie.... - kontynuował lekcję.
Gdy tylko zadzwonił dzwonek wybiegłam z klasy, udając że nie słyszę, że każe mi zostać. Ukryłam się w toalecie, najpierw wyciągając i odpalając fajki, żeby wyglądać normalnie, kiedy siadałam na parapecie, potem wygrzebując z torby tabletki.... i żyletkę. Chyba... przestraszył mnie ten widok. Zdziwił dotyk metalu na skórze... wystarczyło mocniej nacisnąć i na skórze pojawiła się czerwona kropla... Cofnęłam rękę. Ból otrzeźwiał, ale... Nie chciałam się ciąć. Przecież, nie jestem psychiczna, ani nic...
Wytarłam ostrze i schowałam na swoje miejsce w piórniku. Zamiast tego otworzyłam słoiczek z tabletkami... i zdałam sobie sprawę, że zostały zaledwie trzy pigułki. Zaklęłam rozdrażniona. Nie miałam siły dłużej siedzieć w szkole. Do domu też mi się nie spieszyło, a w drogerii nie oczekiwali mnie przez jeszcze parę godzin... Poszłam do apteki. Przed wejściem musiałam się zatrzymać i zapalić... upewnić się, że jestem w stanie mówić.... Przy okazji zaczekałam, aż w środku nie będzie żadnych innych klientów. Do apteki weszła już zupełnie inna osoba.
Znalezione obrazy dla zapytania suicide hand-Dzień dobry - przywitał się wesoło, miły chłopak. Ekspedientka rzuciła mu przyjazny uśmiech.
-Witaj skarbie, jak mogę ci pomóc? - zapytała. Chłopak oparł się o blat i uśmiachnął się.
-Cóż... miałem receptę dla siostry... wie pani, ona jest naprawdę straszna, jak nie dostanie leków, a teraz zdaje się, że jeszcze zerwał z nią chłopak. Miałem to załatwić w drodze ze szkoły... ale teraz patrzę i szukam i nie mam pojęcia co się z tą receptą stało... - rozłożył bezradnie ręce z zakłopotanym uśmiechem - Wypadła mi, albo coś... Dałoby się to jakoś załatwić? Rodzice mnie zabiją, jak nie przyniosę tych leków do domu - chłopak spojrzał przymilnie na ekspedientkę, a ona... kupiła to w pierwszej chwili i sięgnęła po podane leki. Zanim nie zauważyła jak bardzo trzęsą mu się ręcę, a potem spojrzała w nienaturalnie rozszerzone źrenice... Cofnęła rękę ze zmarszczonymi brwiami i przywołała miły uśmiech.
-Jasne, skarbie. Nie ma problemu. Powiedz mi tylko, jak się nazywasz, dobrze? Zadzwonię do twojego lekarza i potwierdzę wszystko, to zajmie tylko kilka minut... - zaproponowała... Chłopak odsunął się, zaciskając zęby.
-To nie dla mnie, tylko dla mojej siostry - poinformował dobitnie i wyszedł bez pożegnania. Czułam się... słabo. Nie miałam siły szukać innej apteki, ani iść do domu.... albo udawać w drogerii. Z trudem podniosłam telefon i wybrałam numer. Dopiero kiedy usłyszałam głos Martina dotarło do mnie, że naprawdę płaczę.
-Alex? Alex! Jesteś tam? Wszystko w porządku? - głos z słuchawki wydawał się coraz bardziej zaniepokojony, kiedy dłuższą chwilę się nie odzywałam.
-Tak... przepraszam. - wydukałam i otarłam łzy, żeby się skupić - Czy... mógłbym wziąć ten dzień wolny? Dzisiaj? - zapytałam słabo... Musiałam brzmieć naprawdę żałośnie, bo zgodził się natychmiast, nie pytając o nic, poza:
-Na pewno dobrze się czujesz? - szybko zapewniłam, że wszystko w porządku, będę następnego dnia w pracy, podziękowałam za wyrozumiałość i zakończyłam rozmowę... A potem usiadłam w jakiejś bramie, nie mogąc przestać płakać. Ciężko mi powiedzieć, co się dalej działo.... ani kiedy wróciłam do domu... chyba byłam w klubie... Ale na pewno nie spałam w nocy. O czwartej zaczęłam robić sobie makijaż, mierzyć szpilki, sukienki... upinać włosy... To były jedyne chwile, kiedy naprawdę czułam się sobą. Kiedy umiałam patrzeć na siebie w lustrze, nie widząc tylko tej jednej, wielkiej, paskudnej pomyłki. Nie miałam pojęcia, dlaczego tego dnia poszłam do szkoły, dopóki nie zauważyłam na korytarzu tego słodkiego Michaela... Pamiętam, że nigdy nie umiałam oderwać od niego wzroku.... był taki miły i normalny... teraz już tego nie czułam. Coraz mniej czułam czegokolwiek.
****
-Hej, Michael - podeszłam do niego na przerwie, kiedy był w miarę sam. - Możemy pogadać? - zapytałam, dyskretnie pokazując zwitek banknotów w mojej ręce i uśmiechnęłam się nieśmiało. Starałam się nie myśleć o tym, jak bardzo nienormalnie muszę wyglądać. Nie miałam żadnych doświadczeń z narkotykami, nawet przez książki, albo seriale. Może jakieś programy telewizyjne... To musiało być bardzo widoczne. Michael skrzywił się i kazał mi schować kasę
-Monitoring - ostrzegł, po czym pokazał mi na migi, żebym poszła za nim. Uśmiechy jego kumpli, wydawały mi się strasznie drwiące. Po chwili byłam razem z Michaelem w kiblu. - Pierwszy raz? - zapytał, z przyjaznym uśmiechem. Potaknęłam zdenerwowana. Był bardzo miły. Zapaliliśmy po papierosie, a kiedy się zorientował jak bardzo jestem zielona w temacie, przesiedział ze mną całą lekcję, tłumacząc cierpliwie, wyjaśniał czym się od siebie różnią narkotyki, jakich powinnam oczekiwać stawek.... no i nauczył mnie jak się robi skręty. Przykazał mi nie ćpać w szkole. Kiedy się pożegnaliśmy, po raz pierwszy od dawna, z uśmiechem na ustach wróciłam do domu.

Nowy, nieznany świat... Przynajmniej dla mnie - Nera

Nikt nigdy nie wie co go czeka, szczególnie gdy przenosi się w nowe miejsce- więc co mnie tutaj czeka? New York wydaje się być stosunkowo przytulnym miastem, ale czy jest "gotowy" na takiego odmieńca jak ja? Pożyjemy zobaczymy.
Rok szkolny rozpoczął się jak zwykle, czyli nudy nudy i jeszcze raz nudy na nudnym do potęgi apelu. Może pomińmy parę pierwsze dni, dobra? Wracając, jak co rano starałam się zapanować nad chęcią ubrania pastelowych ciuchów. Tradycja rodzinna nakazuje nosić ciemne barwy na co dzień, a "świecić" to można na imprezach. Przyznaję się, nie lubię jaskrawych kolorów, więc zmuszam się do noszenia ich jedynie w odcieniu pastelowym, a jak na paradoks przystało, te akurat kolory lubię, niezły sajgon nie? Dobra, skończmy już te rozważania o mnie.
Przyjechałam pod szkołę, zaparkowałam gdzieś na uboczu i powolnym krokiem udałam się do budynku, który przypomina bardziej szpital psychiatryczny niż szkołę. Zbyt jaskrawe i ogólnie to wszystko takie nijakie. Znudzona kolejnym dniem w szkole ruszyłam beznamiętnie w stronę drzwi wejściowych.
- Hej! - usłyszałam za sobą spokojny głos - To chyba Twoje. - dziewczyna podała mi czarny notatnik z greckimi znaczkami na okładce. Wpatrywała się we mnie jak w jakiś obrazek, nie powiem, była niczego sobie, ale jakoś wydawała się za grzeczna. - Jestem Josephina, a ty?
- Nera. - uścisnęłam jej wyciągniętą rękę i spojrzałam na spadające kosmyki jej włosów.
- Pójdziesz ze mną? Poznam Cię z nowymi ludźmi i w ogóle! - nie chciałam psuć jej radości, więc się zgodziłam. Cały dzień spędziłyśmy na rozmowie, obchodzeniu szkoły i jeszcze paru innych rzeczach.
- Chcesz się gdzieś przejść? - spytała jakby pełna nadziei, była jakby zafascynowana moim ubiorem. Kiwnęłam głową na "tak". Fine jakby kula wystrzelona z karabinu złapała mnie za rękę i wyciągnęła ze szkoły. Nie wiedziałam gdzie idziemy, ale zdecydowanie polubiłam ją. 

Król Manhattanu Noah Morderca Kotów

Trzeci dzień szkoły
Rześkie, wrześniowe powietrze muskało moją twarz, gdy stałem przy krawędzi dachu jednego z Manhattańskich drapaczy chmur i dokańczałem energetyka. Przede mną rozciągał się widok na East River, Queens i Brooklyn, a miasto pod moimi stopami tętniło życiem. Stojąc tak ponad wszystkimi, naprawdę można się poczuć jak pan tego świata. Wypiłem ostatni łyk, zgniotłem puszkę w dłoni i rozluźniłem palce, pozwalając jej swobodnie spaść w osłonięty od wiatru zaułek pełen kontenerów na śmieci. Stałem jeszcze chwilę obserwując jak śmieć ląduje w hasioku wydając przy tym cichy brzdęk.
- Gratuluję, właśnie zabiłeś kota, który niczego nieświadomy szukał spokojnie obiadu… znowu. - Odezwał się ironicznie Will, podnosząc na chwilę wzrok znad komórki. Prychnąłem cicho z lekkim rozbawieniem.
- Nigdy nie zabiłem żadnego kota, Willi.
- Kiedyś w końcu ci się uda, nie martw się przyjacielu. – Uśmiechnął się szeroko. Westchnąłem i usiadłem obok niego. Zamyśliłem się na chwilę.
- Pamiętasz jeszcze kim byliśmy, zanim świat kazał nam się stać tymi, którymi jesteśmy, Willi? – odezwałem się cicho. Tylko przy nim mogłem pozwolić sobie na poruszanie tematów egzystencji.
- Hmm? Masz na myśli, zanim ty stałeś się psychopatą, a ja najprzystojniejszym chłopakiem z okolicy? – parsknąłem śmiechem
- Ty najprzystojniejszy? Może na tej twojej Sycylii… Teraz jesteśmy w Nowym Jorku. To ja tu jestem Królem. – Willi zawsze wiedział jak poprawić mi nastrój zanim nawet zdążył opaść na dno. To dlatego zerwaliśmy się dzisiaj z lekcji i siedzieliśmy na dachu wieżowca, w którym apartament na najwyższym piętrze należał do mnie.
- Ach, wybacz Królu Noah’u Morderco Kotów. – Uśmiechnął się szeroko i odstawił na plastikowy stolik, który kiedyś tu przytaszczyliśmy kubek po latte. Ten irytująco szczery uśmiech był chyba jedyną rzeczą, która towarzyszyła mu odkąd się poznaliśmy. Zerknąłem na zegarek.
- Muszę się zbierać do roboty. – Nie musiałem. W ogóle nie miałem potrzeby pracować. Moi rodzice zarabiali grube pieniądze w biznesie i miałem więcej niż mógłbym nawet chcieć. A jednak pracowałem w sklepie z ubraniami, za zdecydowanie za niską stawkę i za słabe warunki. Lubiłem jednak przyglądać się zawsze innym twarzom, dopisując do nich historie i doświadczając z nimi dramatycznych wyborów… „Lepsza czarna czy czerwona?”. Uśmiechnąłem się lekko na tą myśl. – Podwieźć cię gdzieś?
Udał, że poważnie się nad tym zastanawia.
- Ale… to nie wypada królowi tak wozić poddanych… - Westchnął teatralnie, a ja prychnąłem – W sumie to możesz mnie podrzucić do Central Parku.
Zeszliśmy z dachu i na chwilę wstąpiłem jeszcze do mieszkania po portfel i kluczyki z auta - pięknego, matowo czarnego Rolls Royce - elegancka klasyka. Przez całą drogę Willi podśpiewywał piosenki, które akurat leciały w radiu i kontynuował swoje ulubione zajęcie - dogryzanie mi.
- Dziękuję za twą łaskę, Wasza Wysokość - rzucił z uniżeniem gdy zatrzymałem się na zakazie przy parku.
- Spadaj, zanim nie karzę zakuć cię w kajdany i wrzucić do lochu. - odpowiedziałem mu rozbawiony i natychmiast pożałowałem widząc jego zawadiacki uśmiech.
- Mmm... Zazwyczaj to ja wolę zakuwać w kajdanki, ale w drugą stronę też może być ciekawie... Nie znałem cię od tej strony, przyjacielu. Co powiesz, na różowe z futerkiem? Jestem pewny, że byłoby mi w nich do twarzy... - Kremowa, skórzana tapicerka, o którą dbałem bardziej niż o własną reputację była jedyną przeszkodą na drodze wykopania Williego z mojego auta. Mój przyjaciel chyba wyczuł zagrożenie, bo otworzył drzwi i z uśmiechem tak szerokim, że cały świat mógł dokładnie obejrzeć jego idealnie białe i proste uzębienie, wysiadł z pojazdu. - Postaraj się nie zamordować żadnego biednego kotka, królu Noah'u. - rzucił na odchodnym, mrugnął do mnie i zatrzasnął drzwi. Trochę za mocno, doskonale zdając sobie z tego sprawę. Jeden kącik moich ust bezwiednie powędrował ku górze, w krzywym uśmiechu, gdy z rozbawieniem obserwowałem jak Will odchodzi uradowany. Pokręciłem głową z niedowierzaniem i pojechałem do pracy.
Miałem nadzieję na spokojne popołudnie i niewielu klientów. Gdy wszedłem do sklepu i jak zwykle od razu skierowałem się na zaplecze, ale po drodze złapała mnie kierowniczka.
- ... a to jest Noah. Oprowadzi cię i wszystko wytłumaczy. Tak, Noah? - pani Angelina starała się utrzymywać pozory władzy w tym sklepie, ale wszyscy pracownicy i tak robili co im się podobało. Nie byłem wyjątkiem.
- Umm.. hej - odezwała się dziewczyna stojąca za nią, bacznie mnie obserwując i uśmiechając się lekko.
- Taa... biorę przerwę na fajkę. - rzuciłem trochę oschło biorąc paczkę papierosów i kierując się w stronę wyjścia. Usłyszałem za plecami coś w stylu: "Dopiero przyszedłeś", ale olałem to. Po chwili jednak uznałem, że może warto od czasu do czasu zabłysnąć przyjaznym nastawieniem do świata, więc w pół kroku się zatrzymałem. - Ej nowa, idziesz ze mną? - zapytałem wspaniałomyślnie przez ramię i nie czekając na odpowiedź poszedłem dalej.
- O tak! Dobry pomysł Noah, integracja... - próbowała ratować sytuację Angela, ale to też olałem. Słysząc za sobą lekkie kroki uznałem, że dziewczyna zdecydowała się dołączyć do mnie. Zatrzymałem się dopiero na zewnątrz, stając w cieniu i dopiero teraz przyglądając się uważnie swojej towarzyszce. Zapalając papierosa obserwowałem poczynania dziewczyny. Miała duże oczy przysłonięte lekko lenonkami i proste białe włosy z grzywką, które lekko powiewały na wietrze. Wyglądała uroczo trzymając papierosa w ustach i dwóch palcach lewej ręki, a prawą odpalając zapalniczkę. Płomień pojawił się za drugim razem, a ona od razy zaciągnęła się dymem. Był to bardzo naturalny ruch, więc zanotowałem w myślach, że pali od dłuższego czasu. Miała na sobie wąskie czarne spodnie i luźny T-shirt oraz jeansową katanę. Zerkała na mnie spod swoich okularów, ale za każdym razem odwracała szybko wzrok. Jej sposób bycia w pewien niezrozumiały dla mnie sposób sugerował delikatność i niewinność.
- Długo tu pracujesz? – odezwała się nagle, kryjąc w głosie ciekawość i lekką niepewność. Odgarnęła włosy z piegowatej twarzy. Mój wzrok przykuły blizny na jej knykciach. Uśmiechnąłem się krzywo w duchu. Ktoś tu jednak nie jest taki grzeczny, na jakiego wygląda.
- Jakiś rok. – odparłem obojętnie. To nie był fascynujący temat, a z pewnością nie mogłem wyciągnąć z niego większej ilości informacji o mojej nowej rozmówczyni.
- I jeszcze stąd nie uciekłeś? – prychnęła rozbawiona unosząc brew. Pozwoliłem sobie na delikatny uśmiech.
- Nie zaczynasz tej pracy z jakimś szaleńczo optymistycznym podejściem. – zauważyłem niezbyt odkrywczo.
- Co cię tu trzyma? – zignorowała mój przytyk i spojrzała na mnie uważnie. Miałem wrażenie, że wie więcej niż powinna i nie bardzo podobało mi się to, że to nie ja mam tę rolę w tej rozmowie.
- Co masz na myśli? – udałem, że nie wiem o co jej chodzi. Ciekawe… rzadko spotykam kogoś, kto przykuł by na tyle moją uwagę jak ona.
- Masz zegarek prawdopodobnie droższy niż moje mieszkanie, a kluczykiem do Rolls Royce bawisz się jakby to był zwykły breloczek dołączany do gazety na przecenie. Z twojej rozmowy z kierowniczką wnioskuję, że z pewnością nie chodzi tu o zażyłe relacje. – pociągnęła ostatni buch i upuściła peta na ziemię, przydeptując go trampkiem. – Czemu więc ciągle tu pracujesz? – zapytała nie kryjąc już zaintrygowania. No proszę, ktoś tu gra w moją grę. Wzruszyłem ramionami i też pozbyłem się końcówki papierosa. Staliśmy przez chwilę w milczeniu.
- Miałem pokazać ci co masz robić. – powiedziałem obojętnie. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo zerkając na zegarek.
- Nie, ja dzisiaj nie pracuję. – powiedziała wesoło i ruszyła w stronę parkingu. – Miłego dnia, Noah! – przysięgam, że poza rozbawieniem w jej głosie słyszałem też nutkę złośliwości. No tak, pierwszy dzień, przyszła tylko załatwić formalności. Po raz kolejny tego dnia pokręciłem głową w rozbawieniu. Ehh... ludzie. Fascynujące.

Poppy

Imię:
Nazwisko:
Nazwa: Poppy
Charakter: Poppy nie obchodzi, że w wielu osobach wywołuje ciarki, zaniepokojenie. Nikt nie wie skąd jest, ile ma lat, jak naprawdę się nazywa. Rozmowa z nią nie należy do elokwentnych, ponieważ Poppy mówi szyfrem. Odpowiada na pytania, ale w sposób taki, że rozmówca nie jest w stanie zrozumieć o co jej chodzi. Często w rozmowie wspomina o tajemniczych ludziach powtarzając, że "oni mi kazali to mówić, oni są szczęśliwi". Często można ją spotkać na korytarzu i na schodach przy wyjściu ze szkoły.
Inne informacje: Poppy należy do szkolnej orkiestry, mimo że nie ma jej w spisie uczniów oraz sama tworzy muzykę.   

poniedziałek, 19 lutego 2018

Mężczyźni w różu - Amelia


Szłam szybko pustą ulicą, poznając ciemniejszą stronę Queens. Z mroku przede mną wyłaniały się ponure budynki Queensbridge zwiastujące kłopoty i niosące bardzo jasne przesłanie: „nie zbliżaj się”.  Rozejrzałam się ukradkiem, czując na sobie czyjś wzrok, jednak w pobliżu nikogo nie było. Wzdrygnęłam się widząc urojone postacie przemykające między cieniami i przyspieszyłam kroku, przeklinając w duchu swoją słabą psychikę. Dla pewności jednak przyciszyłam lekko muzykę, która płynęła ze słuchawek. Prawie biegiem dotarłam do wejścia do stacji metra, z którego biło delikatne światło. Szybko zbiegłam ze schodów kilka razy się potykając, ale nie zwróciłam na to większej uwagi. Nerwowo patrząc na wszystkie strony weszłam na zaniedbany peron i automatycznie dokładnie przyjrzałam się każdej z nielicznych obecnych tam osób. Starszy pan w garniturze co chwilę zerkający na zegarek wydawał się być tu bardzo nie na miejscu, tak samo zresztą jak kobieta koło trzydziestki, prowadząca żywą rozmowę telefoniczną przyciszonym głosem. Oboje po drugiej stronie torów. Jedyną postacią pasującą do tego godnego pożałowania obrazka, był pijak przysypiający powoli na ławce niedaleko mnie. Westchnęłam lekko, kontynuując oględziny. Ściany stylizowane na pomarańczową cegłę były pokryte grafity i plakatami. Zamarłam na moment gdy dostrzegłam znajomą twarz wpatrującą się prosto we mnie. Gdy zorientowałam się co się dzieje rozluźniłam się lekko, prychając z rozbawieniem. Stary plakat wyborczy szanownego pana Trumpa powieszony na wysokości wzroku przestraszył mnie nieco bardziej niż powinien. Cofnęłam się lekko, by nie czuć już na sobie wzroku papierowego prezydenta. Usłyszałam odgłos zbliżającego się pociągu, ale jechał w przeciwną stronę. Kiedy zatrzymał się zasłaniając mnie przed wzrokiem wszystkich z drugiej strony stacji, w mojej głowie narodził się pomysł, który błyskawicznie zaczęłam realizować. Głupi bo głupi, ale za to ile przy nim zabawy… Ściągnęłam szybko plecak z jednego ramienia i wygrzebałam z niego farbę w sprayu, nie zwracając nawet uwagi na jej kolor. W kilku krokach pokonałam odległość między sobą, a plakatem, który przed chwilą tak napędził mi stracha, jednocześnie potrząsając energicznie puszką. Jedną ręką zasłoniłam sobie nos i usta, by nie wdychać sprayu, a drugą rozpoczęłam swoje dzieło. W chwili gdy pociąg zaczął odjeżdżać cofnęłam się o krok by ocenić wynik swojej pracy. Muszę przyznać, że Donald Trump wygląda o wiele przystojniej w lenonkach w odcieniu fuksji, oraz wąsach godnych Salvador’a Dali’ego i koziej bródce w tym samym kolorze. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Natychmiast poczułam jak wszystkie mięśnie w moim ciele się napinają, a serce zaczyna bić szybciej. Odruchowo, zanim nawet zdążyłam zerknąć w tył, lewą ręką pociągnęłam za dłoń agresora, a prawą wymierzyłam niezbyt celny sierpowy. Cóż… nerwy zszargane ciągłym strachem i schizofrenią oraz znajomość Krav Magi na poziomie trochę wyższym niż użytkowy, to nie zawsze jest dobre połączenie.
- Ej! Opanuj się, wariatko! – Moja pięść musnęła tylko szczękę przeciwnika kiedy się uchylił, ale i tak odczułam ból w knykciach, kiedy jeszcze nie całkiem zabliźnione strupy z mocą zetknęły się z twardą kością. Obróciłam się szybko by stać przodem do przeciwnika i  zmierzyłam go wzrokiem. Miałam przed sobą wyrośniętego, czarnego chłopaka, może o rok młodszego ode mnie.
- Czego chcesz? – spojrzałam na niego nieufnie.
- Opanuj się, jeez! Chciałem być tylko pomocny! – Odparł poruszony jedną ręką masując sobie szczękę.
- Jeśli chciałeś mi pomóc w odnalezieniu wiecznego spokoju, to prawię ci, się udało bo ledwo uniknęłam zawału. Gadaj, czego chcesz? – fuknęłam cofając się jeszcze kawałek. Naszą jakże przyjemną pogawędkę przerwał wściekły krzyk.
- HEJ! WY GŁUPIE BAHORY, CHOLERNI GÓWNIARZE… - Odwróciłam się zaskoczona. W naszym kierunku szedł lekko zataczając się gruby facet koło czterdziestki, w czarnej koszulce z napisem Security. – CHODŹCIE TU WANDALE, JAK JA WAS ZARAZ… - szybko przeniosłam z niego wzrok na moją ambitną edycję wizerunku prezydenta, a z niej na chłopaka który mnie zaczepił. Ten tylko bezdźwięcznie powiedział „wiejemy” i pociągnął mnie za sobą. Puściliśmy się biegiem w stronę schodów, zostawiając za sobą echo wrzasków pijanego ochroniarza. Gdy wspięliśmy się po schodach, pokonując po trzy stopnie na raz i przebiegliśmy jeszcze dwie przecznice mój nowy znajomy w końcu się zatrzymał oddychając ciężko. Oparłam dłonie o kolana by trochę uspokoić oddech i szaleńcze bicie serca.
- Boże drogi… skąd on się tam wziął? – zapytałam bardziej siebie niż chłopaka, odtwarzając jeszcze raz całą scenę. Starszy pan i jakaś kobieta po drugiej stronie torów, pijak na ławce niedaleko mnie… To musiał być on.
- Siedział praktycznie obok ciebie, wariatko. – potwierdził moje podejrzenia mój nowy znajomy.
- Myślałam, że to jakiś menel… - chłopak tylko westchnął.
- Swoją drogą to nie ma za co… Jestem Michael. Co robisz w tej okolicy?
- Amelia. Mieszkam tu.  
- Chodziło mi raczej o to, co robisz w tej okolicy o tej godzinie? – uśmiechnął się przyjaźnie.
- Wracam z pracy.
- Jesteś dziwką? – zapytał z zainteresowaniem, a ja aż się zakrztusiłam.
- Słucham?!
- Znaczy nie zrozum mnie źle… - zaczął się tłumaczyć, kiedy posłałam mu pełne niedowierzania spojrzenie. – takie odniosłem wrażenie, wiesz, sama dziewczyna w Queensbridge, o tej godzinie…
***
- Amelia, słuchasz mnie? – z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela. Michael – mój pierwszy i jedyny znajomy z Nowego Jorku, a także mój sąsiad siedział przede mną wyraźnie zirytowany moim brakiem uwagi.
- Hmmm? Ah, no tak tak. Czekaj. Opowiedz mi jeszcze raz, dlaczego ojciec ZNOWU wyrzucił cię z domu i który to raz w tym miesiącu? – usłyszałam dźwięk zagotowanej wody i wyłączającego się czajnika. – Czekaj, zrobię herbatę. Jaki chcesz kubek?
- Jakikolwiek… - prawie usłyszałam odgłos jego wywracanych oczu. Zgodnie z życzeniem wybrałam dla niego jakikolwiek kubek – przypadek losu sprawił, że trafiło akurat na ten różowy z kotkami… - no więc słuchaj. Jeśli dobrze liczę to 4 raz w tym miesiącu… no tego jednego bym nie liczył tak do końca, więc może 3,5.
- Michael?! – odwróciłam się do niego i spojrzałam mu z troską w oczy. – Zdajesz sobie sprawę, że ledwie skończył się pierwszy tydzień września, prawda?
- Tak, tak… - nie zrobiło to na nim nawet najmniejszego wrażenia. – Szczerze mówiąc nawet nie wiem o co mu chodziło tym razem. Mówił chyba, że sprzedałem za mało koki… a może chodziło mu o LSD? – No tak. Piętnastoletni Mike pochodzi z rodziny dilerów, robiących największy biznes z okolicy. Aż trudno uwierzyć, że wszyscy deklarują się jako katolicy. Z westchnieniem podałam przyjacielowi kubek z herbatą. Wziął go do ręki i przyłożył do policzka, zapatrując się chwilowo w przestrzeń. Stanowił z nim tak uroczy obrazek, że nie mogłam się powstrzymać i sięgnęłam po leżący obok polaroid i zrobiłam mu zdjęcie, które aparat natychmiast wydrukował na małym kartoniku. Muszę przyznać, że Michaelowi do twarzy jest z różem i kotkami, jak z niczym innym. – Muszę coś z tym zrobić. – Nawet nie zauważył, że zrobiłam zdjęcie. – Wiem! Amelia! Nie chcesz kupić ode mnie trochę towaru? – Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem, a ja zakrztusiłam się herbatą.
- Przemyśl to jeszcze raz. – Powiedziałam unosząc brew.
- No co? Mogę ci zrobić z czegoś skręta, nawet nie poczujesz różnicy przy paleniu! – Wyszczerzył się jeszcze bardziej. – No, już nie udawaj takiej świętej. Swoją drogą, po co zapisałaś się do tej szkoły, skoro nawet do niej nie chodzisz? Nie zorientowałaś się, że rok szkolny zaczął się tydzień temu? – Jak na złość właśnie w tym momencie do domu weszła moja mama i usłyszała ostatnie zdanie.
- Cześć Michael! Amelia o co chodzi? – przywitała się wesoło z moim przyjacielem, a mi rzuciła podejrzliwe spojrzenie.
- Oh, hej mamo! – Powiedziałam słodko, śmiejąc się lekko sztucznie. – No wiesz, Mike tylko się ze mną droczy, mówiłam ci przecież, - nie mówiłam - że dziennik elektroniczny jeszcze nie działa dobrze, i wszyscy mają nieobecności. Pamiętasz? Miałaś mi napisać usprawiedliwienie za tą „nieobecność”… - skłamałam bez mrugnięcia okiem.
- No tak… - mama się zamyśliła – chyba coś wspominałaś. – Moja mama – wiecznie zapracowana i roztrzepana kobieta była w stanie uwierzyć we wszystko, jeśli tylko zaakceptowanie danej rzeczywistości sprawia, że część kłopotów znika. W tym wypadku lepiej mieć niedziałający szkolny dziennik, niż wagarującą córkę.
- Właśnie, Amy! Miałem ci powiedzieć. Jutro jest mecz i w końcu może zagram zamiast siedzieć na ławce! – Michael zaczął temat by rozluźnić atmosferę, ale kiedy wypowiadał ostatnie słowa, oczy aż błyszczały mu z ekscytacji. – Przyjdziesz?