Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michael. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 lutego 2018

When the days are cold.......

Jesień nie powinna zaczynać się latem, a mimo to pod koniec sierpnia liście zaczynały już się  złocić i czerwienić na drzewach. Dni były długie i pogodne, ciepłe, ale już nie tak upalne by nie dało się oddychać, albo makijaż topił się na twarzy. Świat był piękny. Idealny... aż chciało się żyć. To było irytujące. Ta ogólnopanująca radość życia. Czułam się przez nią tylko bardziej wyobcowana i samotna.... ale to i tak było lepiej niż pierwszego chłodnego dnia, gdy o poranku cały świat zasnuty był mgłą i spóźniłam się do pracy o ponad kwadrans, a potem dostałam ataku histerii, mimo potrójnej zapobiegawczej dawce psychotropów. Musiałam się zamknąć w łazience na niemal pół godziny i to w godzinach największego ruchu.... a potem tylko udawałam, że jestem w stanie normalnie funkcjonować. Nie mogłam się dziwić, że pod koniec zmiany szef mnie wezwał.... ale i tak miałam problem, by się uspokoić i zachowywać normalnie. Kiedy weszłam do gabinetu, była już we mnie tylko wszechogarniająca panika, dusząca słowa w gardle i wyciskająca łzy. Nie mogę... Nie mogę... nie mogę stracić pracy! To jedyny dom jaki mi pozostał... Jedyna namiastka normalności...
Przez całe wakacje to był jeden jedyny powód, dla którego wstawałam z łóżka. Jedyna rzecz, na której potrafiłam się w ostatnim czasie skupić, którą wciąż lubiłam... Jedyne rozmowy, które odbywałam dotyczyły kosmetyków, makijażu i farb do włosów.... Wszystko inne wywoływało u mnie mdłości.
-Alex! - zadrżałam, bezskutecznie próbując wyjąkać "Dzień dobry", ale potrafiłam tylko poruszyć ustami. Mój szef - Martin - był całkiem przystojnym mężczyzną około trzydziestki... Miłym i inteligentnym. Lubiłam go... Ufałam, na ile umiałam jeszcze komukolwiek ufać....
-Co to miało być? - zapytał. Nie był zły. Raczej rozdrażniony... Zaniepokojony... Zarumieniłam się i opuściłam wzrok, bezsilnie kręcąc głową. -  Hej... Alex, spójrz na mnie chłopcze... Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? Jeśli potrzebujesz wziąć trochę wolnego....
-Nie! - jęknęłam  przestraszona, a potem w panice zaczęłam mówić szybkim, łamliwym głosem - Ja... Wszystko jest w porządku, przepraszam. To się więcej nie powtórzy - Martin patrzył na mnie dłuższą chwilę, jakby nie wiedział, czy powinien się o mnie martwić. Zmusiłam się do spokojnego uśmiechu. Westchnął.
-W porządku chłopie. Tylko weź się w garść... I daj znać, jakbyś jednak potrzebował wolnego. Nie zamierzam ci robić pod górkę.
Tym razem, ku własnemu zaskoczeniu, uśmiechnęłam się szczerze.
-Dziekuję - powiedziałam cicho. Radość.... była dla mnie już prawie zupełnie obca. Myśl, że ktoś naprawdę, bezinteresownie chciał się o mnie zatroszczyć, sprawiała przyjemność. To dużo dla mnie znaczyło... ale nie aż tak dużo.
Wychodząc z drogerii, połknęłam garść tabletek... Na pewno więcej niż powinnam. Nawet ich nie liczyłam. Od miesięcy ich nie liczyłam.
****
Rok szkolny się rozpoczął... Kiedyś. Nie byłam pewna, czy w ogóle będę jeszcze chodzić do tej szkoły... Ale potem, którejś bezsennej nocy, po raz kolejny obejrzałam serię filmów dokumentalnych o operacji zmiany płci... Sprawdzałam ceny... I możliwości zdobycia takich pieniędzy bez skończenia liceum... I następnego dnia byłam w szkole. Musiałam być. Nie miałam już innej nadziei.
Znalezione obrazy dla zapytania suicide feetNaprawdę się starałam, ale przez cały dzień nie odezwałam się słowem do nikogo. Nawet kiedy ktoś się ze mną witał, jedyne co mogłam zrobić, to skinąć głową ze sztucznym uśmiechem. Albo kiedy w czasie lunchu, kiedy dziewczyny prawie godzinę plotkowały o różnych rodzajach tipsów i chciałam, naprawdę chciałam się odezwać. Ta niemożność zapanowania nad własnym głosem.... już nawet nie była w stanie wywołać furii. Furia jeszcze rok temu pomagała mi funkcjonować. Przełamać te bariery oddzielające mnie od świata. Teraz zniknęła, przytłoczona antydepresantami i absolutnym brakiem determinacji do zrobienia czegokolwiek. Umiałam patrzeć na to co się działo wokół mnie i wyobrażać sobie, co bym mogła powiedzieć... Jak mogłoby być... miło... gdybym podeszła i się odezwała.
Moja bezradność osiągnęła apogeum na przedostatniej lekcji.... Naprawdę starałam się uważać przez cały dzień na lekcjach. Co prawda, wykonałam dwa pełne szkice, delikatne, bose stopy unoszące się bezwładnie nad podłogą i rękę zwisającą z łóżka, ale słuchałam co się działo i mimo że od dawna nie byłam dobra z niczego znałam odpowiedź na to jedno pytanie. Wstałam kiedy profesor mnie wywołał.... a w klasie panowała taka przerażająca cisza.... To było proste pytanie... Wiedziałam co muszę powiedzieć, ale z każdą sekundą cisza była coraz głębsza.... wibrowała w uszach... Nie wiedzieć czemu ręce mi drżały. Udało mi się podnieść wzrok znad blatu biurka, tylko po to, by zobaczyć coraz więcej ciekawskich, rozbawionych.... szyderczych spojrzeń.Wyczekujących... zniecierpliwionych...
-No, Alexander... Zastanów się. Jestem pewien że znasz odpowiedź - zachęcił mnie profesor z uśmiechem, ale w tym momencie cała wiedza wyparowała już z mojej głowy. Została tylko panika. Jedyne co mogłabym zrobić, było wykrzyczenie na pół szkoły: "Nie nazywajcie mnie tak! Nie jestem Alexander"... Stchórzyłam, a potem ktoś cicho się zaśmiał, pewnie nawet nie ze mnie.... ale to wystarczyło, żeby łzy spłynęły mi po policzkach. Profesor zawahał się, jakby niepewny jak poważnie powinien to traktować, ale potem musiał zauważyć że cała klasa się na mnie gapi i machnął na to ręką, żeby nie robić scen. - W porządku. Siadaj. To może w takim razie.... - kontynuował lekcję.
Gdy tylko zadzwonił dzwonek wybiegłam z klasy, udając że nie słyszę, że każe mi zostać. Ukryłam się w toalecie, najpierw wyciągając i odpalając fajki, żeby wyglądać normalnie, kiedy siadałam na parapecie, potem wygrzebując z torby tabletki.... i żyletkę. Chyba... przestraszył mnie ten widok. Zdziwił dotyk metalu na skórze... wystarczyło mocniej nacisnąć i na skórze pojawiła się czerwona kropla... Cofnęłam rękę. Ból otrzeźwiał, ale... Nie chciałam się ciąć. Przecież, nie jestem psychiczna, ani nic...
Wytarłam ostrze i schowałam na swoje miejsce w piórniku. Zamiast tego otworzyłam słoiczek z tabletkami... i zdałam sobie sprawę, że zostały zaledwie trzy pigułki. Zaklęłam rozdrażniona. Nie miałam siły dłużej siedzieć w szkole. Do domu też mi się nie spieszyło, a w drogerii nie oczekiwali mnie przez jeszcze parę godzin... Poszłam do apteki. Przed wejściem musiałam się zatrzymać i zapalić... upewnić się, że jestem w stanie mówić.... Przy okazji zaczekałam, aż w środku nie będzie żadnych innych klientów. Do apteki weszła już zupełnie inna osoba.
Znalezione obrazy dla zapytania suicide hand-Dzień dobry - przywitał się wesoło, miły chłopak. Ekspedientka rzuciła mu przyjazny uśmiech.
-Witaj skarbie, jak mogę ci pomóc? - zapytała. Chłopak oparł się o blat i uśmiachnął się.
-Cóż... miałem receptę dla siostry... wie pani, ona jest naprawdę straszna, jak nie dostanie leków, a teraz zdaje się, że jeszcze zerwał z nią chłopak. Miałem to załatwić w drodze ze szkoły... ale teraz patrzę i szukam i nie mam pojęcia co się z tą receptą stało... - rozłożył bezradnie ręce z zakłopotanym uśmiechem - Wypadła mi, albo coś... Dałoby się to jakoś załatwić? Rodzice mnie zabiją, jak nie przyniosę tych leków do domu - chłopak spojrzał przymilnie na ekspedientkę, a ona... kupiła to w pierwszej chwili i sięgnęła po podane leki. Zanim nie zauważyła jak bardzo trzęsą mu się ręcę, a potem spojrzała w nienaturalnie rozszerzone źrenice... Cofnęła rękę ze zmarszczonymi brwiami i przywołała miły uśmiech.
-Jasne, skarbie. Nie ma problemu. Powiedz mi tylko, jak się nazywasz, dobrze? Zadzwonię do twojego lekarza i potwierdzę wszystko, to zajmie tylko kilka minut... - zaproponowała... Chłopak odsunął się, zaciskając zęby.
-To nie dla mnie, tylko dla mojej siostry - poinformował dobitnie i wyszedł bez pożegnania. Czułam się... słabo. Nie miałam siły szukać innej apteki, ani iść do domu.... albo udawać w drogerii. Z trudem podniosłam telefon i wybrałam numer. Dopiero kiedy usłyszałam głos Martina dotarło do mnie, że naprawdę płaczę.
-Alex? Alex! Jesteś tam? Wszystko w porządku? - głos z słuchawki wydawał się coraz bardziej zaniepokojony, kiedy dłuższą chwilę się nie odzywałam.
-Tak... przepraszam. - wydukałam i otarłam łzy, żeby się skupić - Czy... mógłbym wziąć ten dzień wolny? Dzisiaj? - zapytałam słabo... Musiałam brzmieć naprawdę żałośnie, bo zgodził się natychmiast, nie pytając o nic, poza:
-Na pewno dobrze się czujesz? - szybko zapewniłam, że wszystko w porządku, będę następnego dnia w pracy, podziękowałam za wyrozumiałość i zakończyłam rozmowę... A potem usiadłam w jakiejś bramie, nie mogąc przestać płakać. Ciężko mi powiedzieć, co się dalej działo.... ani kiedy wróciłam do domu... chyba byłam w klubie... Ale na pewno nie spałam w nocy. O czwartej zaczęłam robić sobie makijaż, mierzyć szpilki, sukienki... upinać włosy... To były jedyne chwile, kiedy naprawdę czułam się sobą. Kiedy umiałam patrzeć na siebie w lustrze, nie widząc tylko tej jednej, wielkiej, paskudnej pomyłki. Nie miałam pojęcia, dlaczego tego dnia poszłam do szkoły, dopóki nie zauważyłam na korytarzu tego słodkiego Michaela... Pamiętam, że nigdy nie umiałam oderwać od niego wzroku.... był taki miły i normalny... teraz już tego nie czułam. Coraz mniej czułam czegokolwiek.
****
-Hej, Michael - podeszłam do niego na przerwie, kiedy był w miarę sam. - Możemy pogadać? - zapytałam, dyskretnie pokazując zwitek banknotów w mojej ręce i uśmiechnęłam się nieśmiało. Starałam się nie myśleć o tym, jak bardzo nienormalnie muszę wyglądać. Nie miałam żadnych doświadczeń z narkotykami, nawet przez książki, albo seriale. Może jakieś programy telewizyjne... To musiało być bardzo widoczne. Michael skrzywił się i kazał mi schować kasę
-Monitoring - ostrzegł, po czym pokazał mi na migi, żebym poszła za nim. Uśmiechy jego kumpli, wydawały mi się strasznie drwiące. Po chwili byłam razem z Michaelem w kiblu. - Pierwszy raz? - zapytał, z przyjaznym uśmiechem. Potaknęłam zdenerwowana. Był bardzo miły. Zapaliliśmy po papierosie, a kiedy się zorientował jak bardzo jestem zielona w temacie, przesiedział ze mną całą lekcję, tłumacząc cierpliwie, wyjaśniał czym się od siebie różnią narkotyki, jakich powinnam oczekiwać stawek.... no i nauczył mnie jak się robi skręty. Przykazał mi nie ćpać w szkole. Kiedy się pożegnaliśmy, po raz pierwszy od dawna, z uśmiechem na ustach wróciłam do domu.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Mężczyźni w różu - Amelia


Szłam szybko pustą ulicą, poznając ciemniejszą stronę Queens. Z mroku przede mną wyłaniały się ponure budynki Queensbridge zwiastujące kłopoty i niosące bardzo jasne przesłanie: „nie zbliżaj się”.  Rozejrzałam się ukradkiem, czując na sobie czyjś wzrok, jednak w pobliżu nikogo nie było. Wzdrygnęłam się widząc urojone postacie przemykające między cieniami i przyspieszyłam kroku, przeklinając w duchu swoją słabą psychikę. Dla pewności jednak przyciszyłam lekko muzykę, która płynęła ze słuchawek. Prawie biegiem dotarłam do wejścia do stacji metra, z którego biło delikatne światło. Szybko zbiegłam ze schodów kilka razy się potykając, ale nie zwróciłam na to większej uwagi. Nerwowo patrząc na wszystkie strony weszłam na zaniedbany peron i automatycznie dokładnie przyjrzałam się każdej z nielicznych obecnych tam osób. Starszy pan w garniturze co chwilę zerkający na zegarek wydawał się być tu bardzo nie na miejscu, tak samo zresztą jak kobieta koło trzydziestki, prowadząca żywą rozmowę telefoniczną przyciszonym głosem. Oboje po drugiej stronie torów. Jedyną postacią pasującą do tego godnego pożałowania obrazka, był pijak przysypiający powoli na ławce niedaleko mnie. Westchnęłam lekko, kontynuując oględziny. Ściany stylizowane na pomarańczową cegłę były pokryte grafity i plakatami. Zamarłam na moment gdy dostrzegłam znajomą twarz wpatrującą się prosto we mnie. Gdy zorientowałam się co się dzieje rozluźniłam się lekko, prychając z rozbawieniem. Stary plakat wyborczy szanownego pana Trumpa powieszony na wysokości wzroku przestraszył mnie nieco bardziej niż powinien. Cofnęłam się lekko, by nie czuć już na sobie wzroku papierowego prezydenta. Usłyszałam odgłos zbliżającego się pociągu, ale jechał w przeciwną stronę. Kiedy zatrzymał się zasłaniając mnie przed wzrokiem wszystkich z drugiej strony stacji, w mojej głowie narodził się pomysł, który błyskawicznie zaczęłam realizować. Głupi bo głupi, ale za to ile przy nim zabawy… Ściągnęłam szybko plecak z jednego ramienia i wygrzebałam z niego farbę w sprayu, nie zwracając nawet uwagi na jej kolor. W kilku krokach pokonałam odległość między sobą, a plakatem, który przed chwilą tak napędził mi stracha, jednocześnie potrząsając energicznie puszką. Jedną ręką zasłoniłam sobie nos i usta, by nie wdychać sprayu, a drugą rozpoczęłam swoje dzieło. W chwili gdy pociąg zaczął odjeżdżać cofnęłam się o krok by ocenić wynik swojej pracy. Muszę przyznać, że Donald Trump wygląda o wiele przystojniej w lenonkach w odcieniu fuksji, oraz wąsach godnych Salvador’a Dali’ego i koziej bródce w tym samym kolorze. Nagle ktoś złapał mnie za ramię. Natychmiast poczułam jak wszystkie mięśnie w moim ciele się napinają, a serce zaczyna bić szybciej. Odruchowo, zanim nawet zdążyłam zerknąć w tył, lewą ręką pociągnęłam za dłoń agresora, a prawą wymierzyłam niezbyt celny sierpowy. Cóż… nerwy zszargane ciągłym strachem i schizofrenią oraz znajomość Krav Magi na poziomie trochę wyższym niż użytkowy, to nie zawsze jest dobre połączenie.
- Ej! Opanuj się, wariatko! – Moja pięść musnęła tylko szczękę przeciwnika kiedy się uchylił, ale i tak odczułam ból w knykciach, kiedy jeszcze nie całkiem zabliźnione strupy z mocą zetknęły się z twardą kością. Obróciłam się szybko by stać przodem do przeciwnika i  zmierzyłam go wzrokiem. Miałam przed sobą wyrośniętego, czarnego chłopaka, może o rok młodszego ode mnie.
- Czego chcesz? – spojrzałam na niego nieufnie.
- Opanuj się, jeez! Chciałem być tylko pomocny! – Odparł poruszony jedną ręką masując sobie szczękę.
- Jeśli chciałeś mi pomóc w odnalezieniu wiecznego spokoju, to prawię ci, się udało bo ledwo uniknęłam zawału. Gadaj, czego chcesz? – fuknęłam cofając się jeszcze kawałek. Naszą jakże przyjemną pogawędkę przerwał wściekły krzyk.
- HEJ! WY GŁUPIE BAHORY, CHOLERNI GÓWNIARZE… - Odwróciłam się zaskoczona. W naszym kierunku szedł lekko zataczając się gruby facet koło czterdziestki, w czarnej koszulce z napisem Security. – CHODŹCIE TU WANDALE, JAK JA WAS ZARAZ… - szybko przeniosłam z niego wzrok na moją ambitną edycję wizerunku prezydenta, a z niej na chłopaka który mnie zaczepił. Ten tylko bezdźwięcznie powiedział „wiejemy” i pociągnął mnie za sobą. Puściliśmy się biegiem w stronę schodów, zostawiając za sobą echo wrzasków pijanego ochroniarza. Gdy wspięliśmy się po schodach, pokonując po trzy stopnie na raz i przebiegliśmy jeszcze dwie przecznice mój nowy znajomy w końcu się zatrzymał oddychając ciężko. Oparłam dłonie o kolana by trochę uspokoić oddech i szaleńcze bicie serca.
- Boże drogi… skąd on się tam wziął? – zapytałam bardziej siebie niż chłopaka, odtwarzając jeszcze raz całą scenę. Starszy pan i jakaś kobieta po drugiej stronie torów, pijak na ławce niedaleko mnie… To musiał być on.
- Siedział praktycznie obok ciebie, wariatko. – potwierdził moje podejrzenia mój nowy znajomy.
- Myślałam, że to jakiś menel… - chłopak tylko westchnął.
- Swoją drogą to nie ma za co… Jestem Michael. Co robisz w tej okolicy?
- Amelia. Mieszkam tu.  
- Chodziło mi raczej o to, co robisz w tej okolicy o tej godzinie? – uśmiechnął się przyjaźnie.
- Wracam z pracy.
- Jesteś dziwką? – zapytał z zainteresowaniem, a ja aż się zakrztusiłam.
- Słucham?!
- Znaczy nie zrozum mnie źle… - zaczął się tłumaczyć, kiedy posłałam mu pełne niedowierzania spojrzenie. – takie odniosłem wrażenie, wiesz, sama dziewczyna w Queensbridge, o tej godzinie…
***
- Amelia, słuchasz mnie? – z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela. Michael – mój pierwszy i jedyny znajomy z Nowego Jorku, a także mój sąsiad siedział przede mną wyraźnie zirytowany moim brakiem uwagi.
- Hmmm? Ah, no tak tak. Czekaj. Opowiedz mi jeszcze raz, dlaczego ojciec ZNOWU wyrzucił cię z domu i który to raz w tym miesiącu? – usłyszałam dźwięk zagotowanej wody i wyłączającego się czajnika. – Czekaj, zrobię herbatę. Jaki chcesz kubek?
- Jakikolwiek… - prawie usłyszałam odgłos jego wywracanych oczu. Zgodnie z życzeniem wybrałam dla niego jakikolwiek kubek – przypadek losu sprawił, że trafiło akurat na ten różowy z kotkami… - no więc słuchaj. Jeśli dobrze liczę to 4 raz w tym miesiącu… no tego jednego bym nie liczył tak do końca, więc może 3,5.
- Michael?! – odwróciłam się do niego i spojrzałam mu z troską w oczy. – Zdajesz sobie sprawę, że ledwie skończył się pierwszy tydzień września, prawda?
- Tak, tak… - nie zrobiło to na nim nawet najmniejszego wrażenia. – Szczerze mówiąc nawet nie wiem o co mu chodziło tym razem. Mówił chyba, że sprzedałem za mało koki… a może chodziło mu o LSD? – No tak. Piętnastoletni Mike pochodzi z rodziny dilerów, robiących największy biznes z okolicy. Aż trudno uwierzyć, że wszyscy deklarują się jako katolicy. Z westchnieniem podałam przyjacielowi kubek z herbatą. Wziął go do ręki i przyłożył do policzka, zapatrując się chwilowo w przestrzeń. Stanowił z nim tak uroczy obrazek, że nie mogłam się powstrzymać i sięgnęłam po leżący obok polaroid i zrobiłam mu zdjęcie, które aparat natychmiast wydrukował na małym kartoniku. Muszę przyznać, że Michaelowi do twarzy jest z różem i kotkami, jak z niczym innym. – Muszę coś z tym zrobić. – Nawet nie zauważył, że zrobiłam zdjęcie. – Wiem! Amelia! Nie chcesz kupić ode mnie trochę towaru? – Spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem, a ja zakrztusiłam się herbatą.
- Przemyśl to jeszcze raz. – Powiedziałam unosząc brew.
- No co? Mogę ci zrobić z czegoś skręta, nawet nie poczujesz różnicy przy paleniu! – Wyszczerzył się jeszcze bardziej. – No, już nie udawaj takiej świętej. Swoją drogą, po co zapisałaś się do tej szkoły, skoro nawet do niej nie chodzisz? Nie zorientowałaś się, że rok szkolny zaczął się tydzień temu? – Jak na złość właśnie w tym momencie do domu weszła moja mama i usłyszała ostatnie zdanie.
- Cześć Michael! Amelia o co chodzi? – przywitała się wesoło z moim przyjacielem, a mi rzuciła podejrzliwe spojrzenie.
- Oh, hej mamo! – Powiedziałam słodko, śmiejąc się lekko sztucznie. – No wiesz, Mike tylko się ze mną droczy, mówiłam ci przecież, - nie mówiłam - że dziennik elektroniczny jeszcze nie działa dobrze, i wszyscy mają nieobecności. Pamiętasz? Miałaś mi napisać usprawiedliwienie za tą „nieobecność”… - skłamałam bez mrugnięcia okiem.
- No tak… - mama się zamyśliła – chyba coś wspominałaś. – Moja mama – wiecznie zapracowana i roztrzepana kobieta była w stanie uwierzyć we wszystko, jeśli tylko zaakceptowanie danej rzeczywistości sprawia, że część kłopotów znika. W tym wypadku lepiej mieć niedziałający szkolny dziennik, niż wagarującą córkę.
- Właśnie, Amy! Miałem ci powiedzieć. Jutro jest mecz i w końcu może zagram zamiast siedzieć na ławce! – Michael zaczął temat by rozluźnić atmosferę, ale kiedy wypowiadał ostatnie słowa, oczy aż błyszczały mu z ekscytacji. – Przyjdziesz?

niedziela, 18 lutego 2018

Michael Armstrong

Imię: Michael
Nazwisko: Armstrong
Wiek: 15 lat
Charakter: Mały buntownik z niebezpiecznych kręgów. Jest dość miły i wesoły, często się uśmiecha, ale prowadzi największy dilerski biznes w okolicy. Trzyma się głównie z dużo starszymi od siebie. Jest idealistą i ciągle mówi o polityce. Wiecznie pakuje się w kłopoty, często chodzi na imprezy gdzie pije, pali i ćpa ze starszymi kumplami, ale w gruncie rzeczy to dobry i religijny chłopak - jest katolikiem.
Zainteresowania: polityka, filmy sf, młody raper, jest rezerwowym w szkolnej drużynie koszykówki.